Za
tydzień święta Wielkiej Nocy. Wiemy, co ten czas oznacza – szanuję tych, którzy
nie chcą tego wiedzieć. Ofiarowanie, męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.
To jest w zasadzie jedyne znaczenie tego czasu, ale w moim osobistym odczuciu
chodzi tu o coś jeszcze. Choć wpadłem na to w ciągu ostatnich kilku lat poprzez
pewne doświadczenia i przeżycia; choć nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze;
choć nie wykluczam, że może to być potraktowane, jak jakaś herezja to obok
pamiątki Paschy Chrystusa i Jego Zmartwychwstania ważne jest dla mnie jeszcze
jedno znaczenie tych świąt.
Dla
nas- żyjących, powinny one przypominać nie tylko o męce i śmierci Chrystusa i o
tym, że i my po swojej śmierci zmartwychwstaniemy, dzięki Krzyżowi. Obok tego
istnieje jeszcze jedna kwestia. Kwestia śmierci i zmartwychwstania dotyczy też
tego, co ŻYJE W NAS: naszych pragnień, celów, marzeń, uczuć, duszy i wielu
innych. Druga strona idei zmartwychwstania mogłaby dotyczyć tzw: „ciemnych
dni”, które na pewno miał każdy z nas. Jeśli jest ktoś, kto się tego wypiera,
to dla mnie znaczy to, że żyje w zakłamaniu.
Zgoda
z prawdą wobec siebie, samoświadomość jest najważniejsza zaraz po wierze. Także
w sytuacji, w której upadamy. Dlaczego?
Bo
ktoś nas zawodzi. Bo ktoś nas opuszcza. Bo życie nam się nie układa. Przydałoby
się dodać nieustannie nękające „demony przeszłości”. Błahostki, które stopniowo
nie usuwane, razem mogą stanowić ogromną siłę destrukcyjną. A ciemne dni są
czasem potrzebne, by lepiej docenić to, co jest jasne.
Paradoksalnie:
po jednej tronie mamy oddalenie się od Chrystusa i bezgraniczne zawierzenie
człowiekowi, jako jedną z przyczyn tego ciężkiego czasu, a z drugiej strony
mamy głęboką wiarę, idealizm i wynikające z tego wrażliwość, podatność na złe
doświadczenia(czy nawet opętania -> „Egzorcyzmy Emily Rose”[1])
i rosnącą w związku z tym nienawiść.
Wiecie…
Umierałem wiele razy… Wiele było myśli, by już to definitywnie zakończyć, a
jednak siedzę i piszę te słowa. Może dlatego, że każdorazowo znajdowałem sposób
na uwolnienie i dystans(chociaż jego próbę). Raz były to rekolekcje, na których
tą Bożą obecność wreszcie poczułem. Innym razem była to poezja, którą tworzę od
8 lat(dziś ponoć o wiele lepsza, bardziej „zakręcona” niż kiedyś). Teraz muzyka
reggae(zaznaczam tu duży wpływ tekstów i wibracji Rastamańka), odnowienie celów(pierwszy
raz od dłuższego czasu mam plan na siebie, a na drugim miejscu zostawiam tarcia
motywacji z lenistwem), odnowienie więzi z Kościołem, rehabilitacja wobec
pewnych ludzi i restauracja zerwanych kontaktów z ukróceniem innych(chyba
rzeczywiście poczułem, że jestem sam). Ogromny wpływ miał chyba tym razem ten
jeden, konkretny człowiek…
Ostatni
kryzys, ostatnie „ciemne dni” zniosłem dużo gorzej, niż za pierwszym razem,
dlatego w tej chwili boję się o wiele bardziej, gdyby miało mnie to dopaść po
raz trzeci w myśl przysłowia „do trzech razy sztuka”… Tfu tfu... Być może to
kwestia wieku, wtedy miałem 18 lat, a dziś prawie 26 – różnica w problemach, w
wymaganiach i stosunku do wszystkiego. Poddałem się, zeszmaciłem, tak jakby
godząc się na niechęć, lenistwo duchowe, acedię[2],
na zlekceważoną miłość. „Jeśli dla kogoś jestem zwierzem, jeśli ktoś preferuje
bylejakość od konkretnej wartości, to niech tak będzie”. I przegrałem wszystko…
Choć
„ciemne dni” trwały teraz wyjątkowo długo(rok, może dwa); choć pozbawiły mnie
niemal wszystkiego, co zyskałem; choć tyle czasu byłem naprawdę słaby, to
gdzieś w podświadomości miałem nadzieję, że się znów uwolnię. Czasem warto po
prostu przeczekać i uwierzyć, że zaświeci to słońce, które uruchomi Cię do
działania, mogącego jako pierwsze zacząć Cię oczyszczać… Potem będzie już tylko
z górki, niezależnie ile czasu by miało to trwać. Wystarczy się wtedy dobrze
pilnować. Nic na siłę. Oto proces zmartwychwstania za życia. Oto prezent w
postaci podarowanego czasu na samorealizację, na poprawę siebie. Świadomość
tego, że to ja także nawaliłem i, że daleko mi do świętości, bardzo pomaga!
Paradoksalnie dzięki temu wiem, co zrobić by być lepszym dla samego siebie oraz
innych, o co walczyć, co powiedzieć, z jakim stopniem nacisku… A przede
wszystkim w jaki sposób dojść do spokoju jeszcze za życia, by człowiek, zanim
umrze nie tyle zapomniał, czym jest gniew i wojna, ale wyzwolił się z nich
całkowicie. Powiesz pewnie, że to szukanie problemu na siłę… Niekoniecznie i ja
o tym wiem.
„Czy
możliwe jest życie przed śmiercią?” Radosława Milczarka. Zapraszam do
przeczytania.
Życzę
Wam na ten czas Wielkiej Nocy, oprócz tego, co się tradycyjnie życzy, abyście
uświadomili sobie tą powyższą prawdę. Po trzech mrocznych dniach każdy z nas
może powstać z martwych, by wykorzystać resztę energii do życia…
[1] Oglądałem przed laty „Egzorcyzmy Emily Rose”. Prócz ogromnego przerażenia, jakie on
wywołał, to zostawił po sobie piętno w postaci stwierdzenia o ataku demonów na
osoby wrażliwe, pogrążone w bezpośredniej relacji z Bogiem. Trzeba być
ostrożnym na każdym kroku.
[2] Duchowa niemoc, tzw. „ósmy grzech główny”, którego od
pozostałych siedmiu dzieli przepaść – sugeruję wielką ostrożność. Zamierzam
wrócić do jej tematu, a póki co odsyłam tutaj: http://www.kaplani.com.pl/mysli/czytelnia/art_duchowa_depresja.php
.