czwartek, 31 stycznia 2013

Przejmująca cisza


Na początku były cisza i spokój, a gdy przyszła pora na człowieka, zrobił się harmider…
Ciekawa myśl, prawda? I w pewnym stopniu aktualna, bo bycie między ludźmi – paradoksalnie rzecz ujmując – z jednej strony daje komfort radość i spełnienie się(bo mam do kogo mówić i kogo kochać) a z innej uświadamia w poczuciu hałasu. A są przecież chwile, gdy chcemy po prostu uciec, być sami i się „przewietrzyć”. Nie wierzę, aby był ktoś, kto tego nigdy nie pragnął.
            Na zaduch, panujący w pokoju(nawet, gdy jest odkurzone), lekarstwem jest otworzenie okna. Zimą daje to efekt druzgocący. Pomyśl: rano otwierasz okno, nie ma cię cały dzień, wieczorem wracasz i zamykasz. Co czujesz poza zimnem? Kaloryfer włączysz za chwilę! Powiedz, co czujesz poza zimnem!? Świeżość. Wszystko się wywietrzyło, oddycha się zdecydowanie inaczej, lżej. Teraz możesz włączyć kaloryfer.
            Mieszkając w mieście coraz rzadziej możemy zaznać ciszy – blokowisko pełne jest różnorodnych dźwięków, lecz i człowiek żyjący w ciągłym stresie, ciągłej pogoni za czasem, konieczności rywalizacji z innymi, otoczony jest zewsząd kakofonią dźwięków, wiecznym hałasem o różnym natężeniu. Szum samochodu, gwar ulicy, sklepów i budynków powszechnej użyteczności, wciąż włączone radio lub telewizor, rozmowy z wyboru i konieczności,  tykanie zegarów, włączające się automatycznie różne urządzenia i stukanie o klawiaturę  z czasem stają się normalnością, na którą przestajemy reagować, co nie znaczy, że ich nie słyszymy, i że dźwięki te nie są rejestrowane przez nasz mózg, więc gdy nagle naprawdę zapadnie cisza, nieraz jesteśmy zdezorientowani, bo nawet noc nie gwarantuje nam, że przestaną do nas docierać bodźce dźwiękowe. To jednak tylko świadczy o tym, że odwykliśmy od niej i przestaliśmy jej pragnąć. Może to być sygnałem, że próbujemy uciec w świat dźwięków od momentu spotkania się sam na sam z sobą, ze swoim sumieniem, do którego potrzeba jest nam cisza. To w ciszy docierają do nas sygnały z głębi naszego serca… [1]
A jednak ludzie(…) z jakiegoś powodu, ludzie wprowadzają hałas aby tę ciszę odepchnąć. Dodam, że zazwyczaj są to działania bezwiedne takie przy okazji, z przyzwyczajenia, jak zaspokajanie głodu przez narkomana.
Wchodzimy do domu włączamy telewizor, wchodzimy do biura lub wsiadamy do samochodu - włączamy radio/mp3/płytę. Ludzie jadą nad wodę do lasu ale z radyjkiem, no żeby coś grało!
Mamy chwilę aby odpocząć, włączamy komputer (który także „hałasuje” może tylko inaczej).
A gdzie chwila dla ciszy? Na usłyszenie Boga (a jak ktoś nie wierzy w Boga to – kiedy ma czas usłyszeć siebie?)?
Boimy się ciszy? Głosu Boga(a może własnych przemyśleń?)?[2]
Olgierdowi ciągle przeszkadzano, gdy chciał się wyciszyć i poukładać w myślach kilka spraw. Reagował gwałtownie, choć nie powinien w ogóle zwracać to uwagi. Był dziwakiem. Dlaczego nie krzyczał? Dlaczego nie wygłupiał się, jak inni? Czemu tak często był sam?
Jak to wszystko poukładać? Dlaczego tak często nie respektujemy ciszy? Albo dlaczego mamy do niej taki obojętny stosunek?
