Znajdą się tacy, którzy mogą mnie za jakiś czas ukamienować za to, co teraz tu wyrażę, ale innego wyjścia nie mam... I tak przygotowuję się na to, że za niedługo mój czas tutaj się zakończy, a od dłuższego okresu mam taki pogląd, który z upływem lat krystalizuje się coraz bardziej. I doskonale wiem, że ty, czytelniku też o tym wiesz, ale niewykluczone, że kryjesz się z tym. Albo boisz się powiedzieć, bo zasadą i nakazem otumanionej masy jest stać w jednym szeregu, a kto wyjdzie przed niego i powie coś prawdziwego, szczerego, wiarygodnego i indywidualnego, to ginie na miejscu. W myśl stwierdzenia: "znaj miejsce śmiecia", śmieciu... Nie pozwól sobie na to. Dosyć.
Albo ja po prostu tego od ciebie nie usłyszałem...
Najpierw fakty. W nocy z soboty na niedzielę (chyba) 18/19 maj 2013 zginął w Oleśnicy w jednej z gorszych dzielnic młody chłopak. Został zasztyletowany. Śmierć na miejscu. Dwaj jego koledzy, pozostali z ranami kłutymi, dokonanymi przez agresora, pewnie też oleśniczanina. Być może w tej chwili jeszcze przebywają w szpitalu - tego nie wiem. Nie śmiej się ani nie krytykuj, przedstawiam to na tyle, na ile do mnie dotarło.
Wiek ofiary jest mi kompletnie nieznany, choć po analizie jego profilu na facebooku oceniłem go na max 20 lat. Mieliśmy kilku wspólnych znajomych ale nam samym nie było dane się zetknąć, więc jeśli mam być szczery, to osobiście niespecjalnie przeżyłem fakt jego śmierci... Bardziej jednak wczuwam się w sytuację ze względu na rodzinę, której składam serdeczne wyrazy współczucia (może kiedyś się spotkamy) i jego bliższym znajomym, może kilku osobom, które bardzo empatycznie podchodzą do tragedii. To nawet dobrze... Oleśnica huczy, chciałoby się powiedzieć...
A teraz przemyślenia. Ostrzegam przed petardą: sam przeciw wielości - mogą być ofiary po obu stronach(po mojej tylko jedna)...
Zasłyszałem wczoraj o organizowanym rzekomo w dniu pogrzebu chłopaka marszu pokoju przeciw takim sytuacjom, przeciw agresorom, przeciw patologiom. Hm... Problem jest złożony i sprowadza się do dwóch rozbieżnych dróg: państwo i nasza natura, wybory, mentalność... Zostawię to do własnej interpretacji.
To prawda. Agresorom won! Patologiom won! Leczyć to w cholerę, restrykcję wprowadzać, nim dojdzie do tragedii. Tym, którzy cierpią z tych powodów, pomóc, jak się da. Lustrować dzielnice, w których istnieje prawdopodobieństwo regularnego powtarzania się incydentów, nie tylko tego rodzaju. Lustrować inne dzielnice, by spokojny obywatel miał nienaruszoną przestrzeń życiową przez takich patafianów(nie ukrywam, mówię tu między innymi o sobie jako o w miarę spokojnym obywatelu)! Niech pierwszy kamień poleci za to, co teraz stwierdzę: za komuny od godz. 22 zwiększała się frekwencja milicji i miało to jakąś słuszność, podkreślam: JAKĄŚ. Był respekt, choć nadużycia były po obu stronach. Opieram się na opowieściach wiarygodnych i uczciwych ludzi, moich mentorów, którzy przeżyli tamten czas i teraz boli ich obecna kondycja, nazwijmy to "narodu". Nie było tylu rozrób, które dziś w dobie wolności są na porządku dziennym. Nie było tylu morderstw o byle gówno lub za jego brak(jeśli szukasz riposty, to nie powołuj się na przypadek ks. Popiełuszki i jemu podobnych - to jest inny temat) - dziś każdy jest wolny i wynika z tego, że zabójcy także mogą robić, co chcą... Mamy prawo. I to nie byle jakie prawo. Pokręcone prawo. Na tyle, że oprawcy są chronieni. To jest (między innymi) ta wolność, którą nam podarowano po 89 roku?? To jest ta wolność... ?
