niedziela, 3 marca 2013

Stosunek Szaman - BXVI


Sede vacante. Kościół bez papieża. Czuję się chyba tak samo, jak większość. Nawet ateiści dostrzegli, że coś w historii tąpnęło, zaznaczyło się bardzo wyraźnie w kalendarzu dziejów. Nie chcę wymieniać ani przypominać, że oto po 700 latach, we współczesnych czasach bla bla bla… Temat jest klepany od ponad 2 tygodni na utrapienie, a wiadomo, że gdzie drwa rąbią, tam lecą wióry. Z tym, że niektórym to rąbanie kompletnie nie wychodzi, a innym owe wióry lecą w oczy. Nie rozwijam tej metafory – kto ma uszy i myśli, wie, o co chodzi.
Wydaje mi się, że ostatnio skrystalizował się pewien ogląd na rzeczywistość. Dzieje się tak zawsze, gdy dociera do nas, że ktoś odchodzi, że następuje jakaś zmiana. Nagle podsumowujemy, nagle myślimy, rozważamy… Wcześniej mało kto słucha, mało kto zwraca uwagę, a czasem wręcz przeciwnie. Próbuje zakrzyczeć. Robi to zawsze ten, którego prawda najbardziej boli i chce się jej wyprzeć – o tym należy pamiętać! Robi to ten, kto najnormalniej w świecie pieprzy bzdury, robiąc wszystko, by nabrały one statusu niepodważalnego aksjomatu – dogmatu.
Benedykt XVI trafił na okropny czas nadużyć, manipulacji, naginania wartości prawdy, błędnego przypisywania twierdzeń, nadinterpretowywania słów a nade wszystko kompletnie wywróconych wartości i rozluzowanych obyczajów. Na pohybel tym, którzy marzą, aby nowy papież przymykał oczy i tolerował wymienione wyżej przeze mnie pojęcia, a do tego nadał im moc prawną. Przytaczam tu słowa, wielokrotnie mówiące o tym, że papież to sługa Boga i obrońca tradycji Kościoła, a nie „wykonawca” poleceń człowieka(przyp.). Ale o co mi konkretnie chodzi…?
Przyznam się bez bicia, że początkowo nie byłem zadowolony z wyboru Ratzingera na papieża. „Każdy, ale nie Niemiec”. Bardzo mi się nie podobał jego wyraz twarzy, „wilcze spojrzenie”. Miałem wrażenie, że kompletnie zrujnuje to, co zbudował sobą Jan Paweł II. Brakowało tego ciepła spojrzenia, tej werwy, tego ludzkiego podejścia, widzianego gołym okiem. On się kompletnie nie nadawał do tej roli. No ale cóż.
Teraz nieliche zaskoczenie. Hipokryci, dwulicowcy przyklaskują każdemu słowu, a za plecami mierzą, gdzie wbić nóż. Hipokryci to tacy, którzy kogoś gnębią, a potem nagle głaszczą po plecach, szczycąc się, że jesteś. Hipokryci to tacy, którzy pomijają fakt swojej pomyłki i przechodzą do porządku dziennego. Mnie od takowych odróżnia to, że umiem się do pomyłki przyznać. W przypadku Josepha Ratzingera tak było. Bez litowania się nad sobą przyznaję się do pomyłki. Stało się tak z kilku znaczących powodów.
Pierwsza pielgrzymka papieża do Polski i odwiedziny w Auschwitz. Chyba każdy to widział i każdy dostrzegł sens i głęboki symbol tego wydarzenia. Choć znajdą się tacy, dla których to będzie za mało i będą potrzebowali rekompensaty(także materialnej), to gest papieski wtedy był bez precedensu. Wymieniam to, jako pierwszy powód.