Po pierwsze, chyba dlatego, że cisza to jedna z postaci Boga. Cisza to wartość, która do Niego zbliża. Pragnienie tych, którzy odczuwają dyskomfort życia w hałasie. Albo jedna z zasad istnienia świata, z której zawsze można czerpać. Wszystko zrodziło się z ciszy i w ciszy. W ogóle to wypisuję głupoty, bo najprościej jest powiedzieć: „wyjadę w góry, na łąkę, padnę na trawę, wyciszę się i będzie to samo”. I na tym koniec? Równie dobrze od tego można zacząć…
Bóg przychodzi w ciszy(lubi to robić) i może dlatego tak wielu ludzi niekoniecznie chce się jej poddać. Gdy chodzi o tych, którzy utrzymują z Nim jako taką więź, to wiedzą, co się wtedy czasem dzieje i czego się spodziewać. Potrafią zagłuszyć zewnętrzny świat, zamknąć się w sobie i pobyć tak po prostu, np. w pustym kościele. Osobiście polecam.
Będąc w pustym kościele, bez większych szans na zakłócenia przez otwierające się drzwi i wejście kogoś z zewnątrz, mamy większą możliwość podzielić się naszymi niepoukładanymi myślami z Panem, niż choćby w czasie adoracji(w kościele, po mszy). Osobiście zawsze uważałem, że adoracje winny w kościele czasem wyglądać tak, jak na różnego rodzaju rekolekcjach. Za przykład postawię znowu rekolekcje u kapucynów(nie wykluczam podobnych schematów w przypadku innych zakonów bądź świeckich grup ewangelizacyjnych). Na każdym takim wyjeździe był jeden lub dwa dni, przeznaczone na 20 lub 30-minutową wieczorną adorację Najświętszego Sakramentu w kaplicy w kompletnej ciszy lub przy cichej muzyce ambientowej, utworach gitarowych z żeńskim wokalem, puszczanymi z płyty w radiomagnetofonie. Rola ojca prowadzącego polegała na tym, że przynosił Najświętszy Sakrament do kaplicy(najbardziej klimatyczna jest w Krakowie-Olszanicy), a potem szedł do pobliskiej rozmównicy i czekał. Po wielu tego typu przeżyciach nabrałem niepodważalnego poczucia, że cisza prowokuje do rachunku sumienia. Przychodzi taki moment, w którym głos wnętrza uświadamia nam, że w ostatnim okresie narobiliśmy sporo bałaganu i wypadałoby o tym komuś opowiedzieć – uzyskać przebaczenie… I nabrać sił na sprzątanie…
Spowiedź. Na nią wtedy był czas, ale podczas tego typu adoracji miała ona szczególne znaczenie. Była gruntowna i dogłębnie renowacyjna.
Ile cudów uzdrowienia ciała i duszy dokonało się w świętej ciszy podczas adoracji,  wie o tym jedynie Bóg. Mamy wówczas możliwość złożenia przed Panem Jezusem wszystkiego, co „ugniata”  nasze serce jak niewygodny but podczas pielgrzymki pieszej, uniemożliwiający nam przez bolesne otarcia i zranienia dotarcie do celu. Lecz adoracja to nie tylko nasze wyznanie, ale i cisza, w której On przemawia do nas. To intymne spotkanie z Bogiem, w które nie powinien wkradać się ktoś z zewnątrz, bo staje się intruzem. I tu wcale nie chodzi o jakieś długie godziny adoracji, a chociaż o chwilę. Chwilę ciszy[3].
I może to jest prawidłowy wymiar… Nie taki, w którym np. po mszy świętej jest 10 minut na „odklepanie litanii”, „ciągłą nawijankę” bez możliwości podarowania ludziom chwili ciszy, czasu na przemyślenia, na rachunek sumienia.
Jakże o nią ciężko,  gdy ktoś prowadzący adorację ( np. przy Bożym Grobie lub podczas Godziny Świętej) skrupulatnie obliczy każdą minutę wystawienia Najświętszego Sakramentu, by przeznaczyć ją w całości na modlitwę wspólnotową. Wyśpiewywane po kolei wszystkie zwrotki kolejnych pieśni z modlitewnika nie służą tak naprawdę prawdziwemu spotkaniu z Jezusem ukrytym pod postacią Chleba, a osoby pragnące skupić się na modlitwie indywidualnej nie mają żadnej szansy odciąć się od tego „ świętego zgiełku”, bo trzeba przyznać, iż rzadko zdarza się, by grupka wiernych śpiewała naprawdę pięknie i dzięki tej poprawności w wykonywaniu danego tekstu i melodii wznosiła myśli osoby słuchającej lub także śpiewającej w grupie ku Bogu[4].