Inna kwestia. Sam marsz pokoju i jego idea. Niechby to było tylko ku pamięci chłopaka... Ale... Kurwa mać! Dlaczego impulsem do głosu ludzi, do chęci wprowadzenia zmian musi być tragedia!? Czy u nas brakuje przezorności, przewidywalności skutków i zakładania dalszych wydarzeń w aspekcie społecznym i jednostkowym? Chociaż trochę... Nie tak dawno, bo jakieś dwa, może trzy lata temu ciężko pobity został w Oleśnicy mężczyzna. Podobna okolica, podobna godzina, policji w tamtych stronach jak na lekarstwo, a powołana i pobłogosławiona straż miejska grzebie sobie w dupie. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie został zorganizowany podobny marsz, mogę się mylić. Generalnie chodzi o impuls, często chwilowy, potem powrót do codzienności i za jakiś czas powtórka z rozrywki. W pierwszej chwili inicjatywa skojarzyła mi się z pewnego rodzaju happeningiem, który i tak niewiele przyniesie, ale lepiej bym się pomylił. I wierzę, że się tutaj pomylę...Przepraszam co niektórych za te wyrażenia, ale sorry Winnetou, tak to niestety widzę...
Jeśli od pewnego czasu są regularne kontrole instalacji gazowej, będące następstwem nowych zasad wprowadzonych przez państwo, to może... Może... Szkoda, że te zasady także zostały wprowadzone po tragicznym wypadku kilka lat temu (wybuch gazu, prawdopodobnie jakieś ofiary...). Ciekawe... W tym kraju musi zginąć człowiek, dla odmiany ludzie, by ktoś u władzy się ocknął i coś zmienił(także w kwestii bezpieczeństwa). A tyle jest do zmiany (na czele z rządem). Czy potrzeba kolejnych ofiar?
Ostatnia kwestia. Sam w sobie ten marsz jest bezsensowny... Przeciw agresji, patologiom itp. A może gdyby był to marsz, połączony z rachunkiem naszych sumień? Ile procent agresji jest w każdym z nas? Ile procent patologii, niepoukładanego myślenia... Ile obłudy, dwulicowości? Jakie pokłady agresji możemy uwolnić po alkoholu, narkotykach i innych kuromysłach (choć też niekoniecznie)... ? Zamiast wystąpić przeciw komuś, to zastanówmy się najpierw nad sobą i nad naszą samokontrolą. Każdy, jak tu stoi, czy siedzi i piszący te słowa. Nie wierzę, żeby ktoś był krystalicznie czysty, a jeśli tak "to niech pierwszy rzuci kamieniem". Prawda boli najbardziej, kiedy dotyczy ona bezpośrednio nas samych, mordujemy wtedy jej krzewicieli. Gdy po pewnym czasie jednak się z nią zgadzamy - jej piewców już nie ma... Zapamiętaj: gdy prawda dochodzi ostatecznie do serca i wprowadza nowy styl życia, wtedy jej piewców już nie ma...
Wybacz ostrość tego tekstu, czytelniku. I tak jest o wiele łagodniejszy, niż planowałem... Tak jak wspomniałem: kiedyś mnie tu braknie i teraz, patrząc na te słowa wkurwionego dekadenta, możesz się zbulwersować. Ale minie czas i spojrzysz na trzeźwo(mnie już przy tym może nie być). Chyba, że teraz coś dostrzegłeś oprócz 1/10 wylanej przeze mnie goryczy... Jeśli usłyszę, przeczytam ripostę lub poczuję, jak uderza mnie kamień w głowę, to będzie znaczyć dla mnie, że kogoś ruszyło...
Wieczne odpoczywanie, racz Norbertowi dać, Panie [*]
poniedziałek, 20 maja 2013
środa, 1 maja 2013
Franciszek i reszta świata
Minął
już ponad miesiąc od wyboru nowego papieża Franciszka na Stolicę Piotrową. I
nie dzieje się nic konkretnego. Nie powstała żadna encyklika, żadna instrukcja,
bo przecież na tym miała polegać „praca” papieża, jak to kiedyś usłyszałem. W
sumie ten ktoś, kto tak stwierdził, wie lepiej, co powinien zrobić papież,
jakie oczekiwania winien spełnić. Cóż… Franciszek chyba nie wie, co do niego
należy. Ktoś z zewnątrz musi mu tłumaczyć jego zadania.