Drugi i bardziej przełomowy dla mnie powód to otwarte przyznanie przez papieża faktu, że w kościele jest grzech. Wcale nie wykluczam, że jego poprzednicy też stwierdzili ten fakt, ale do mnie to jakoś nie dotarło. Ratzinger musiał nadać temu stwierdzeniu charakterystyczny ton. Otóż prawdą jest, że w kościele jest grzech. I nie ma tu mowy wyłącznie o nas, jako o zwykłej wspólnocie – Kościele, ale bardziej o instytucji, w której jest hierarchia… Miałem wrażenie, że papież swoje słowa skierował właśnie do hierarchii, aby uznała swoją MAŁOŚĆ i przyznała się do swej w 100% służebnej, a nie momentami władczej roli oraz do tego, że wszyscy są tam tylko ludźmi i mają obowiązek żałować i przepraszać, a nie unikać win, jeśli takowe nastąpiły. Obawiam się(w pozytywnym tego słowa znaczeniu), że papież tymi słowami uderzył w część środowiska kardynalskiego, które kieruje się ambicją i niczym więcej. Nie oszukujmy się – TAM TEŻ SĄ PODZIAŁY! W istocie dojdzie do tego, że cofniemy się do czasów małych grupek chrześcijańskich, poszukujących Bożego ducha w każdym miejscu, gromadzących się na modlitwie, jak to opisują Dzieje Apostolskie. Niewykluczone, że cofniemy się do tych czasów, w których wiara miała ogromne znaczenie i stanowiła coś indywidualnego, doświadczalnego, a dziś wymieszała się z mentalnościami świata. I to też stwierdził Benedykt XVI! W dodatku, jako kardynał – rozejrzyj się jeden z drugim za wypowiedzią z 1969 roku. Powód ten jest dodatkowym motywatorem dla trzeźwego i krytycznego spojrzenia, jakie próbuję w sobie od pewnego czasu rozbudzić, jeśli chodzi o tą kwestię. Nie dlatego, by coś obalić, ale by przypomnieć, jaki jest fundament.
Ostatni powód to zdecydowane potępienie pedofilii w środowisku kapłańskim i pierwsze kroki do uregulowania tego problemu. Benedykt XVI zaczął drobnymi kroczkami realizować prośby o to, by kapłani, którzy dopuścili się tego czynu, zostali postawieni też przed sąd świecki. Nawet pod te drobne kroczki były podrzucane liczne kłody, dlatego zamiar nie został zrealizowany. Nie podobało mi się przedstawianie papieża w negatywnym świetle, kiedy chciał nawrotu do bardziej konserwatywnych wartości, jako, że chciał on całkowicie zanegować naukę Jana Pawła II. Bzdura. W wielu aspektach poszedł w innym kierunku. Cechował go nacisk na chrystologię, podczas, gdy Jan Paweł II był personalistą.
Żałowałem swojej pomyłki i żałuję jej nadal. Oto jak trzeba się człowiekowi dobrze przyjrzeć, by dokonać oceny a i tak to będzie pewnie za mało. Nie boję się stwierdzenia, że były papież jest przynajmniej tak samo wielki, jak jego poprzednik. Chwilami pokusiłbym się o słowa, że „większy”(tak czuję po tym, co zaobserwowałem przez te kilka lat), ale zostawiam ocenę ekspertom – ja do nich nie należę. Oby tylko ci eksperci uszanowali prywatne zdanie, a nie naskakiwali bez sensu. Obaj wielcy papieże na pewno mieli spore problemy, z którymi musieli się zmierzyć, ale dziś ze świadomością linczu stwierdzam, że Benedykt XVI miał „do ogarnięcia” trudniejszy świat, bardziej niepoukładany, bez zasad, bez wartości[1]. Świat, w którym o wiele trudniej wypatrzeć to, co dobre, a wszystko przez MANIPULACJE.
Na pewno drażnią mnie zakłady buckmacherskie, spekulacje, wyobrażenia co do konklawe i tego, jaki będzie nowy papież. Drażnią mnie stanowiska tych, którzy marzą, by poklepał po plecach reprezentantów wszelkich negatywnych nurtów i nadał im przywileje. Drażnią mnie wróżby odnośnie czarnego papieża i końca świata. Drażnią mnie opinie o „schodzeniu z krzyża”, tchórzostwie itp. Nie da się na tym świecie być indywidualistą, człowiekiem… Nikt na to nie pozwoli…
Joseph, masz już spokój. Rób teraz to co lubisz, a wybór nowej osoby na tron Piotrowy zostaw tchnieniu Ducha Świętego. Wszystko dzieje się po coś…

niedziela, 10 lutego 2013

Cierpliwość...


Myślisz, że jeśli spotykasz człowieka cierpliwego, to możesz uczynić z nim i przy nim wszystko. Masz o nim mniemanie, że daje sobie wejść na głowę, „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy”, wykorzystujesz go, jak worek treningowy, wyżywasz się emocjonalnie w jakiejkolwiek formie i niby wiesz, że będzie to tolerował.