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty (Krl 19, 13).
Od jakiegoś czasu, mimo, że uczestniczę we mszy św., odczuwam dyskomfort. Mam takie wrażenie o sobie, że przeszkadzają mi ludzie, zagłuszają to, co chcę „wypowiedzieć”, nie dają mi się skoncentrować. Bez eucharystii, w pustym kościele i najlepiej jak najbliżej ołtarza takie skupienie przychodzi mi lepiej[5].
Dlaczego piszę o duchowym wymiarze ciszy, pomimo, że są inne?
Na pewno dlatego, że najczęściej taki wybierałem i w pewnym stopniu wybieram nadal. Od tego się zaczęło – od całkowitej ciszy. Podany wyżej fragment Księgi Królewskiej ma słuszność – Pan przyszedł w ciszy. Dlatego w swoim życiu dokonałem rozróżnienia między ciszą a Ciszą.
Jedno jest pustym wrażeniem, służącym odpoczynkowi, relaksowi i niczemu więcej, a drugie stanowi wyższą formę, doświadczenie, samorefleksję, rachunek sumienia, prowadzący czasem do płaczu oraz samego Boga. Obydwie można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od człowieka. Ja osobiście uhonorowałem pusty kościół, małe kaplice podczas adoracji(oj, jak mi tego brakuje), puste mieszkanie, w którym jestem absolutnie sam, kilka miejsc koło Oleśnicy, działających wyciszająco… Lubię muzykę, kino, rozmowy, koncerty i inne, ale pilnuję jednocześnie zdolności odcięcia się od tego, podczas, gdy wielu tego nie potrafi albo się tego boi. Są tacy, którzy uznają to wszystko za oczywiste, acz niepotrzebne albo nie mające takiego znaczenia, a inni szukają na siłę bądź wymyślają aspekty. Nikt niczego nie szuka ani nie wymyśla. To wszystko po prostu jest, trzeba tylko patrzeć i widzieć, a nie wyłącznie patrzeć… Czasem chyba wystarczy być cichą osobą i spokojną. Takim przychodzi to o wiele łatwiej.
Wracając jeszcze na moment do adoracji… Ucieszyłem się, gdy moja rodzinna parafia zainicjowała pomysł wprowadzenia nocnej adoracji przy Najświętszym Sakramencie końcem każdego miesiąca. To, że nie miałem jeszcze okazji uczestniczyć, to druga rzecz, ale przyjdzie taki dzień… Grunt, że został obrany jeden z pozytywnych elementów, wzbogacających dalszą działalność parafii.
Matka Teresa z Kalkuty kiedyś powiedziała: „Bóg jest przyjacielem ciszy. Cisza daje nam nowe spojrzenie na wszystko. W ciszy odnajdziemy nowe siły i prawdziwą jedność”. W ciszy człowiek słyszy samego siebie, dostrzega swoje serce, a nade wszystko odczytuje delikatny i subtelny głos mówiącego doń Boga[6]. Dlaczego taki wielki na to kładę nacisk i przypominam o tym – sobie zresztą także? Chyba dlatego, że występuje dziś dominacja przyziemności i bylejakości. Istnieje mała, choć krzykliwa grupa ludzi, próbująca wyjść naprzeciw i zawładnąć ciszą, nadać jej znikome znaczenie. Grupa która twierdzi, że – parafrazując klasyka: „ich racja jest najichsza”. Stanowią oni pewnego rodzaju zagrożenie, próbujące wyprzeć ciszę, spokój czy chęć ich poszukiwania z serc. W nas samych jednak siedzą przeszkody takie, jak: lęk, strach, pycha, rozmaite przyzwyczajenia i uzależnienia(od koncertów, imprez dyskotekowych, od rzeczy, zajęć i ludzi)[7].
Jesteśmy dziećmi hałasu szukającymi ciszy. Na naszych wakacyjnych szlakach spotykamy niejeden kościół i kaplicę, niejedną polanę leśną. A może będzie to dom naszych przyjaciół, ruchliwy dworzec, nasze mieszkanie. Uwierzmy, że wszędzie tam możemy odnaleźć strefę ciszy, pustynię w środku miasta. Odnajdziemy ją wtedy, gdy będziemy wewnętrznie wyciszeni i wolni. A wraz z nią odnajdziemy radość, odpoczynek, pokój, gdyż prawdziwa cisza jest naprawdę w nas, a nie poza nami. Jest w nas niezależnie od czasu, miejsca i ludzi[8].
