sobota, 30 czerwca 2012

Sex, dragi i rock & roll. Ciekawy przypadek Janusza Palikota.


Skąd się ten człowiek wziął? Jakie ma wobec nas plany? Czy planeta z jego powodu stanie w obliczu zagłady? Na te i inne pytania nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, ale za to obserwując tego pana w akcji i próbując doszukać się jakichkolwiek odpowiedzi możemy się setnie ubawić a jednocześnie nawąchać się oparów PARANOI.
Janusz „Dj. Buszek” Palikot. Człek znikąd, który od razu podbił serca milionów polskich nastolatek i nastolatków (bodaj piąte miejsce w rankingu za wciąż prowadzącym Enrique Iglesiasem, jako drugi jest wokalista zespołu Enej). Jego biografii nie mam zamiaru przedstawiać, bowiem dobrze ją wszyscy znamy. Podobnież jest z poglądami, postulatami partii, którą popełnił. Skupię się na pewnych głównych aspektach, które wyrastają z dwojakich źródeł. Pierwszym z nich jest troska o rozwój państwa, o poprawę bytu obywateli i ustabilizowanie sytuacji (wątpliwe, jak dla mnie), a drugie wyrasta z głupoty i opiera się też na głupocie, wprowadzając zamęt w i tak nieuporządkowany system naszych wartości – przy założeniu, że Polska jest wyjątkowym krajem: długo dojrzewa, by stać się sobą i znormalnieć.
Przez co w afekcie zachwytu chwyci się każdej fajnej rzeczy bez żadnego namysłu, nie wiedząc nawet, że to zwyczajny śmieć, towar zatruwający życie. Wyginiemy albo kompletnie zdurniejemy i stracimy świadomość, nim zdążymy, jak to nieraz czytam, dogonić Zachód. Tylko ja się pytam: po co? Polska, jako pliszka, która cudzy ogon chwali, a istnienie swojego olewa. Trzeba pomyśleć, młodzieńcy.
Wracając do Pana Kota… Palikota znaczy się. Wbrew pozorom to dobry, choć nieprzewidywalny chłopak. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, z czym dziś lub jutro wyskoczy. Jeśli mam być szczery to ujmę to w ten sposób: DZIAŁA MI TO NA NERWY(i sądząc po czytanych przeze mnie komentarzach do poszczególnych wydarzeń z nim związanych, to nie tylko mi).
Poczynając od najnowszych doniesień, wypatrzonych przeze mnie:
1.       Sex. Sprawa prezerwatyw w Sejmie[1] (na dzień dziecka Anno Domini 2012) – idziemy z duchem czasu, wkrótce dzieci na pierwszą Komunię Świętą będą dostawały taki prezent. Jeśli rządzenie zaczyna się od edukacji seksualnej, to co będzie dalej? Może edukacja zoofilii? Przykre to jest, ale takie są prognozy. Ktoś kiedyś powiedział, że to, co jest tabu najbardziej kusi. Prezerwatywy, antykoncepcja, narkotyki… I najlepiej wszystko zalegalizować, zamiast wytłumaczyć, dlaczego jest tabu. Najlepiej udostępnić wszystko, zamiast uświadomić takiemu, że musi dojrzeć, spełnić pewne kryteria, ewentualnie uświadomić konkretnymi argumentami, że to nie ma sensu. Rzecz długo wyczekiwana w końcu bardziej cieszy.
Wiem, co mówię, bo przecież w moich latach szkolnych widziało się chowających po kątach rówieśników np. z papierosami(żeby tylko), czy tanim winem(żeby tylko 2). Cieszyło mnie to, że nie ciągnąłem do takich uciech, bo, jak wyżej podkreśliłem, wychodziłem z założenia, że trzeba dojrzeć. Po prostu chciałem i chcę nadal być porządnym facetem.
Zatem co? Pozwalamy dzieciom na seks zaraz po Pierwszej Komunii, bo tak jest na Zachodzie i trzeba iść z duchem czasu, tak? Pozwalamy na to, bo to się u nas sprawdzi, tak? Gdzieś ty się pogubił, zwykły, szary człowieku?!
Na marginesie… Nie cierpię posła Niesiołowskiego, ale ze zgrzytaniem zębów i ściśniętymi pięściami przyznaję mu rację. Co nie oznacza mojego wkładu w poprawienie wyników jego sondaży. Raz na 3 lata, jak mu przyznam rację, to starczy.
2.     Drugs. Pielgrzymki tych wszystkich Rozwolnionych Konopii, czy jak to się tam nazywa. Na ostatnim tego typu manifeście(w sumie mógłbym to nazwać rautem towarzyskim) Janusz odpalił. Była kupa śmiechu i dobrej zabawy plus rozochocenie – skoro on zapalił i olał stojącą obok policję, która w świetle obowiązującego jeszcze prawa POWINNA go wziąć za szmaty(jakby pyskował, lżył i się rzucał to pałą przez plecy dwa razy), do suki, na komisariat na 48 i postępowania karne, to znaczy, że MOŻNA!