Takie
mam odczucia, wynikające po części z szumu medialnego wokół jego postaci. I
kwestii, jakie są do naprawienia i przekazania. Nie ukrywam – sam uważam, że
trzeba to i owo poprawić, ale zostawię Następcy Piotrowemu wolność czynu.
Wierze jednocześnie w miłą niespodziankę i zaskoczenie, a zarazem obalenie
wszelkich wątpliwości, które wprowadzają media – CZASEM przychylne papieżowi.
Aczkolwiek
sądzę też, że tej medialności jest trochę za dużo. Fakt, świat się rozwija,
technika idzie naprzód, czego dowodem jest zdjęcie z Internetu, porównujące
lata 2005 i 2013(wybory kolejno Benedykta XVI i Franciszka). Na jednej części
zdjęcia przedstawiona jest masa ludzi i ich względny spokój, skupienie, cisza,
a na drugiej ogromna ilość telefonów komórkowych, smartfonów i innych
kuromysłów, (z funkcją nagrywania), skierowanych w stronę okna bazyliki św.
Piotra. W podobny sposób zachowują się ludzie, filmujący artystę na koncercie
albo słonia w cyrku, tańczącego na uszach. Ktoś powie, że to dobra zabawa, ale
ja się pytam, co to jest?
Patrzymy
i nic się nie dzieje. Gdyby „przełączyć się” na widzenie, to odbiór byłby
zupełnie inny. Czasem tego przełącznika brak.
Nie
umiem powiedzieć, jaki jest Franciszek(kard. Bergolgio), bo gościa nie znam. Powiesz: "człowiek z Kościoła i dla Kościoła", ale ja nie wiem do końca, kto to jest. Znikoma ilość informacji docierała do mnie o sytuacji tamtejszego Kościoła, nawet nie wiedziałem, że taki ktoś istnieje. Może to nawet lepiej, bo nie byłbym tak mile zaskoczony...
I w sumie co bym nie powiedział, to będzie albo za mało albo za dużo, albo źle albo nazbyt dobrze.
I w sumie co bym nie powiedział, to będzie albo za mało albo za dużo, albo źle albo nazbyt dobrze.
1.
„Hi” , „Buenos Noches”, machanie ręką i koniec karnawału.
W
przeciwieństwie do swych wielkich poprzedników w momencie wyboru na papieża, Franciszek
z uśmiechem machał ręką do fanów i powiedział: „Hi”. Przynajmniej tak można
rozczytać z pewnego internetowego mema, który wbrew pozorom zostawia pozytywną
refleksję. Tak naprawdę papież powiedział wtedy zwyczajne „Buenos Noches” –
Dobry Wieczór. Ubrany w papieskie minimum: białą tunikę, piuskę i krzyż, miał
wcześniej zaproponować żartobliwie swojemu ceremoniarzowi, by sam założył sobie
czerwoną pelerynę, bo karnawał się skończył. To prawda, skończył się karnawał.
Skończyła się zabawa – mam nadzieję. Jest w tych słowach i wydarzeniach jakaś
metafora i ja w to wierzę.
Na pewno nie boję się stwierdzić, że papieżowi udało
się zwrócić na siebie uwagę. W końcu jest to pożądana technika, gdy chodzi o PR
czy jakiś „lewy” interes. Oczywiście obawiam się manipulacji, ale mamy taki
świat, w którym nikt nie ułatwia wiary w człowieka i idee. Ja nie ufam niemal
nikomu i nikt nie ufa mi (są wyjątki). Obieram jednak ten pozytywny wariant, w
którym Franciszek tak naprawdę wychodzi od siebie i opiera się na trwałych
fundamentach Chrystusowych. O ile pozdrowienie chrześcijańskie kieruje się do
wybranej grupy ideologicznej, zjednoczonej w Chrystusie, to zwyczajne „dobry
wieczór’ jednoczy cały świat i setki poglądów. Jest to pewna elastyczność,
partyzantka ze strony papieża.