Prawdziwa i przejmująca cisza, która może uratować życie…


[4] tamże
[5] Taki mimowolny apel o całkowite otwarcie kościołów w ciągu dnia, by każdy mógł wejść i się pomodlić przy ołtarzu, a nie w przedsionku. Daje to poczucie oddalenia, odcięcia od Pana Boga, a im bliżej ołtarza
[7] Por. tamże

czwartek, 17 stycznia 2013

Szukając siebie. Maski.



Olgierd znał siebie dobrze. Obserwował dom, otoczenie i swoich bliskich oraz czerpał od nich to, co mogłoby być dla niego w życiu ważne. To długi proces, podlegający wielokrotnym weryfikacjom, poprawkom, analizom – szczególnie wtedy, gdy trafiają się wątpliwości i sprzeczności. Są one potrzebne, bo dzięki temu on „pracował mózgiem” cały czas, reflektując wszystkie swoje poglądy.
Z tego, co pamiętam, najpierwszym fundamentem Olgierda była miłość. Mama pokazała mu, jak być dobrym i uczyła, jak się modlić(choć czasem nie czuła się ku temu na siłach). Dzięki temu Olgierd w szkole był konkretnym człowiekiem, choć często nie był za to szanowany.
Wpierw jednak przyszedł czas pierwszego zauroczenia. Potem kolejnego. Każdy z nich kończył się zawodem. Na koniec szkoły okazało się, że kilku chłopców w szkole jest w homoseksualnym związku. Każda z tych rzeczy poważnie podważyła jego światopogląd.
Studia były dla niego okresem kompletnego odbicia się od tradycyjnych wartości. Przestał chodzić do kościoła, zaczął pić alkohol i palić papierosy. Czasem ze studentami spotykał się w kręgu sziszy – jedna z prostych metod odstresowania. Zniknęła też jego dawna szarmanckość i savoir vivre, co ujawniało się m.in. łapaniem dziewczyn za piękne części ciała, ale mające nieszlachetne synonimy swoich właściwych nazw. Wszystkim innym było tak dobrze. W taki sposób żyli i podobało im się. Olgierdowi też pasował taki styl, jednak do czasu.
Nie jestem w stanie powiedzieć, w jaki sposób i kiedy zaczęło mu to przeszkadzać, ale wiem jedno: chłopak poczuł, że ucieka mu grunt spod nóg. Na jednej z imprez towarzyskich zmieszał ze sobą kilka rodzajów alkoholi… I trafił do szpitala z objawami porządnego zatrucia alkoholowego. Wyszedł z tego bez większego problemu, ale  przyszedł taki dzień, że usiadł na kanapie i zaczął poważnie myśleć…
I tu nasuwa mi się przypomnienie niektórych, wcześniejszych treści, dotyczących objawienia, jako punktu zwrotnego oraz tego, że pokazuje ono, kim jesteśmy… Ale nie będę owych treści przypominał – tak tylko mi się teraz skojarzyło.
Chcę jednak mniej więcej opowiedzieć, co to znaczy szukać siebie. Chciałbym porozwodzić się nieco nad tym tematem.
Żyjemy w rzeczywistości, którą bardzo łatwo podzielić na kilka różnych światów. Każdy z nich jest w jakimś stopniu idealny, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy oddali się mu całkowicie, uznając, że tyle im wystarczy, że to wszystko, czego chcą od życia. „Maybe yes, maybe no” – jak to mawiał mój nauczyciel historii w gimnazjum.
Każdy z tych światów jest na swój sposób pokusą lub drogą wyboru albo tym i tym jednocześnie. Nasze preferencje(zachcianki) często zmieniają się jak w kalejdoskopie, a wybór czasem zależy nie od tego, czego chcę, ale od potrzeby zaistnienia, zwrócenia na siebie uwagi, rezygnacji, „bo tamto się już nie sprawdza”. Owszem, ważne są też tu i nasze chęci i pragnienia, ale trzeba być aż nadto ostrożnym, bo tu z kolei można trafić na wypaczenia, manipulacje i nadużycia.