        Skupiając się na tej kwestii biorę pod uwagę mój osobisty stosunek do używek wszelakiego rodzaju. Stanowczo neguję papierosy i narkotyki oraz gdy ktoś narusza strefę mojej wolności, paląc to świństwo tuż obok mnie. Jak chce, to proszę bardzo, ale z daleka ode mnie. Co do alkoholu prowadzę osobistą walkę o uformowanie stanowiska(związaną z różnymi niedobrymi momentami w życiu). Czytając wybrane artykuły na ten temat mógłbym powiedzieć, że Głupota zbierze niedługo swoje żniwo. Być może ma rację ten, kto powiedział: Jeśli ktoś chce palić zielsko, zapali je, nie oglądając się na to, czy jest to legalne, czy też nie. Dlaczego nie ma odpowiedniej edukacji w szkołach, gdzie dziatwa mogłaby się dowiedzieć wszystkiego o narkotykach, od a do zet? Narkotykach miękkich, jak i twardych? Wszystko to podparte filmami z życia wziętymi, takich produkcji nie brakuje. Nawet z odtruwaniem nałogowych narkomanów, menelami z Dw. Centralnego, oraz z ludźmi, którzy palą zielsko od lat. Oczywiście rzetelna wiedza, nie taka, jak w przypadku narzuconej przez Kościół i polityków- dewotów przy okazji antykoncepcji, czy edukacji seksualnej. Dziwnym trafem nikt nie podparł się raportem WHO na temat skutków palenia marihuany… [2]. Dokładnie. Nie od dziś wiadomo, że ogłupionemu i niedouczonemu środowisku można zamydlić oczy wszystkim. Co do używek pamiętam pewną wypowiedź Tomka Titusa Pukackiego z Acid Drinkers, która traktuje o tym, że używki nie są dla idiotów[3]. Powstały dla ludzi w jakimś celu, podobnie, jak starożytne wino. W podobnym kontekście odebrałem wypowiedź Janusza Korwina – Mikre, który stwierdził, że można legalizować, bo są rzeczy gorsze dla zdrowia (?)[4]. Ale tylko dla ogarniętych ludzi – idioci, którzy nie wiedzą co do czego, najwyżej powymierają i będzie lepiej dla narodu.
A zatem edukacja przede wszystkim.
Co jednak nie zmieni mojego negatywnego stanowiska w tej sprawie. Częściowo to wynika z tego, co powiedziałem wyżej o naruszaniu mojej strefy wolności z której korzystam na co dzień i chcę by była ona zdrowa, bądź z haseł Rozwolnionych, typu „Kto nie jara, ten fujara”, które, gdybym chciał się czepić są dla mnie obrazą. Ale jak widać się nie czepiam. Bo stwierdziłem tak samo, jak wobec tej całej legalizacji: że to bez sensu.
3.       Rock & roll po całości, czyli Janusz Palikot występuje z Kościoła Katolickiego, proszę państwa[5]. Chciałoby się powiedzieć: jednego mąciciela mniej. Ale uwaga – ponoć to jest grzech śmiertelny[6]! W tym cyrku są dwa rodzaje prawd: „tyż prowda” i „gówno prowda”.  Jest jeszcze trzecia, tak samo prawdziwa, jak dwie poprzednie. Nie ogarniesz.
Kłania się wielorakość aspektów: pokazanie się, odwrócenie uwagi od istotniejszych rzeczy, przyciągnięcie uwagi antyklerykalnego elektoratu, zburzenie pewnych uporządkowanych wartości, włożenie szpili w niejednokrotnie skrajną urzędowość instytucji kościelnej… Można wymieniać i wymieniać i wymieniać, ale wypadałoby nie zapominać o tym, że jeśli już ktokolwiek miałby brać przykład z wymienionego guru, to niech się dobrze zastanowi. To pewien moralny bilet w jedną stronę. Warto się nastawić na zmianę środowiska. Przyszedłby czas, w którym człowiek się przebudzi, uświadomi sobie błąd, ale powrotu może nie być. Plus zachowanie prywatności…
Myślałem tu też o dzieciach i przyszłych wnukach Janusza, o tym, jak to się odbije na nich. Pierwsza Komunia Święta, a tatuś/dziadek ma zakaz wejścia do kościoła na mszę świętą. Skandal, prawda? I znów kościół niedobry. Tylko kto wspomni o tym, że Janusz sam się o to prosił…
I w tej sprawie nie jest tak, że strona kościelna jest idealna i święta. Nieprawda. Wszędzie, gdzie są ludzie, pojawiają się grzechy i nadużycia. W związku z czym każdy powinien pilnować sam siebie, a nie atakować innych, kreując siebie na świętego.
Mógłbym to stwierdzenie zadedykować m.in. szanownemu Januszowi.