Ja jestem uraczony skromnością we wszystkich
wymiarach zachowania Franciszka, nazywanych innowacjami. To wszystko nie jest
nowe, ale już kiedyś było. Jest zapomniane, a mówi o tym Biblia. Sam jestem
zwolennikiem postaw, w których wyraża się na przykład brak przepychu, granice,
jakie stawia sobie człowiek w posiadaniu(także ubóstwo, ale nie skrajne).
Papieżowi owo zachowanie dyktuje fakt charyzmatu jezuickiego, w końcu był on
zakonnikiem z zasadami i regułami. Moje postrzeganie i sympatię do takich
zachowań warunkuje silne piętno duchowości kapucyńskiej, jaką chłonąłem przez
lata, która to duchowość „przeczy” innym aspektom.
Takimi zachowaniami papież będzie przeszkadzał
reszcie świata, czy kapłanom, trwającym w wypaczonych przekonaniach. Ale
karnawał nie może trwać wiecznie…
2.
„Kombinacje alpejskie”, by kogoś „obsmarować”, a nasza
łatwowierność.
Wraz
z wyborem nowego następcy Piotra pojawiły się MOMENTALNIE pierwsze próby
podważenia jego wizerunku. Już na starcie znalazł się ktoś, kto z byle jakiego
źródła wyciągnął „fakt” z historii papieża o jego współpracy z wojskową juntą w
Argentynie i wydawaniu współbraci. Promotor tego „faktu” wdał się w dość ostrą dysputę
z Szymonem Hołownią w studiu TVP, relacjonującym wydarzenia z Watykanu z
tamtego dnia. Dziesiątki takich informacji znalazło się w Internecie. Jedną z
nich wyłowił mój kolega i opatrzył ją ironicznym komentarzem o „kolejnym
krystalicznym człowieku” u władzy, w roli nowego pasterza. To był ruch rażący
na pierwszy raz kogoś, kto trzyma się pewnej dobrej idei i zasad. A ludzie –
ateiści i antyklerykałowie- zawsze będą trzymać się takich niesprawdzonych
nowinek, być może dla zapewnienia swojej postawy i by być jeszcze bardziej
„anty”. Jest to możliwe do zrozumienia i uszanowania.
O
dziwo po tej drugiej stronie (tak podejrzewam) znalazło się też multum ludzi
tak łatwo wątpiących i szybko ufających byle jakim informacjom. Razem z panem
Hołownią z chęcią powtórzyłbym słowa o weryfikacji i upewnieniu się co do
sprawy. Nie zrobię tego jednak choćby dlatego, że sam początkowo „łyknąłem” ten
niejasny fakt z życia papieża. Przyjąłem jednak postawę taką samą, jak wobec
Benedykta XVI (po czasie co prawda): zneutralizowałem przeświadczenie o jego
przeszłości i zastąpiłem tym, co widzę teraz. A widzę człowieka, który
reprezentuje jakiś kodeks, któremu zależy na jakimś dobru i ma świadomość
wykonania pewnych zadań na ile to możliwe. Ma to związek z rzekomą junta? Nie.
Zresztą,
gdybając… Jeśli nawet ten fakt miał miejsce tak, jak było w przypadku Benedykta
XVI i jego związku z Wermachtem, to zachowajmy powściągliwość. Dziś stoi
człowiek, któremu wszystko zostało wybaczone, który miał jakiś przełom w życiu,
dzięki czemu jest inną osobą. Gdyby to wszystko było prawdą, to zapewne
zespoliłbym się z papieżem duchowo poprzez przypomnienie sobie swojej
niechlubnej przeszłości wyzyskiwacza, manipulatora, wykorzystującego fakt
słabości fizycznej do wizerunku cierpiętnika i innych prywatnych celów. To
takie gdybanie…
Zawsze
liczy się to, co teraz, a przeszłość, choć mająca znaczenie, zostaje odsunięta
na bok…
3.
Medialność.
Przyznam
szczerze, że momentami mam wrażenie o silnym parciu na media, jakie dokonuje
papież.