Wszędzie, gdzie jest człowiek, tam są też grzechy i nadużycia.
Obrałem tą myśl, jako jedną ze swych naczelnych zasad i będę tutaj do niej często wracał. Może dlatego, że im bardziej będę świadomy istnienia takiego stanu rzeczy, tym będę tak naprawdę spokojniejszy i nic mnie tu nie zdziwi. Pomaga mi to też w utożsamieniu się w jakimś stopniu ze światem. Dzięki temu jestem ostrożniejszy, spokojniejszy(jak na razie) i może nieco odważniejszy w postępowaniu i w mówieniu. Pewne kwestie, dotyczące przytoczonego tutaj Olgierda były i są mi jednak bardzo bliskie…
Czas gniewu, szaleństwa, „tumiwisizmu” póki co, minął. Wróciłem do okresu sprzed studiów, kiedy robiłem wszystko, co mogłem, by postawić na wewnętrzny spokój, stonowane emocje, troskę na miarę swoich możliwości itp. Nie oznacza to wcale, ze studia(i do tego studia teologiczne) miały jakiś wpływ na moją stopniową destrukcję(w pewnym stopniu to się jednak zgadzało, chociażby ze względu na mój brak dystansu i zrozumienia), ale być może to moja osłabiona częstym bywaniem we Wrocławiu mentalność zaczęła się zmieniać na gorsze, na tyle, że w pewnym momencie, podobnie jak ów Olgierd, straciłem kontrolę.
Ktoś powie, że sobie to wszystko uroiłem, że to tylko etapy życia. Być może, ale są ci, dla których na pewnym etapie się kończy i może być to etap zły(osoba, której wtedy wydaje się, że jest wszystko w porządku, nie ma świadomości).
Być sobą i się nie zatracić… Czasem ciężko to wychodzi. Pracując na budowie lub w jakiejś korporacji można ulec mentalnościom, jakie tam panują. Jeśli nie da się dopasować do miejsca, które odpycha jakimś systemem(manipulacjami, oszukiwaniem klienta, wrednym postępowaniem, nadużywaniem pewnych środków), to nie można się zmuszać. Można delikatnie wspomnieć, że to nie jest w porządku, nawet bardzo delikatnie, by nie urazić czyjejś ambicji(tudzież pseudoambicji). Albo po prostu stulić uszy i wytrzymać, kiedy nie widać alternatywy…
Dobrze, że nie jestem np. marketingowcem. Nie pasowałbym do firmy, która czasem oszukuje klienta, czerpiąc z tego niemałe zyski. Ale są też takie, które postępują tutaj właściwie(pytanie o polot takich firm zostawiam otwarte…).
Nie wolno dodawać pracy, jako elementu światopoglądu. Już bardziej jako coś, co wpływa na światopogląd, ubogaca go bądź poddaje próbie, jakimś wątpliwościom. Praca klasyfikuje się pod źródło doświadczeń, do których się ustosunkowujemy. Ale fundament jest zawsze.
Wychowanie… Śmiało można powiedzieć, że rodzice zazwyczaj z troski uczą nas od małego, jak postępować, ale tym samym w pewnym stopniu narzucają nam tożsamość. W różnych latach życia przychodzą różne burze, zmiany… Ktoś by powiedział, że człowiek szuka wtedy tak jakby „innego siebie”. To prawda, ale niech szuka z jakimś rozsądkiem, niech nie daje się omotać cudzym mentalnościom, niech nie ulega byle czemu oraz niech umie odróżnić właściwych ludzi, którzy mu będą towarzyszyć i pomogą w niesieniu bagażu podczas tej wędrówki. Powiesz, że to jest takie proste… Na pewno?
W pewnym momencie swojego życia odkryjesz, że jednak lepiej jest wrócić do swoich „fundamentów”, bo tak jest ci najlepiej albo stwierdzisz, że zostajesz w jakimś innym miejscu(może to być świat krętactw, oszustw, manipulacji, morderstw na ogromną skalę, innego rodzaju przestępstw…). A może to być moment, w którym odkryjesz, że jesteś lepszy, niż kiedykolwiek przedtem…
I nie zwalaj na wolny wybór i słynne hasło „róbta, co chceta” – wybór świadczy wyłącznie o tobie. Jeśli interesuje Cię taka cena, proszę bardzo.