Oraz wam, moi drodzy, którzy myślicie, że nawdychałem się za dużo Amolu. I sobie, bym mógł dzięki takim postawom uczyć się siebie i kreować swoje nastawienie zgodnie z pewnymi normami. Janusz i to, co się wokół niego dzieje nie będą dla mnie przykładem…




[3] http://www.youtube.com/watch?v=BCDUgDkIFVo&feature=relmfu mniej więcej od 08:30, ale polecam cały wywiad

wtorek, 5 czerwca 2012

Troszkę z boku. Po katolicku i po „katolowsku”, czyli katolicy i katole.


Dzisiaj wertując sieć zobaczyłem, że na jednym z blogów powstał już taki tekst, ale nic nie szkodzi. Jego autor podłożył fundament pod moje przemyślenia. Pozwolę więc sobie na posiłkowanie się.
Doszliśmy w końcu do tego etapu, w którym na drodze do Pana Boga zamiast się jednoczyć, to dzielimy się coraz bardziej. Nie ma już „razem”: są „my”, „oni”, „ci źli” i wielu innych. Jeśli miałbym być szczery, to te podziały uwidaczniają się też w Kościele, tam jednak część ludzi uczęszczał chyba do szkoły aktorskiej. Bo żeby coś dopatrzeć, to trzeba poświęcić ładny kawał czasu. Ale przyznajmy: pozwoliliśmy sterować się przez zbytni przesadyzm, brak wyważonego spojrzenia, co sprowadza się do nadużyć w dziedzinie studiowania drugiego człowieka. Ja mam wrażenie, że też się czasem na tym łapię, ale staram się jak zawsze wydzielać pewne kategorie. Bo komu by się chciało, jak nie mi, prawda?
Słowo „katol” powinno mieć swoją stałą definicję, a jak na razie każdy z nas dopisuje coraz to inną. Autor bloga, z którego częściowo korzystam, powołuje się na taki fragment: Katolik stara się żyć zgodnie z naukami Jezusa. Katol żyje natomiast zgodnie z naukami mocno upolitycznionego kościoła, wierząc przede wszystkim w świętą wojnę z innowiercami i niewierzącymi i z tymi, co chcą zdejmować krzyże. O ile katolik nadstawia drugi policzek, o tyle katol z upodobaniem dokopie swemu bliźniemu. Katolik wybaczy, katol będzie się sądził. Katolik wysłucha, katol zaknebluje. (prawdziwych katolików jest niewielu, katoli – całe zastępy. W co wierzy katolik? Oczywiście w Boga. I ma nadzieję, że po śmierci pójdzie do nieba. W co wierzy katol? Przede wszystkim w kościół, jako instytucję. Zdarza się też, że w Boga. Jednak nie ma on – jak to ma miejsce u katolika – nadziei, że pójdzie do nieba. ON TO WIE[1]! W komentarzu do tego tekstu padło stwierdzenie, że sporo tu błędów. Nie wydaje mi się. To tylko fundament, na którym można jeszcze coś zbudować i ewentualnie go zmodyfikować.