Poświęcasz komuś czas, słuchasz go wytrwale, znosisz każde marudzenie, gorycz, każdy żal. Źle, jeśli druga osoba tego nie docenia i nie jest w stanie się w jakikolwiek sposób tobie zrewanżować. Winno to być w niej pewnego rodzaju poczuciem do tego, aby „dotankować” tobie tej cierpliwości więcej. Może to robić poprzez obecność, poprzez miłość, chęć bycia, wszelkiego rodzaju inicjacje.
To taki troszkę mój punkt widzenia. W relacji z drugą osobą zawsze okazywałem dużo cierpliwości, a zarazem ubywało mi jej, gdy dochodził do mnie emanowany przez nią egoizm, bo „ja od tego jestem”. Od słuchania, znoszenia, kiwania głową, akceptacji. I na tym koniec…
Ale ja… też mam wymagania. Chcę „nagrody” za cierpliwość.
Cierpliwość, która (mam takie wrażenie) spychana jest do rangi obowiązku wobec człowieka. Aspekt cierpliwości, jako cnoty, wartości, prawie się już nie liczy, bo jest albo słabo albo w ogóle niezauważany. Co z tego, skoro ofiarowuję ją komuś, mając na względzie miłość, jako naczelną zasadę, skoro potem przez kolejny miesiąc następuje cisza, milczenie; co, jeśli ta cierpliwością chcę pokazać, że jestem naprawdę wiele wart (bo np. w tym momencie kogoś ratuję od zniechęcenia i śmierci), a dana osoba na to nie patrzy, nie docenia tego i dalej rozgląda się gdzieś zupełnie indziej?
Sam się sobie dziwię, że wypowiadam się na temat tych wymogów. Ale to chyba dlatego, by uświadomić sobie i tobie, czytelniku, pewien paradoks. O ile teraz za cierpliwość wymagam jakiegoś dobra, tak przed laty często jej nadużywałem, jeśli chodzi o innych i zachowywałem się dokładnie tak samo, jak dziś część moich odbiorców. Naleciałości tego obserwuję w swym aktualnym życiu.
Należałoby wpierw zwrócić uwagę, że cnota cierpliwości stanowi o wielkiej sile człowieka, a zarazem może być jego zgubą. Tym bardziej, że obecna kondycja ludzka stawia przed nami bardziej liczne i niejednokrotnie sprzeczne ze sobą wymagania. To może oznaczać, że ludzie się pogubili, ale przecież są tacy (choć to wymagający gatunek), którzy jeszcze walczą i trzymają się pewnych zasad, w tym – cierpliwości.
Cierpliwość, jako zguba, to może tzw. „lekka przeginka”, ale niestety. Zewnętrznie postrzega się takiego człowieka, jako miskę do wylewania pomyj. Jest to mylna definicja i świadczy tylko o wąskim rozumowaniu jej użytkowników. Przyznaj, że drugi człowiek cierpliwie znosi twoje obelgi, wiedząc, że gdyby tylko spróbował podnieść głos, to zrobisz mu krzywdę. Przyznaj, że upatrzyłeś sobie kogoś do nękania, a ten ktoś w twym postrzeganiu nie ma prawa głosu i obrony.
A ty, który cierpliwie znosisz to wszystko, nie musisz tego robić.
Cierpliwość, to cnota i zasada, z tym, że będąc zasadą, ma ona prawo do pewnych odstępstw. Nie trzeba się bać i czasem wręcz należy je stosować, pozwalać sobie na nie. Nie broni ona wetowania i powiedzenia w odpowiednim momencie, że „czegoś już wystarczy” i, że „masz dość”. To naturalne, kiedy się walczy i potrzeba odpoczynku, określenia innej „taktyki”.
Cierpliwość, to cnota, jedna z doskonałości i owoców Ducha(por. KKK 1832), choć w ujęciu czysto ludzkim jest to jednocześnie pewnego rodzaju sprawność, polegająca na wytrwałym znoszeniu przykrych stanów psychicznych, towarzyszących człowiekowi w realizowaniu określonego celu[1]. Stanowi ona naturalną dyspozycję człowieka, podstawę harmonii, szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Pismo Święte wskazuje na nią, jako na postawę ludzką, a zarazem jeden z głównych przymiotów Boga, określanych, jako makrothymia[2] oraz hypomoce, które oznacza wytrzymałość, wytrwałość, chart ducha w trudnych okolicznościach[3]. Jest też ona sprawnością moralną, pomagającą w osiągnięciu dobra[4]. Powiedziano o niej też, że jest częścią męstwa(kobiet też się ono tyczy). Obecny papież, Benedykt XVI, opisał ją kiedyś, jako „codzienną formę miłości”, a że miłość to cecha Boża… Św. Augustyn w swym traktacie o cierpliwości określił cierpliwość, jako „tak wielki dar Boga, że powinna być ona ogłoszona jako przebywający w nas ślad Boga”[5].