Prawdopodobnie jest to
mylne, bo dostrzegam z drugiej strony czepianie się przez media każdego momentu
z życia papieża. A to, że nie opuścił Domu Świętej Marty, a to, że jeździ
autobusem z kardynałami, a to, że podhaczył się o równą posadzkę podczas mszy świętej
w bazylice. Jeszcze troszkę i byłby temu poświęcony cały
serwis informacyjny – cóż, zrozumiałe, że ważna postać. Pamiętam, jak podczas
pontyfikatu Jana Pawła II każda informacja na jego temat obiegała cały świat.
Kwestię zamachu pomijam, bardziej odniósłbym się tu do sytuacji, w której
poprzednik Franciszka i Benedykta poślizgnął się w łazience i stłukł sobie
głowę. Z sarkazmem dodam, że brakowałoby jeszcze przytoczenia łazienkowym, czy
posadzkowym wpadkom pewnej symboliki przez media. Moment. Stop.
Rad jestem jednak z tego, że pomimo tego znaczna
część mediów praktykuje zwracanie uwagi na to, CO i O CZYM mówi papież. Stawiają te dwie
rzeczywistości obok siebie: to, jakie padły słowa od tego, o czym tak naprawdę
traktują.
Być
może mediom, wywodzącym się spoza pewnych kręgów myślowych przydałby się pewien
zmysł moralno – teologiczno – duchowy , by móc odważnie i z rozsądkiem
komentować (i krytykować, oczywiście z granicami) słowa Franciszka. Byłoby to na
pohybel tym, którym papież wyraźnie przeszkadza.
Sądzę,
że Następca Piotra wie, jak wykorzystać media i jak sprawić, by nie stały się
one jego piętą achillesową. Oczywiście jestem pełen uznania dla papieskich słów
(sądzę, że chwilami powielanych od poprzedników) o wolności mediów i o ich roli
w walce o pełnowymiarową prawdę. Mam tylko nadzieję, że papież przejawia
świadomość podziału także wśród mediów na część, która się sprzedała i część,
która pozostała po tej właściwej stronie. Myślę, że niektóre sytuacje, zwracające
uwagę na postać Nowego Piotra Naszych Czasów są prowokowane przez niego samego.
Dbałość o PR? Gwiazdorzenie? Byłbym tu bliżej tego pierwszego określenia, choć
też nie w 100%. Wszystko czemuś służy. Zachowania papieża, jak już wspominałem -
niekonwencjonalne, już kiedyś zaistniały, ale świat o nich zapomniał. Papież
chce, by go widziano w takich, a nie innych gestach; w takich, a nie innych
okolicznościach, bo czasem zwykłe takie zachowanie, jako świadectwo wystarcza
bardziej, niż tysiąc słów. A motywatorem takiego zachowania jest Ewangelia.
4.
Na ratunek upadłej Europie.
Jeśli
elementami postępu (pozytywnego rozwoju cywilizacji) są przyzwolenia na
bezkarność za krzywdzące dewiacje, zabójstwa w każdym tego słowa znaczeniu, korupcje, niszczenie
godności, wszelakie wypaczenia wolności, manipulacje, wymieszanie mentalności i
wiele innych, to ja jestem doktorem Burskim z Leśnej Góry. Nie cierpię(i chyba nie jestem w tym jedyny), gdy prawdziwy świat, jaki poznałem zawala mi się przed oczami, a jego miejsce, jako dominanta zajmują głupota, bylejakość i manipulacja. To nie jest po kolei - w Matriksie było na odwrót. Czego innego mnie
uczono, na innym fundamencie zostałem wychowany i nie życzę sobie, by tego typu
rzeczywistości na siłę wpychano w moją przestrzeń życiową, próbując wymusić
jeszcze ich normę prawną, którą to pewnie mam przestrzegać pod groźbą sankcji.
Niedoczekanie.
