Na początku były cisza i spokój, a gdy
przyszła pora na człowieka, zrobił się harmider…
Ciekawa
myśl, prawda? I w pewnym stopniu aktualna, bo bycie między ludźmi –
paradoksalnie rzecz ujmując – z jednej strony daje komfort radość i spełnienie
się(bo mam do kogo mówić i kogo kochać) a z innej uświadamia w poczuciu hałasu.
A są przecież chwile, gdy chcemy po prostu uciec, być sami i się
„przewietrzyć”. Nie wierzę, aby był ktoś, kto tego nigdy nie pragnął.
Na zaduch, panujący w pokoju(nawet,
gdy jest odkurzone), lekarstwem jest otworzenie okna. Zimą daje to efekt
druzgocący. Pomyśl: rano otwierasz okno, nie ma cię cały dzień, wieczorem
wracasz i zamykasz. Co czujesz poza zimnem? Kaloryfer włączysz za chwilę!
Powiedz, co czujesz poza zimnem!? Świeżość. Wszystko się wywietrzyło, oddycha
się zdecydowanie inaczej, lżej. Teraz możesz włączyć kaloryfer.
Mieszkając w mieście coraz rzadziej
możemy zaznać ciszy – blokowisko pełne jest różnorodnych dźwięków, lecz i
człowiek żyjący w ciągłym stresie, ciągłej pogoni za czasem, konieczności
rywalizacji z innymi, otoczony jest zewsząd kakofonią dźwięków, wiecznym
hałasem o różnym natężeniu. Szum samochodu, gwar ulicy, sklepów i budynków
powszechnej użyteczności, wciąż włączone radio lub telewizor, rozmowy z wyboru
i konieczności, tykanie zegarów, włączające
się automatycznie różne urządzenia i stukanie o klawiaturę z czasem stają się normalnością, na którą
przestajemy reagować, co nie znaczy, że ich nie słyszymy, i że dźwięki te nie
są rejestrowane przez nasz mózg, więc gdy nagle naprawdę zapadnie cisza, nieraz
jesteśmy zdezorientowani, bo nawet noc nie gwarantuje nam, że przestaną do nas
docierać bodźce dźwiękowe. To jednak tylko świadczy o tym, że odwykliśmy od
niej i przestaliśmy jej pragnąć. Może to być sygnałem, że próbujemy uciec w
świat dźwięków od momentu spotkania się sam na sam z sobą, ze swoim sumieniem,
do którego potrzeba jest nam cisza. To w ciszy docierają do nas sygnały z głębi
naszego serca… [1]
A jednak ludzie(…) z jakiegoś powodu, ludzie
wprowadzają hałas aby tę ciszę odepchnąć. Dodam, że zazwyczaj są to działania
bezwiedne takie przy okazji, z przyzwyczajenia, jak zaspokajanie głodu przez
narkomana.
Wchodzimy do domu włączamy telewizor,
wchodzimy do biura lub wsiadamy do samochodu - włączamy radio/mp3/płytę. Ludzie
jadą nad wodę do lasu ale z radyjkiem, no żeby coś grało!
Mamy chwilę aby odpocząć, włączamy komputer
(który także „hałasuje” może tylko inaczej).
A gdzie chwila dla ciszy? Na usłyszenie Boga
(a jak ktoś nie wierzy w Boga to – kiedy ma czas usłyszeć siebie?)?
Boimy się ciszy? Głosu Boga(a może własnych
przemyśleń?)?[2]
Olgierdowi ciągle przeszkadzano, gdy chciał
się wyciszyć i poukładać w myślach kilka spraw. Reagował gwałtownie, choć nie
powinien w ogóle zwracać to uwagi. Był dziwakiem. Dlaczego nie krzyczał?
Dlaczego nie wygłupiał się, jak inni? Czemu tak często był sam?
Jak to wszystko poukładać? Dlaczego tak często
nie respektujemy ciszy? Albo dlaczego mamy do niej taki obojętny stosunek?
Po pierwsze, chyba dlatego, że cisza to jedna
z postaci Boga. Cisza to wartość, która do Niego zbliża. Pragnienie tych,
którzy odczuwają dyskomfort życia w hałasie. Albo jedna z zasad istnienia
świata, z której zawsze można czerpać. Wszystko zrodziło się z ciszy i w ciszy.
