Nie
ma innego sposobu na oczyszczenie ran z trucizny niż przebaczenie.
Musisz
przebaczyć tym, którzy cię zranili, nawet jeśli to, co zrobili, jest
niewybaczalne. Przebaczysz nie dlatego, że zasługują na przebaczenie, ale
dlatego, że nie chcesz cierpieć i ranić siebie ilekroć wspomnisz, jaką krzywdę
ci wyrządzili.
Nie
ma znaczenia, co ci zrobili, przebaczasz im, ponieważ nie chcesz już czuć się
chory. Przebaczenie jest niezbędne dla twojego duchowego uzdrowienia.
Przebaczasz, ponieważ współczujesz sobie. Przebaczenie jest aktem miłości
samego siebie[1].
Streszcza się to w stwierdzeniu, jakie
postawiłem w tytule: przebaczenie to stopniowe uzdrowienie. Stopniowe dlatego,
ponieważ są w życiu momenty, w których musi
nastąpić pewnego rodzaju katharsis. Przebaczenie jest jednym z takich momentów,
takim katharsis. A potem zaczyna się długa żmudna droga przed siebie, ale szlak
wydaje się łatwiejszy, bagaży jakby troszkę mniej, dobra karma wraca, jak to kiedyś
gdzieś przeczytałem.
Od przebaczenia zaczyna się stopniowe
pojednanie z sobą samym, z ludźmi i ze światem[2].
Trzeba się przyszykować na długi i mozolny proces, ale na pewno mniej
szkodliwy, niż trucie się wypaczoną dumą, postawą „sobie-dam-radę”, poczuciem
wiecznej krzywdy, odtrącenia i wynikającymi z tego niemocą i zagubieniem.
Uświadamiam: istnieje coś takiego.
Zacznijmy
od przebaczenia sobie. Dlaczego to jest takie ważne i co właściwie mamy sobie
wybaczyć? Trudno jest przebaczyć innym, jeżeli nie przebaczyło się sobie.
Dlatego warto zobaczyć, o co mamy do siebie pretensje, dlaczego ciągle jesteśmy
z siebie niezadowoleni. Może poprzeczkę ideałów powiesiliśmy sobie tak wysoko,
że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jej przeskoczyć, co rodzi ciągłą frustrację?
Może mieliśmy wielkie ambicje, z których nic nie wyszło? (…)A może w taki czy
inny sposób skrzywdziliśmy innych? Teraz za to wszystko trzeba sobie przebaczyć[3]. Przebaczyć
sobie, to zaakceptować indywidualizm, odmienność od reszty świata, zapędy do
tego, by „być jak wszyscy” bez zamierzonych skutków i efektów. „Przepraszam za
to, że nie jestem jak inni. Nie chcę taki być – chcę być sobą, ubogacanym przez
tych, którym wierzę, którzy chcą dobrze dla mojego życia”.
Ale czy to takie ważne, skoro wszyscy
lubimy trwać w odrętwieniu, marazmie, skoro lubimy szprycować się jakimś
wyimaginowanym narkotykiem?
Może warto z tego wyjść? Wybaczyć
przeszłość taką, jaka była, zamknąć to za sobą i iść dalej?
Od przebaczenia sobie niedługa droga do
przebaczenia innym – tak po prostu.
Jest sporo czynników, które nam w tym
przeszkadzają. Największym wrogiem
przebaczenia ludziom jest osąd. (…)Osąd jest naszym prywatnym więzieniem, w którym
trzymamy więźniów, czyli tych, którzy wobec nas zawinili. Jednych trzymamy
tylko przez chwilę, innych przez lata, ale są i tacy, którzy mają dożywocie(…)[4].
Jakie symptomy przeszkadzają nam w takim
razie w przebaczeniu drugiemu człowiekowi? Jacek Sierka wymienia ich pięć:
·
Odczuwanie
bólu, z powodu tego, co mnie spotkało.
·
Rozpamiętywanie
trudnych doświadczeń.
·
Oczekiwanie
na karę dla tych, którzy wobec nas zawinili.
·
Unikanie
ludzi, którym „przebaczyliśmy”.
·
Trzymanie
ludzi w „pułapce przebaczenia”.[5]
Max
Scheler powiedział: Kto żywi urazę, sam się zatruwa. Nieustanne żywienie urazy
jest ciągłym niszczeniem samego siebie i rujnowaniem sobie życia. Sam przez to
powiększam sobie rany już istniejące, co może powodować stany depresyjne i
szukanie zemsty. Chińskie przysłowie poucza: Kto szuka zemsty, musi wykopać dwa
groby. Rany niezagojone, otwarte ograniczają naszą wolność i bycie sobą na co
dzień. Będąc zranionymi, ranimy też innych. Każda rana wymaga najpierw
oczyszczenia, a później uzdrowienia. Niezbędne wydaje się uporządkowanie
naszego wewnętrznego serca, ponieważ rzeczą mądrego jest porządkowanie. Dopiero
wtedy można stawiać pierwszy krok na drodze do przebaczenia, rezygnując z
zemsty, ale doświadczając jeszcze bólu o charakterze emocjonalnym. Przebaczenie
potrzebuje czasu, nieraz wielu tygodni, miesięcy czy lat. Nie jest to wcale
takie proste. Dopiero gdy nastąpi przebaczenie całościowe, powoli ustępuje
cierpienie, a dzięki wytrwałej modlitwie rany zmieniają się w perły - powie św.
Hildegarda z Bingen[6].
Tak… Przebaczyć drugiemu człowiekowi…
Jesteśmy tylko ludźmi i niemożliwe, by istniał ktoś, kto przyjmuje z godnością
i bez słowa sprzeciwu każdą ranę, najgorsze pomyje, ogólnodostępny syf w imię
tego, by ktoś inny np. mógł się na nim wyżyć, sprowadzić go do poziomu poniżej
zera, zabrać mu wszystko, dzięki czemu się wybija lub po prostu zawieść jego
nadzieje, zaufanie, miłość… NIEMOŻLIWE, BY ISTNIAŁ KTOŚ TAKI.
Tak samo niemożliwe, by istniał człowiek
tak ot wszystkim przebaczający na prawo i lewo. Paradoksalnie zapomina on wtedy
o sobie, o tym, że poprzednikiem przebaczenia jest (i niestety musi być) uwolnienie
wszelkich dostępnych, negatywnych emocji, związanych z daną sytuacją. Stricte
od siebie dodałbym, że czasem trzeba się znaleźć na kompletnym dnie (to też
jedno z negatywów), by potem tak zwyczajnie przebaczyć: wpierw sobie, potem
innym.
Jest to proces stopniowego uzdrowienia,
taki, do którego trzeba cierpliwości. Nie mamy po nim obowiązku powrotu do
poprzednich rozdziałów życia i zaczynania wszystkiego od nowa(idziemy do
przodu, a nie cofamy się). Lepiej tedy potraktować to, jako rozliczenie się z
przeszłością, poszczególnym wydarzeniom/osobom nadać inną kategorię i „zarchiwizować”.
Co więcej można tu dodać… ? Chyba tylko
tyle, że każdemu życzę takiego dnia-niespodzianki, który byłby iskrą,
motywatorem do rozpoczęcia tego procesu… J