Bądźmy
szczerzy – Europa podupadła dość poważnie, ale to chyba ludzie sami są sobie
winni. Jedni zwalają na drugich, ale to my razem niesiemy ten ciężar. Ciężar
własnej głupoty! Pokładamy pewnie nadzieję we Franciszku, w to, że posprząta
ten cały syf w pojedynkę. Tak przynajmniej sądzę na podstawie tego, co do tej
pory zaobserwowałem. A do nas należy trzymanie rąk w kieszeni, przyglądanie się
i przyjście na gotowe?
4.1 Kościół ubogi i dla ubogich.
Naczelna
idea pontyfikatu, dotycząca kościoła dla ubogich nie powinna być nikomu obca, a
warto zauważyć, że pozostawia ona szerokie pole interpretacyjne. Na pewno
chodzi o zwrot w stronę nisz społecznych, także przez restrykcje, jakie mogłyby
być wprowadzone w niektórych strukturach instytucji kościelnej. O co zresztą
najbardziej chodzi ludziom.
Ogólnie
przyjęło się, że „pieniądz zbałamucił kler”. Przychyliłbym się do określenia,
ale nie podejmowałbym się generalizowania, co zresztą jest naczelną cechą
naszego narodu – znajdować wśród grup ludzi czarne owce i na podstawie ich
zachowania podsumowywać negatywnie całość. Wiele kontrowersji krąży wokół tego
hasła i jeszcze trochę czasu minie, nim zostanie ono w pełnym wymiarze
zinterpretowane. Być może skrajne ubóstwo kościoła, jak ubóstwo zakonników w
okresie średniowiecza w dzisiejszych czasach odbierane by było, jako coś
chorego. Ja osobiście sugerowałbym zrezygnowanie z przesadyzmu (normalne, „ludzkie”
środki komunikacji, a nie limuzyny, czy krążowniki – najlepiej autobus, niech
za przykład służy sam Franciszek), powściągliwość (np. w strojeniu kościołów,
WIĘCEJ PROSTOTY!). Jeśli chodzi o kościoły, to mam czasem wrażenie, że wchodzę
do galerii sztuki na aukcję dzieł nowoczesnych, zamiast chwilę posiedzieć i się
wyciszyć. I zgadzałbym się tu z mościm Cejrowskim – to mnie czasem wkurza.
Paradoksalnie
jednak wierzę i wyrażam nadzieję na powściągliwość środowiska kapłańskiego,
byleby tylko nie była ona udawana. Słuchałem ostatnio wypowiedzi, w których
wytykało się niedorzeczności związane z ideą papieża. Chwilami miałem wrażenie,
że towarzyszyły im emocje takie jak strach, szczególnie przed zmianą albo
kompletne niezrozumienie. Przypominam tu o wieloznaczeniowości tego aspektu,
podczas, kiedy wielu biskupów(nie chcę przytaczać nazwisk) wyjmuje tylko jeden,
góra dwa wątki i bez większego zrozumienia próbuje je tłumaczyć, często
stawiając kontry, jakby papież nie znał świata lub chciał go na siłę zmieniać.
A według mnie to nie o świat chodzi, przynajmniej w pierwszej kolejności.
4.2 „Odbuduj mój Kościół…”
Chcesz
cokolwiek zmienić na świecie, to zacznij od siebie. Choć to parafraza
uniwersalnej maksymy, to często ją słyszałem nawet i w domu, co odcisnęło już
swoiste piętno. Owa myśl jest kierowana do każdego człowieka, który trwa w
ułudzie, że wszystko jest z nim i w nim jak należy. Prosto jest zmieniać
wszystko wokoło – podobno. Rozczarowanie przychodzi, gdy nam kompletnie się to
nie udaje. A to dlatego, że mało kto ma „przyjemność” stanąć z sobą twarzą w
twarz i zacząć zmianę wpierw od siebie, by stać się świadectwem. Łatwiej jest
widzieć zło gdzieś, a nie w sobie…
Kościół jest organizmem, na który składa
się wiele członków. Podobnie, jak
człowiek. W tej sytuacji porównanie do osoby, której trudno jest wszelkie
zmiany zacząć wpierw od siebie, jest jak najbardziej trafne. Potrzebny jest
tylko solidny impuls.
Impuls
w postaci kogoś, kto przypomina o znaczeniu kościoła, jako:
-
pielgrzyma i przewodnika w drodze
-
opiekuna mniejszych
-
wspólnoty, serwującej Dobrą Nowinę, a nie skrajnej instytucji.