Cierpliwość prowadzi do cierpienia w milczeniu, do znoszenia przeciwności wynikających ze zmęczenia, z cudzego charakteru, z niesprawiedliwości, i tak dalej. (...)Jest ściśle spokrewniona z wytrwałością[6].
Osobę cierpliwą charakteryzuje łagodność, grzeczność i stałość w każdych okolicznościach. Prawdziwą próbą cierpliwości nie jest czekanie, ale to jak człowiek zachowuje się czekając. "Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków." (Jk 1,4)[7]. I może właśnie dlatego cierpliwość wiernie towarzyszy mądrości(św. Augustyn)…[8]
Jeśli cierpliwość prowadzi do znoszenia cierpienia w milczeniu, to jaką jej moc potrafił okazać Chrystus, idąc na śmierć krzyżową. Jeśli cierpliwość jest częścią męstwa, to ile energii musimy dokładać w relacjach z człowiekiem, na którym nam zależy. Jeśli życie, to cierpliwe czekanie na śmierć…
To ile musimy siebie dać, byśmy przy końcu niczego nie żałowali.
Tak jest. Miłość wyraża się w cierpliwości, której niedoścignionym wzorcem jest sam Bóg. Prawda to, że dziś nie chcemy o tym słuchać, bo przecież trzymamy świat i życie w garści. Wielu osiągnęło coś, jak twierdzi „bez pomocy Absolutu”, dzięki cierpliwości. Warto jednak pamiętać, że cierpliwość, to synonim tegoż Absolutu, więc tak czy inaczej, Jego udział w tym jest. Tak – są postawy, które niezależnie od wszelkich deklaracji i ideologii, zbliżają do Boga[9].
To prawda, że ważna jest też nasza własna praca. Słyszałem o marzeniach innych, którzy chcieli być lepszymi ludźmi. Słyszałem marzenia takich, którzy chcieli się porównywać do mnie(nie mam pojęcia, czemu – przecież nie jestem święty i raczej na to stanowisko nie aplikuję). Słyszałem, że ktoś chce powalczyć o lepsze wartości w swoim życiu, bo to mu doda otuchy.
Nikt tego nie zrobi, jeśli nie da swojego wkładu. Kłania się cierpliwość w osiąganiu zamierzonego efektu.
Nikt z nas nie rodzi się doskonale cierpliwym. Tej cennej cnoty nabywamy systematyczną pracą, gdyż – jak mówi biblijny Mędrzec – "cierpliwy i opanowany więcej może niż siłacz" (Prz 16, 32)[10]. I chodzi tu zarówno o cierpliwość w stosunku do siebie, do świata i do drugiego człowieka.
Idealną niemal myśl stawia tu święty Franciszek, twierdząc, że tyle ktoś ma w sobie cierpliwości, ile jej okaże w przeciwnościach[11]. Gdyby Biedaczyna z Asyżu żył w dzisiejszych czasach zobaczyłby, jak jego napomnienie nadal odnajduje słuszność, choć w niektórych momentach tak, jakby nie pasowało. Zwracam tu uwagę na sytuacje, w których chcemy na ludziach, mających brak wzorców i kompletnie rozluzowane obyczaje wzbudzić poczucie wzajemności lub świadomość trwania w błędzie.
Owego Biedaczynę zapewniam: w dzisiejszym świecie cierpliwość szybko się kończy, ale tylko dlatego, że potrzeba jej odpoczynku. Dokonała ona ewolucji w wartość nieustannie odnawiającą się.
Może dlatego, że przeżywając to wszystko i tak zmierzamy do Boga, jako źródła niekończącej się cierpliwości? A może… tak ma po prostu być?