Warto czasami do podróży wyposażyć się w tzw. maski. Jak je określić? Jako sztuczność? Grę? Zabawę? Powłokę pod którą muszę skryć swoją prawdziwą naturę? Rolę do spełnienia na daną chwilę? W sumie każde z nich wydaje się być właściwe. W opisie do książki o Janie Nowickim „Mężczyzna i one” zawarte zostało stwierdzenie, że aktor „nakłada maskę ironii, sarkazmu i cynizmu, gdy przychodzi mu się wadzić z rzeczywistością”(por.).
Na pewno jest tak, że nakładamy maski z jakiegoś powodu… Może to być podjudzenie kogoś, by powiedział prawdę na jakiś temat. Może to być też wadzenie się z rzeczywistością, podobnie, jak w przypadku pana Jana. Możemy to robić dlatego, by wpierw przypodobać się innym, szczególnie tym, których postawa się może nie podobać, a potem podpuścić, by spróbowali się zmienić. Można to porównać do pewnego rodzaju partyzantki, ale trzeba być pewnym tego, że nie damy się tutaj zdominować. Przy każdym z przypadków musimy pamiętać o sobie.
W zależności od ilości doświadczeń rośnie ilość naszych masek.  Czasem jest tak, że poznajemy się z jakimś środowiskiem, zdobywamy w nim jakichś ludzi(dobrze się wyraziłem – zdobywamy), aby potem móc się przy nich w miarę odnajdywać. Zapoznajemy się z nimi poprzez muzykę, ich zainteresowania… Na tyle, by potem z nimi rozmawiać – między innymi, by uznali Cię za swojego. Mówię to ze swojego punktu widzenia.
Elastyczność to synonim, pasujący do maski, jaką chcemy lub zmuszani jesteśmy zakładać. To sztuka odnalezienia się w środowiskach i sytuacjach, ale z pamięcią o tym, by to się nie stało domeną. „A co, jeśli maski się kiedyś skończą?” – koleżanka z roku teologii kiedyś zadał mi takie pytanie. Być może wtedy zostaniemy tylko my – obnażeni, ale dużej mierze prawdziwi.

niedziela, 13 stycznia 2013

Ale o co chodzi z tymi zasadami...?


Szukam człowieka z zasadami. Może to być mężczyzna, może to być kobieta. Jako, że jestem mężczyzną, to szukam kobiety. Z ZASADAMI. Ofiaruję konia z rzędem znalazcy. Mój telefon: (+48)000- 000- 000. Dzwonić po godzinie 17:00.
Tylko o co chodzi z tymi zasadami? Bo na pewno nie o chemiczny związek. Chociaż o pewnego rodzaju związku jest tutaj mowa. Chciałoby się tutaj wymienić zestawienie naszych doświadczeń(wzrokowych, słuchowych, czuciowych) z naszym stosunkiem do nich. Do tego wszystkiego dodać należy mijający czas…
Ciekawostką jest to, że wraz z mijającym czasem wielu zmienia swoje zasady, dostosowując je do nowej rzeczywistości. Inni natomiast pozostają bardziej radykalni i to tylko dlatego, że z pewnymi aspektami nowej rzeczywistości nie są w stanie się pogodzić tudzież uważają je za niszczące i godzące w człowieka. Radykalizm jest tutaj alternatywą, ale postrzeganą jako zło przez tych, którzy się już zatracili i nie znają granic.
Nie jest do końca tak, że zasady ustalamy sami. Często przyjmujemy te odgórnie panujące np. w jakiejś wspólnocie(zakon), zakładzie pracy, zasady na drodze. A obok tego ustalamy zasady życia, które obieramy za własne. Problem polega na tym, że… takowe zasady już istnieją.
Na początku stworzenia Bóg powiedział Adamowi i Ewie: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 2, 28). Stało się to pierwszą naczelną zasadą ludzkiego życia – postępowanie w tym kierunku. Grzech pierworodny jednak skomplikował człowiekowi życie… Wprowadził zamieszanie i pewne paradoksy. Być może to nie do końca jest tak, że przez niego człowiek został oddalony od Boga, utracił swoją boskość. Druga strona medalu jest taka, że człowiek przez niego nauczył się w pełni, czym jest wybór i za to, że coś zostawił, odsunął od siebie, musi nieraz zapłacić srogą cenę... Albowiem między Bogiem(czymś dodatnim), a szatanem(ujemnym) człowiek jawi się, jako coś obojętnego, a mówi się, że obojętność to najgorsze, co może być. Można być dobrym albo złym – to już jakiś konkret, ale obojętność…
Grzech wyszedł z nieumiejętności obrony człowieka przed pokusami. Stał się jednak przyczyną rozdziału postępowania człowieka, na kanwie czego określa on swoje zasady: te dobre i te złe.