Chodzi
tu przede wszystkim o umniejszenie znaczenia instytucjonalności kościoła lub
chociaż zmianę postrzegania, jako wyłącznie instytucji, korporacji, organizacji.
Słyszy się często, że urzędnicze zachowanie w tym środowisku sięga zenitu.
Prymat objęły terminy, dokumentacje, potwierdzenia, akty, norma, prawo (gdzieś tam się słyszy o opłatach i cennikach)… A jak prawo, to też dziury
do wykorzystania, dzięki czemu można sobie pozwolić na korupcję i biurokrację.
Niestety, ale o tym się mówi i to jest. Prosty przykład: afera Watileaks.
A
przecież paradoksalnie z drugiej strony istnieją środowiska kościelne,
trzymające się jakichś zasad normalności z naciskiem na pomoc człowiekowi i
życie radami ewangelicznymi. Postawić warto pytanie: co kraj, rejon, to
obyczaj? Dlaczego wszędzie tego nie ma? Dlaczego wszędzie nie jest jednakowo?
Może tak ma być?
Może tak ma być?
Może
wszystko zależy od ludzi, dzierżących w rękach jakiś urząd, prymat, a
próbujących wypierać fakt tego, że są grzesznikami; nie zauważających w ogóle
przerostu ambicji, zamkniętym w sobie „posągom”, gubiącym rzekomo właściwy kierunek,
który obrali…
Odbudowanie
Kościoła oznaczałoby tutaj przywrócenie miejsca tym, u których priorytetem jest
przekazanie człowiekowi czegoś dobrego, którzy w pierwszej kolejności żyją Ewangelią
i duchowymi potrzebami człowieka. A dzisiaj tacy ludzie są spychani gdzieś na
bok, jeśli nie poddadzą się „zasadom” tam panującym… Dobrze by było zwracać
uwagę i strofować tych, którzy idą do kapłaństwa, bo „nie mają pomysłu na
siebie” albo „bez problemu się utrzymają i będą mieli zysk”. Twierdzi się, że
dziś takie czarne owce przeważają, ale po raz kolejny skłonię się ku
zasadniczej wadzie generalizowania na podstawie zaobserwowanych kilku
przypadków.
Był
już jeden Franciszek, który przypomniał właściwą drogę kościołowi w czasach
jego zagubienia, zatracenia się w mentalnościach świata. Podobnie wygląda to
dziś. Pozostaje jeszcze kwestia tego, jaki wkład w odbudowę będą mieli zwykli
ludzie, bo przecież nie samym Franciszkiem żyje kościół.
4.3 Mowa prosta i kilka radykalnych postaw.
Faktem
jest, że papież dotychczas nie napisał żadnego dokumentu kościelnego, podczas,
kiedy jego poprzednicy w tym czasie przynajmniej nad tym pracowali. Przekorny
Franek jednak „niestety” robi dobrze.
Przecież mowa ma być prosta, jak najprostsza,
odważna, pełna porównań do prostych problemów a zarazem występująca w roli
propozycji… Ja osobiście za to pokochałem środowisko zakonne (np. kapucynów). Za
słowo proste, „lajtowe” i szybko dające się zaabsorbować…
Transcendentnie
immanentny Trójjedyny Logos i Paradoks,
a Bóg, to jest ta sama Osoba, a jednak ludzie wolą krócej, bo lepiej to do nich
przemawia. Domeną nauki jest szukanie nowych pojęć, ale tylko lub przeważnie
dla nauki samej w sobie, dla dalszych jej osiągnięć. A ludzie czekają wyłącznie
na świadectwo, na zwykłe pokrzepienie, na porównania, na przykłady w jakimś
stopniu zintegrowane z ich życiem. NA PROSTĄ MOWĘ.
Nie ma co się dziwić, gdy z ambony zamiast prostego i urzekającego kazania, płynie wykład z teologii i ludzie śpią albo patrzą mętnie i liczą żarówki na żyrandolach.