czwartek, 31 stycznia 2013

Przejmująca cisza


Na początku były cisza i spokój, a gdy przyszła pora na człowieka, zrobił się harmider…
Ciekawa myśl, prawda? I w pewnym stopniu aktualna, bo bycie między ludźmi – paradoksalnie rzecz ujmując – z jednej strony daje komfort radość i spełnienie się(bo mam do kogo mówić i kogo kochać) a z innej uświadamia w poczuciu hałasu. A są przecież chwile, gdy chcemy po prostu uciec, być sami i się „przewietrzyć”. Nie wierzę, aby był ktoś, kto tego nigdy nie pragnął.
            Na zaduch, panujący w pokoju(nawet, gdy jest odkurzone), lekarstwem jest otworzenie okna. Zimą daje to efekt druzgocący. Pomyśl: rano otwierasz okno, nie ma cię cały dzień, wieczorem wracasz i zamykasz. Co czujesz poza zimnem? Kaloryfer włączysz za chwilę! Powiedz, co czujesz poza zimnem!? Świeżość. Wszystko się wywietrzyło, oddycha się zdecydowanie inaczej, lżej. Teraz możesz włączyć kaloryfer.
            Mieszkając w mieście coraz rzadziej możemy zaznać ciszy – blokowisko pełne jest różnorodnych dźwięków, lecz i człowiek żyjący w ciągłym stresie, ciągłej pogoni za czasem, konieczności rywalizacji z innymi, otoczony jest zewsząd kakofonią dźwięków, wiecznym hałasem o różnym natężeniu. Szum samochodu, gwar ulicy, sklepów i budynków powszechnej użyteczności, wciąż włączone radio lub telewizor, rozmowy z wyboru i konieczności,  tykanie zegarów, włączające się automatycznie różne urządzenia i stukanie o klawiaturę  z czasem stają się normalnością, na którą przestajemy reagować, co nie znaczy, że ich nie słyszymy, i że dźwięki te nie są rejestrowane przez nasz mózg, więc gdy nagle naprawdę zapadnie cisza, nieraz jesteśmy zdezorientowani, bo nawet noc nie gwarantuje nam, że przestaną do nas docierać bodźce dźwiękowe. To jednak tylko świadczy o tym, że odwykliśmy od niej i przestaliśmy jej pragnąć. Może to być sygnałem, że próbujemy uciec w świat dźwięków od momentu spotkania się sam na sam z sobą, ze swoim sumieniem, do którego potrzeba jest nam cisza. To w ciszy docierają do nas sygnały z głębi naszego serca… [1]
A jednak ludzie(…) z jakiegoś powodu, ludzie wprowadzają hałas aby tę ciszę odepchnąć. Dodam, że zazwyczaj są to działania bezwiedne takie przy okazji, z przyzwyczajenia, jak zaspokajanie głodu przez narkomana.
Wchodzimy do domu włączamy telewizor, wchodzimy do biura lub wsiadamy do samochodu - włączamy radio/mp3/płytę. Ludzie jadą nad wodę do lasu ale z radyjkiem, no żeby coś grało!
Mamy chwilę aby odpocząć, włączamy komputer (który także „hałasuje” może tylko inaczej).
A gdzie chwila dla ciszy? Na usłyszenie Boga (a jak ktoś nie wierzy w Boga to – kiedy ma czas usłyszeć siebie?)?
Boimy się ciszy? Głosu Boga(a może własnych przemyśleń?)?[2]
Olgierdowi ciągle przeszkadzano, gdy chciał się wyciszyć i poukładać w myślach kilka spraw. Reagował gwałtownie, choć nie powinien w ogóle zwracać to uwagi. Był dziwakiem. Dlaczego nie krzyczał? Dlaczego nie wygłupiał się, jak inni? Czemu tak często był sam?
Jak to wszystko poukładać? Dlaczego tak często nie respektujemy ciszy? Albo dlaczego mamy do niej taki obojętny stosunek?
Po pierwsze, chyba dlatego, że cisza to jedna z postaci Boga. Cisza to wartość, która do Niego zbliża. Pragnienie tych, którzy odczuwają dyskomfort życia w hałasie. Albo jedna z zasad istnienia świata, z której zawsze można czerpać. Wszystko zrodziło się z ciszy i w ciszy. W ogóle to wypisuję głupoty, bo najprościej jest powiedzieć: „wyjadę w góry, na łąkę, padnę na trawę, wyciszę się i będzie to samo”. I na tym koniec? Równie dobrze od tego można zacząć…
Bóg przychodzi w ciszy(lubi to robić) i może dlatego tak wielu ludzi niekoniecznie chce się jej poddać. Gdy chodzi o tych, którzy utrzymują z Nim jako taką więź, to wiedzą, co się wtedy czasem dzieje i czego się spodziewać. Potrafią zagłuszyć zewnętrzny świat, zamknąć się w sobie i pobyć tak po prostu, np. w pustym kościele. Osobiście polecam.