Dobre zgadzają się ze wszystkim, co ustanowił Bóg: dążenie do szczęścia, troska o świat, dbałość o siebie(nie mylić z egoizmem, który jest tu nadużyciem), miłość wzajemna, dobro, prawda… Staroświecki etos, prawda? Bzdura. To wszystko wciąż aktualne, ale zdominowane przez negatywy, będące pod przykrywką pozytywów.
Zasadą skinheadów jest np. nękanie hipisów, hipsterów, hipnotyków, hipopotamów i niemal wszystkiego, co zaczyna się na „hip”(z pominięciem punków). Zasadą faszystów jest formowanie utopijnej kontroli nad wszystkimi i eliminowanie innych, rzekomo słabych jednostek. Wypaczenie polega na tym, że z ich punktu widzenia jest tu wszystko w porządku…
Przyznam się bez bicia, że ja też mam zasady, dlatego w nagrodę niewielu ludzi mnie za to doceniło. Może większość nie zrobiła tego z powodu ich radykalizmu i nakierowania na miłość i dobro, na jakieś konserwatywne wartości? Dziękuję tym, którzy je docenili pomimo mych częstych błędów. Dodam, że niektóre z tych zasad są bardzo trudne w praktyce i niejednokrotnie muszę na poczekaniu podejmować inną decyzję. Albo dać sobie czas na weryfikację i modernizację.
Wszystko wynika z doświadczenia i obserwacji. Przykład.
Młody Iksiński żył w rodzinie patologicznej: ojciec pił herbatę, rozcieńczoną alkoholem, a potem „wprowadzał swoje rządy”, oparte głównie na terrorze psychicznym. Tenże Iksiński, dojrzewając, mógłby teoretycznie pójść w ślady ojca – miałby już w życiu święty spokój. Ale na szczęście tak się nie stało. Iksiński nie miał na widoku wyłącznie obrazu swojego domu, ale spotykał się z innymi rzeczywistościami. Wiele z nich było o wiele lepszych. Było w czym wybierać. Same przeciwieństwa. A poza tym w domu była jeszcze mama, jako kontra dla zachowania taty, z której też czerpał, jakby nie patrzeć. Podsumowując to wszystko Iksiński dokonał w życiu wyboru jedynie słusznych zasad(wiem, co piszę). Poszedł w przekorę. W odpowiednim wieku postanowił, że nie będzie taki, jak tato – będzie jego totalnym przeciwieństwem. Pomimo, że wyprowadził się z domu(najpierw był jakiś czas alumnem w seminarium, a potem zamieszkał w domu studenckim), to pomógł rodzinie. Sama jego nieobecność w domu sprawiła, że tata zaczął się stopniowo zmieniać. Iksiński wespół z Panem Bogiem(zawarł z Nim solidne przymierze) określił zasady swojego życia, jako nakierowane wyłącznie na dobro i rozsądek. A najpierwej postanowił nie być taki jak ojciec, bo w końcu sam kiedyś zostanie ojcem i nie chciałby pozwolić sobie na coś podobnego i żeby jego dzieci przechodziły od niego to samo, co on od ojca. A może tak naprawdę ów Iksiński od dziecka był dobrym człowiekiem, mimo wpływu tak silnego zła? Dziś jest on szczęśliwym człowiekiem, a wybranka jego serca DOSTRZEGŁA te wartości i zasady, będące w nim. Drukowane litery są tu dla tych, którzy mają lub mieli skarb na wyciągnięcie ręki, a są ślepi i głusi lub wypatrują spadających gwiazd.