Nie ma co się dziwić, gdy z ambony zamiast prostego i urzekającego kazania, płynie wykład z teologii i ludzie śpią albo patrzą mętnie i liczą żarówki na żyrandolach.
Jednym
z fundamentów, na których stanął pontyfikat Franka jest Miłosierdzie, ale wraz
z nim występuje też upomnienie braterskie. Nota bene upomnienie braterskie
zawsze wynika z Miłosierdzia i zatroskania: „co ty wyprawiasz ze swoim życiem? Gdzieś ty do cholery
zbłądził?”.
Dlatego
papież neguje postawy środowisk lewicowych, podpuszczających
homoseksualistów i innych „dziwnych” do wywalczenia większych praw i ochrony (na tym miejscu zboczeńcy mieliby prawne przyzwolenie na dokonywanie krzywd)… Tylko, że
to nie jest dążenie do praw, ale nieumotywowana lub fałszywie motywowana chęć znalezienia
się w sferze, która jest zarezerwowana wyłącznej grupie ludzi, obalenia
pewnych schematów, fundamentów, których nie wolno ruszać oraz granic, których
nie należy przekraczać. Doprowadzi to do całkowitego wyniszczenia. Każdy ma
swoje ustalone miejsce i lepiej, by się go trzymał lub poruszał się w jego
obrębie… Człowiek tego typu, jako jednostka jest akceptowalna i godna tego
miłosierdzia, jeśli wie, że jej miejsce nie jest „po tej drugiej stronie”.
Chciałoby się powiedzieć: „upomnienie braterskie żyjących i myślących
inaczej(?)”… Zamierzam za jakiś czas rozszerzyć tą kwestię więc sugeruję się
wstrzymać z bezsensownym linczem…
I
może dlatego tak ogromne jest zdziwienie, gdy papież np. podczas liturgii
Wielkiego Czwartku myje nogi dwóm kobietom. Albo jeszcze gorzej, gdy chce dopuścić
z powrotem do komunii ludzi, będących niegdyś w sakramentalnym związku małżeńskim, a którzy się rozeszli. Przypominam,
że fundamentem jest Miłosierdzie. Miłosierdzie kieruje papieżem. To ono kusi do
łamania pewnych sztywnych schematów i daje o sobie świadectwo. To Miłosierdzie
jest tym, za przyczyną czego dzieją się rzeczy niedorzeczne, nieprawdopodobne i
pozornie niegodne na pierwszy rzut oka. To tylko Miłosierdzie. To samo
Miłosierdzie kierowało Chrystusem, co tak oburzało faryzeuszy, oszustów,
dwulicowców… Pewne symbole lubią się powtarzać.
Oby
tylko Franciszka nie uraczyła gościną naiwność, szczególnie, gdy co niektórzy
będą tego Miłosierdzia próbować nadużywać.
5.
Zakończenie
Jakiś
czas temu zaczął się pontyfikat, wobec którego wielu zagubionych w
mentalnościach kościoła i świata ludzi, wyraża nadzieję, że go choć odrobinę
odmieni. Zaczynając od źródła, czyli od Kościoła. Papież na start prosił świat
o modlitwę.
I
to już jest znak, by nie być biernym, nie przyglądać się wyłącznie papieżowi i nie zaśmiewać się,
gdy się potknie albo klepać po plecach, kiedy powie coś, co mi pasuje. Bo tak
zapewne w tej chwili myśli spora część z nas, także tych mających się za…
Pozwolę sobie nie dokańczać – adresaci wiedzą, że to do nich.
Pożyczyłbym
Frankowi zdrowia i cierpliwości dla tej reszty świata. I choć mam do niego
dystans, jako do człowieka i Następcy Piotra, to na pewno o wiele mniejszy, niż
do Benedykta XVI u początku. A może naprawdę ideologicznie jest mi bliżej do
środowisk zakonnych, niż do takich tradycyjnych i zwykłych kapłańskich. Stąd też
duże pokrzepienie myślą, że Kościół, kiedy jest w kryzysie, gdy dzieje się coś
z nim źle, kieruje się po pomoc do zakonników, aby przypomnieli mu o Jego
miejscu.
To
nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli my się w to nie włączymy…
Subskrybuj:
Posty (Atom)