Będąc w pustym kościele, bez większych szans na zakłócenia przez otwierające się drzwi i wejście kogoś z zewnątrz, mamy większą możliwość podzielić się naszymi niepoukładanymi myślami z Panem, niż choćby w czasie adoracji(w kościele, po mszy). Osobiście zawsze uważałem, że adoracje winny w kościele czasem wyglądać tak, jak na różnego rodzaju rekolekcjach. Za przykład postawię znowu rekolekcje u kapucynów(nie wykluczam podobnych schematów w przypadku innych zakonów bądź świeckich grup ewangelizacyjnych). Na każdym takim wyjeździe był jeden lub dwa dni, przeznaczone na 20 lub 30-minutową wieczorną adorację Najświętszego Sakramentu w kaplicy w kompletnej ciszy lub przy cichej muzyce ambientowej, utworach gitarowych z żeńskim wokalem, puszczanymi z płyty w radiomagnetofonie. Rola ojca prowadzącego polegała na tym, że przynosił Najświętszy Sakrament do kaplicy(najbardziej klimatyczna jest w Krakowie-Olszanicy), a potem szedł do pobliskiej rozmównicy i czekał. Po wielu tego typu przeżyciach nabrałem niepodważalnego poczucia, że cisza prowokuje do rachunku sumienia. Przychodzi taki moment, w którym głos wnętrza uświadamia nam, że w ostatnim okresie narobiliśmy sporo bałaganu i wypadałoby o tym komuś opowiedzieć – uzyskać przebaczenie… I nabrać sił na sprzątanie…
Spowiedź. Na nią wtedy był czas, ale podczas tego typu adoracji miała ona szczególne znaczenie. Była gruntowna i dogłębnie renowacyjna.
Ile cudów uzdrowienia ciała i duszy dokonało się w świętej ciszy podczas adoracji,  wie o tym jedynie Bóg. Mamy wówczas możliwość złożenia przed Panem Jezusem wszystkiego, co „ugniata”  nasze serce jak niewygodny but podczas pielgrzymki pieszej, uniemożliwiający nam przez bolesne otarcia i zranienia dotarcie do celu. Lecz adoracja to nie tylko nasze wyznanie, ale i cisza, w której On przemawia do nas. To intymne spotkanie z Bogiem, w które nie powinien wkradać się ktoś z zewnątrz, bo staje się intruzem. I tu wcale nie chodzi o jakieś długie godziny adoracji, a chociaż o chwilę. Chwilę ciszy[3].
I może to jest prawidłowy wymiar… Nie taki, w którym np. po mszy świętej jest 10 minut na „odklepanie litanii”, „ciągłą nawijankę” bez możliwości podarowania ludziom chwili ciszy, czasu na przemyślenia, na rachunek sumienia.
Jakże o nią ciężko,  gdy ktoś prowadzący adorację ( np. przy Bożym Grobie lub podczas Godziny Świętej) skrupulatnie obliczy każdą minutę wystawienia Najświętszego Sakramentu, by przeznaczyć ją w całości na modlitwę wspólnotową. Wyśpiewywane po kolei wszystkie zwrotki kolejnych pieśni z modlitewnika nie służą tak naprawdę prawdziwemu spotkaniu z Jezusem ukrytym pod postacią Chleba, a osoby pragnące skupić się na modlitwie indywidualnej nie mają żadnej szansy odciąć się od tego „ świętego zgiełku”, bo trzeba przyznać, iż rzadko zdarza się, by grupka wiernych śpiewała naprawdę pięknie i dzięki tej poprawności w wykonywaniu danego tekstu i melodii wznosiła myśli osoby słuchającej lub także śpiewającej w grupie ku Bogu[4].
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty (Krl 19, 13).
Od jakiegoś czasu, mimo, że uczestniczę we mszy św., odczuwam dyskomfort. Mam takie wrażenie o sobie, że przeszkadzają mi ludzie, zagłuszają to, co chcę „wypowiedzieć”, nie dają mi się skoncentrować. Bez eucharystii, w pustym kościele i najlepiej jak najbliżej ołtarza takie skupienie przychodzi mi lepiej[5].