W ogóle to wypisuję głupoty, bo najprościej jest powiedzieć: „wyjadę w góry, na
łąkę, padnę na trawę, wyciszę się i będzie to samo”. I na tym koniec? Równie
dobrze od tego można zacząć…
Bóg przychodzi w ciszy(lubi to robić) i może
dlatego tak wielu ludzi niekoniecznie chce się jej poddać. Gdy chodzi o tych,
którzy utrzymują z Nim jako taką więź, to wiedzą, co się wtedy czasem dzieje i
czego się spodziewać. Potrafią zagłuszyć zewnętrzny świat, zamknąć się w sobie
i pobyć tak po prostu, np. w pustym kościele. Osobiście polecam.
Będąc w pustym kościele, bez większych szans
na zakłócenia przez otwierające się drzwi i wejście kogoś z zewnątrz, mamy
większą możliwość podzielić się naszymi niepoukładanymi myślami z Panem, niż
choćby w czasie adoracji(w kościele, po mszy). Osobiście zawsze uważałem, że
adoracje winny w kościele czasem wyglądać tak, jak na różnego rodzaju
rekolekcjach. Za przykład postawię znowu rekolekcje u kapucynów(nie wykluczam
podobnych schematów w przypadku innych zakonów bądź świeckich grup
ewangelizacyjnych). Na każdym takim wyjeździe był jeden lub dwa dni,
przeznaczone na 20 lub 30-minutową wieczorną adorację Najświętszego Sakramentu w
kaplicy w kompletnej ciszy lub przy cichej muzyce ambientowej, utworach
gitarowych z żeńskim wokalem, puszczanymi z płyty w radiomagnetofonie. Rola ojca
prowadzącego polegała na tym, że przynosił Najświętszy Sakrament do
kaplicy(najbardziej klimatyczna jest w Krakowie-Olszanicy), a potem szedł do
pobliskiej rozmównicy i czekał. Po wielu tego typu przeżyciach nabrałem
niepodważalnego poczucia, że cisza
prowokuje do rachunku sumienia. Przychodzi taki moment, w którym głos wnętrza
uświadamia nam, że w ostatnim okresie narobiliśmy sporo bałaganu i wypadałoby o
tym komuś opowiedzieć – uzyskać przebaczenie… I nabrać sił na sprzątanie…
Spowiedź. Na nią wtedy był czas, ale podczas
tego typu adoracji miała ona szczególne znaczenie. Była gruntowna i dogłębnie renowacyjna.
Ile cudów uzdrowienia ciała i duszy dokonało
się w świętej ciszy podczas adoracji,
wie o tym jedynie Bóg. Mamy wówczas możliwość złożenia przed Panem
Jezusem wszystkiego, co „ugniata” nasze
serce jak niewygodny but podczas pielgrzymki pieszej, uniemożliwiający nam
przez bolesne otarcia i zranienia dotarcie do celu. Lecz adoracja to nie tylko
nasze wyznanie, ale i cisza, w której On przemawia do nas. To intymne spotkanie
z Bogiem, w które nie powinien wkradać się ktoś z zewnątrz, bo staje się
intruzem. I tu wcale nie chodzi o jakieś długie godziny adoracji, a chociaż o
chwilę. Chwilę ciszy[3].
I może to jest prawidłowy wymiar… Nie taki, w
którym np. po mszy świętej jest 10 minut na „odklepanie litanii”, „ciągłą
nawijankę” bez możliwości podarowania ludziom chwili ciszy, czasu na przemyślenia,
na rachunek sumienia.
Jakże o nią ciężko, gdy ktoś prowadzący adorację ( np. przy Bożym
Grobie lub podczas Godziny Świętej) skrupulatnie obliczy każdą minutę
wystawienia Najświętszego Sakramentu, by przeznaczyć ją w całości na modlitwę
wspólnotową. Wyśpiewywane po kolei wszystkie zwrotki kolejnych pieśni z
modlitewnika nie służą tak naprawdę prawdziwemu spotkaniu z Jezusem ukrytym pod
postacią Chleba, a osoby pragnące skupić się na modlitwie indywidualnej nie
mają żadnej szansy odciąć się od tego „ świętego zgiełku”, bo trzeba przyznać,
iż rzadko zdarza się, by grupka wiernych śpiewała naprawdę pięknie i dzięki tej
poprawności w wykonywaniu danego tekstu i melodii wznosiła myśli osoby
słuchającej lub także śpiewającej w grupie ku Bogu[4].
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura
rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w
wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po
trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer
łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem,
wyszedł i stanął przy wejściu do groty
(Krl 19, 13).