Oprócz mojego połowicznego przychylenia się do powyższego wywodu chciałem dodać od siebie, że katol to NIESTETY fanatyczny odłam katolicyzmu, tudzież ewolucja typowego katolika. Nie wiem, z czego wynika: może ze ślepoty, braku wyważenia, braku dystansu czy zrodzeniu się w nim właśnie fanatyzmu. Katologia(że tak to cynicznie ujmę) to ideologia, która dąży do posiadania całkowitego monopolu(chociaż w sumie czy wszystkim ideologiom o to nie chodzi?), co by, jak zostało powiedziane wyżej „zakneblować wszystkim usta”. Jednostki, niosące tę ideologię na swoich ramionach zachowują się dokładnie w taki sam sposób. W świetle przytoczonego tu tekstu oraz komentarza autora bloga(dzielenie się obserwacjami swojego środowiska) katol to pewnego rodzaju DWULICOWIEC. Albo też ktoś, kto stwierdził, że zwykły, ciepły, miły i pokorny, dający się chlastać po ryju na prawo i lewo katolik to takie kluchy do pomiatania i postanowił zmienić front myślenia. Strzał w latającą ważkę z odległości 300 metrów.
Katolik za podstawę swojej wiary uznaje Biblię. Katol woli Radio Maryja. Katolik przestrzega przykazania miłości bliźniego. Katol pragnie wieszać przeciwników politycznych na drzewach, zamiast liści”. Katolik odrzuca, zakorzenioną w pogańskim sposobie myślenia, spiskową wizję dziejów i życia. Katol jest głęboko przekonany o ciągłości, nie tylko ideologicznej, rządzących z sowieckimi okupantami”. Katolik wie, że Jezus, Maria i Józef byli Żydami. Katol wyobraża sobie Świętą Rodzinę jako pochodzących spod Częstochowy rodowitych Polaków o nieskazitelnie aryjskich rysach twarzy. Katolik uznaje Zbawiciela w Jezusie Chrystusie. Katol skanduje: Jarosław – Ty nas zbaw”. Katolik za uosobienie zła uznaje Szatana. Katol deklaruje: „Całe zło – to PO[2]. Nie wszystkie powyższe określenia mnie przekonują, ale stwierdzam na tej kanwie jeszcze jedno: katol to może być ktoś, kto rozczarowany rzeczywistością stracił po prostu cierpliwość i obwinia źródło, które w jego mniemaniu najbardziej się do tego przyczyniło (w tym wypadku padło na PO) i upatruje ratunku w pierwszym, lepszym i niekoniecznie wiarygodnym punkcie, z którego usłyszy pozorny „głos nadziei”(a którym w tym przypadku jest Dżery Kaczyński).
W sumie to dobre są czasem takie tarcia, wywoływane przez takie słowa, określenia i inne, bo sprawiają, że człowiek mojego pokroju zaczyna myśleć, chcąc określić swoje miejsce i gdzie pomiędzy tym wszystkim jest Bóg. Jednakowoż drażni mnie mylne pojęcie tych, którzy myślą o dwulicowości czy fanatyźmie, a przyporządkowują to normalnemu, spokojnemu i niczemu niewinnemu katolicyzmowi. Ot, choćby tutaj [3] . Jedno, co jest pewne – to, że koleś, którego wypowiedź przytoczyłem w trzecim przypisie, przegina i narusza mój wizerunek i myślenie jako zbliżone (podkreślam – ZBLIŻONE) do spokojnego katolicyzmu. Gdzieniegdzie wyczuwam u siebie naleciałości tego „katolstwa”, ale staram się określać szybko ich źródło, by je w miarę szybko zniwelować.
Na koniec rzeknę w ten sposób: prawdziwy, głęboko wierzący katolik zdaje sobie sprawę ze swojej ludzkiej ułomności. Może czas, by przypomnieć o tym także „katolowi”? Bliżej Boga jest się w takiej postawie, czy może raczej dzięki ciszy i choć częściowej pokorze? Kto ma mózg, niechaj myśli.
Pochwalony.