Dlaczego piszę o duchowym wymiarze ciszy, pomimo, że są inne?
Na pewno dlatego, że najczęściej taki wybierałem i w pewnym stopniu wybieram nadal. Od tego się zaczęło – od całkowitej ciszy. Podany wyżej fragment Księgi Królewskiej ma słuszność – Pan przyszedł w ciszy. Dlatego w swoim życiu dokonałem rozróżnienia między ciszą a Ciszą.
Jedno jest pustym wrażeniem, służącym odpoczynkowi, relaksowi i niczemu więcej, a drugie stanowi wyższą formę, doświadczenie, samorefleksję, rachunek sumienia, prowadzący czasem do płaczu oraz samego Boga. Obydwie można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od człowieka. Ja osobiście uhonorowałem pusty kościół, małe kaplice podczas adoracji(oj, jak mi tego brakuje), puste mieszkanie, w którym jestem absolutnie sam, kilka miejsc koło Oleśnicy, działających wyciszająco… Lubię muzykę, kino, rozmowy, koncerty i inne, ale pilnuję jednocześnie zdolności odcięcia się od tego, podczas, gdy wielu tego nie potrafi albo się tego boi. Są tacy, którzy uznają to wszystko za oczywiste, acz niepotrzebne albo nie mające takiego znaczenia, a inni szukają na siłę bądź wymyślają aspekty. Nikt niczego nie szuka ani nie wymyśla. To wszystko po prostu jest, trzeba tylko patrzeć i widzieć, a nie wyłącznie patrzeć… Czasem chyba wystarczy być cichą osobą i spokojną. Takim przychodzi to o wiele łatwiej.
Wracając jeszcze na moment do adoracji… Ucieszyłem się, gdy moja rodzinna parafia zainicjowała pomysł wprowadzenia nocnej adoracji przy Najświętszym Sakramencie końcem każdego miesiąca. To, że nie miałem jeszcze okazji uczestniczyć, to druga rzecz, ale przyjdzie taki dzień… Grunt, że został obrany jeden z pozytywnych elementów, wzbogacających dalszą działalność parafii.
Matka Teresa z Kalkuty kiedyś powiedziała: „Bóg jest przyjacielem ciszy. Cisza daje nam nowe spojrzenie na wszystko. W ciszy odnajdziemy nowe siły i prawdziwą jedność”. W ciszy człowiek słyszy samego siebie, dostrzega swoje serce, a nade wszystko odczytuje delikatny i subtelny głos mówiącego doń Boga[6]. Dlaczego taki wielki na to kładę nacisk i przypominam o tym – sobie zresztą także? Chyba dlatego, że występuje dziś dominacja przyziemności i bylejakości. Istnieje mała, choć krzykliwa grupa ludzi, próbująca wyjść naprzeciw i zawładnąć ciszą, nadać jej znikome znaczenie. Grupa która twierdzi, że – parafrazując klasyka: „ich racja jest najichsza”. Stanowią oni pewnego rodzaju zagrożenie, próbujące wyprzeć ciszę, spokój czy chęć ich poszukiwania z serc. W nas samych jednak siedzą przeszkody takie, jak: lęk, strach, pycha, rozmaite przyzwyczajenia i uzależnienia(od koncertów, imprez dyskotekowych, od rzeczy, zajęć i ludzi)[7].
Jesteśmy dziećmi hałasu szukającymi ciszy. Na naszych wakacyjnych szlakach spotykamy niejeden kościół i kaplicę, niejedną polanę leśną. A może będzie to dom naszych przyjaciół, ruchliwy dworzec, nasze mieszkanie. Uwierzmy, że wszędzie tam możemy odnaleźć strefę ciszy, pustynię w środku miasta. Odnajdziemy ją wtedy, gdy będziemy wewnętrznie wyciszeni i wolni. A wraz z nią odnajdziemy radość, odpoczynek, pokój, gdyż prawdziwa cisza jest naprawdę w nas, a nie poza nami. Jest w nas niezależnie od czasu, miejsca i ludzi[8].
Prawdziwa i przejmująca cisza, która może uratować życie…


[4] tamże
[5] Taki mimowolny apel o całkowite otwarcie kościołów w ciągu dnia, by każdy mógł wejść i się pomodlić przy ołtarzu, a nie w przedsionku. Daje to poczucie oddalenia, odcięcia od Pana Boga, a im bliżej ołtarza
[7] Por. tamże