Od jakiegoś czasu, mimo, że uczestniczę we
mszy św., odczuwam dyskomfort. Mam takie wrażenie o sobie, że przeszkadzają mi
ludzie, zagłuszają to, co chcę „wypowiedzieć”, nie dają mi się skoncentrować.
Bez eucharystii, w pustym kościele i
najlepiej jak najbliżej ołtarza takie skupienie przychodzi mi lepiej[5].
Dlaczego piszę o duchowym wymiarze ciszy,
pomimo, że są inne?
Na pewno dlatego, że najczęściej taki
wybierałem i w pewnym stopniu wybieram nadal. Od tego się zaczęło – od
całkowitej ciszy. Podany wyżej fragment Księgi Królewskiej ma słuszność – Pan
przyszedł w ciszy. Dlatego w swoim życiu dokonałem rozróżnienia między ciszą a
Ciszą.
Jedno jest pustym wrażeniem, służącym
odpoczynkowi, relaksowi i niczemu więcej, a drugie stanowi wyższą formę,
doświadczenie, samorefleksję, rachunek sumienia, prowadzący czasem do płaczu
oraz samego Boga. Obydwie można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od człowieka.
Ja osobiście uhonorowałem pusty kościół, małe kaplice podczas adoracji(oj, jak
mi tego brakuje), puste mieszkanie, w którym jestem absolutnie sam, kilka
miejsc koło Oleśnicy, działających wyciszająco… Lubię muzykę, kino, rozmowy,
koncerty i inne, ale pilnuję jednocześnie zdolności odcięcia się od tego,
podczas, gdy wielu tego nie potrafi albo się tego boi. Są tacy, którzy uznają
to wszystko za oczywiste, acz niepotrzebne albo nie mające takiego znaczenia, a
inni szukają na siłę bądź wymyślają aspekty. Nikt niczego nie szuka ani nie
wymyśla. To wszystko po prostu jest, trzeba tylko patrzeć i widzieć, a nie
wyłącznie patrzeć… Czasem chyba wystarczy być cichą osobą i spokojną. Takim
przychodzi to o wiele łatwiej.
Wracając jeszcze na moment do adoracji…
Ucieszyłem się, gdy moja rodzinna parafia zainicjowała pomysł wprowadzenia nocnej
adoracji przy Najświętszym Sakramencie końcem każdego miesiąca. To, że nie
miałem jeszcze okazji uczestniczyć, to druga rzecz, ale przyjdzie taki dzień…
Grunt, że został obrany jeden z pozytywnych elementów, wzbogacających dalszą
działalność parafii.
Matka Teresa z Kalkuty kiedyś powiedziała: „Bóg jest przyjacielem ciszy. Cisza daje nam
nowe spojrzenie na wszystko. W ciszy odnajdziemy nowe siły i prawdziwą jedność”.
W ciszy człowiek słyszy samego siebie, dostrzega swoje serce, a nade wszystko
odczytuje delikatny i subtelny głos mówiącego doń Boga[6].
Dlaczego taki wielki na to kładę nacisk i przypominam o tym – sobie zresztą
także? Chyba dlatego, że występuje dziś dominacja przyziemności i bylejakości.
Istnieje mała, choć krzykliwa grupa ludzi, próbująca wyjść naprzeciw i
zawładnąć ciszą, nadać jej znikome znaczenie. Grupa która twierdzi, że –
parafrazując klasyka: „ich racja jest najichsza”. Stanowią oni pewnego rodzaju
zagrożenie, próbujące wyprzeć ciszę, spokój czy chęć ich poszukiwania z serc. W
nas samych jednak siedzą przeszkody takie, jak: lęk, strach, pycha, rozmaite
przyzwyczajenia i uzależnienia(od koncertów, imprez dyskotekowych, od rzeczy,
zajęć i ludzi)[7].
Jesteśmy dziećmi hałasu szukającymi ciszy. Na
naszych wakacyjnych szlakach spotykamy niejeden kościół i kaplicę, niejedną
polanę leśną. A może będzie to dom naszych przyjaciół, ruchliwy dworzec, nasze
mieszkanie. Uwierzmy, że wszędzie tam możemy odnaleźć strefę ciszy, pustynię w
środku miasta. Odnajdziemy ją wtedy, gdy będziemy wewnętrznie wyciszeni i
wolni. A wraz z nią odnajdziemy radość, odpoczynek, pokój, gdyż prawdziwa cisza
jest naprawdę w nas, a nie poza nami. Jest w nas niezależnie od czasu, miejsca
i ludzi[8].
Prawdziwa i przejmująca cisza, która może
uratować życie…