Oto jak często postawa i zasady wynikają z przeszłości, z doświadczenia życiowego i obserwacji – jeszcze raz powtórzę. Oczywiście, jeśli człowiekowi zależy na tym, co dobre…
W wyborze zasad, tudzież ustalaniu ich należy kierować się w pierwszej kolejności sobą samym, troską o siebie(nie mylić z wszelkimi ego  -izmami, -tyzmami, -centryzmami), a zaraz potem troską o drugiego człowieka. Dlatego ja robię w swym życiu wszystko, by wykluczyć stwierdzenia w stylu: „po trupach do celu”, „ostatnich gryzą psy” itp. Dopuszczam oczywiście ich istnienie i jakąś rację. Tutaj moją zasadą jest liczenie się z drugą osobą. Czasami jednak wypadam w tym blado, bo są ci, z którymi liczę się bardziej, a z innymi mniej… Jednak żadna z tych osób nie została stratowana w ramach tej pierwszej myśli „po trupach…”. Troska o siebie to nazwa katalogu, w którym znajdują się pliki – stwierdzenia takie, jak: wiarygodność, szczerość, poszukiwanie dobra, pacyfizm i kilka innych. Ale i tu nie dam rady wystrzec się błędów.
Zasada naczelna: mieć tego wszystkiego świadomość i walczyć. Świadomość siebie. To moja propozycja.
Czasami wydaje mi się, że ludzie z bogatym etosem postępowania nie są początkowo zauważani, co dziś jest uwarunkowane pędem innych do poszukiwania tego, co głupie, niepoukładane, śmieszne oraz fałszywie wzbudzające podziw. W pewnym momencie życia(czasem przy śmierci) okazuje się dopiero, że jest przy nich cała armia, podzielająca kierunek ich myślenia. Trzeba odróżnić jednak hipokrytów, którzy też mają tu wstęp wolny.
Kolega przytoczył mi tu kiedyś pewną anegdotę, mającą poparcie w rzeczywistości. Porządny chłopak, poukładany, dobrze wychowany, wykreowany w etosie niemal rycerskim nie był dobrze postrzegany. A żeby było bardziej dobitnie – był lekceważony zarówno przez dziewczyny, jak i przez chłopaków(syndrom ofiary losu, prawda?). Podobało mu się kilka białogłowych, ale co z tego, skoro każda z nich wyglądała za chłopakami silnymi, rosłymi, dominującymi i w jakimś stopniu głupimi, jak adidas z lewej nogi(niewietrzony od miesiąca). Miały prawo, ale to już tylko świadczy o tych dziewczynach. Może jest jeszcze dla nich jakaś nadzieja, „o, Doktorze Hiszpanie”? Fakt faktem chłopak nie wytrzymał i zmienił swój styl. Stał się bezmózgim samcem, identycznym, jak tamci. Zyskał uznanie i „lasek na pęczki”. Wygrał? Nie. Przegrał z kretesem, ale pewnie się o tym kiedyś dowie. Albo się nie dowie, bo to w końcu postać fikcyjna.
W dużej mierze o podobnej sytuacji opowiada film „Zostańmy Przyjaciółmi” z Ryanem Reynoldsem i Amy Smart w rolach głównych. Nie warto poświęcać właściwych zasad swojego postępowania, aby się przypodobać innym. Koszta, jakie wtedy ponosisz, to utrata człowieczeństwa – zbyt wysokie. Czas wszystko wyrównuje i nawet po kilku latach jest w stanie przebudzić człowieka, pokazać mu, co stracił.

I oczywiście znów pojawiło się dziesiątki odnośników, do których chciałbym jeszcze w przyszłości wrócić…
A więc…
1.      Zasady postępowania wyszły od stworzenia świata, swój rozkwit rozpoczęły od grzechu pierworodnego.
2.      Wybór jest pomocą w samookreślaniu się – bliżej czego chcę być.
3.      To co dobre, wymieszało się z tym, co złe. Zatem rozważ i wybierz(bądź jednak ostrożny – pełno jest wypaczeń).
4.      Zasady stanowią o sile człowieka i dyktują ilość profitów, otrzymanych w życiu.
5.      Istnieją pokusy, które mają na celu złamanie człowieka, aby całkowicie uległ(jeśli prezentuje coś właściwego) – nie wolno im ulegać, bo wtedy traci się wszystko. Ale też nie da się ich uniknąć.
Wybierz takie zasady, które pomogą Ci w byciu dobrym człowiekiem. Osiągniesz wtedy prawie wszystko. To wystarczy.