(1)
Zamykają nas do więzień za to, że mówimy co myślimy. Słuszne to i prawe z ich strony. Bo często nie myślimy, co mówimy.
(2)
W moralny klincz wpędza sytuacja, w której mam okazać szacunek kobiecie, nie mającej szacunku do samej siebie.
(3)
Cobain, Jackson, Rysiek Riedel, Magik... Emocjonalne podejście do tych postaci traktuję osobno. Chociaż... Nigdy nie było ono jakieś wyjątkowe. Od strony rozumu zawsze zastanawiał mnie ogólny trend w postaci kultu. Kultu ludzi, tacy, jak oni, którzy sukcesywnie niszczyli sobie życie albo nie potrafili się do niego przystosować. A w międzyczasie stworzyli coś, co zostało zapamiętane i przekazywane przez kilka pokoleń. Oczywiście, składa się na to całe mnóstwo przyczyn, dla każdego z nich odrębnych, ale nie zmienia to faktu. Niektórzy, uległszy fanatyzmowi, żyją niemal identycznie, jak te postaci. Ciekawy to paradoks. Dla mnie niepojęty.
(4)
Jak łatwo można szachować słowem WOLNOŚĆ. Każdy człowiek, każda grupa, kasta społeczna, definiuje ją inaczej i uzurpuje sobie do niej prawo, rzadko kiedy licząc się z innymi. Jak łatwo można manipulować tym słowem i wartością, podczepiać ją tam, gdzie nie powinno to mieć miejsca, a zabierać stamtąd, gdzie ona ewidentnie przysługuje. Jak łatwo pod tym słowem można ukryć zbrodnię, odbieranie komuś godności... I przekonywać, że przecież ma się prawo i wolność. Mistrzostwo w przekręcaniu wartości i rozsiewaniu zamętu. Mistrzostwo.
(5)
Na każdego kapłana, który popełnia jakąkolwiek formę zła lub dopuszcza się pewnych nadużyć przypada przynajmniej jeden, który wykonuje swoją pracę z zaangażowaniem i podejściem co najmniej właściwym, wykazujący się pewnym balansem, będąc jednocześnie sobą. I czasem mam wrażenie, że gdyby nie apele, że obok zła jest też dobro, to tacy ludzie byliby niezauważeni. Zło lubi się dziś wysuwać na pierwszy plan, lubi być widoczne. Jest fenomenalnym strategiem i specem od antyreklamy, promując tylko negatywne oblicze rzeczywistości lub osoby. Pomaga mu w tym powtarzalność błędów, popełnianych czynów o charakterze negatywnym oraz fakt, że niektórym jest to na rękę. Niestety też pomocą jest to, że niektórzy obserwatorzy, widząc tą powtarzalność, zdają się zniechęcić na tyle, że nie dociera do nich żaden inny obraz, choćby nie wiem co. Albo podświadomie chcą widzieć tylko te złe aspekty, totalnie wykluczając dobre. A przecież kapłani to tylko i zarazem aż... ludzie. Jak my...
(6)
Samotność. Pragnienie, gdy zbyt duszno. Znienawidzona, gdy za dużo ciszy i pustki.
(7)
O komunie mówi się albo tylko dobrze albo wyłącznie źle albo wcale. Przeważają dwie ostatnie opcje. Za dobre, często obiektywne wypowiedzi, nie nacechowane zero-jedynkowym spojrzeniem, można zostać skazanym na ostracyzm. Ja już raz taki ostracyzm przeżyłem, gdy filozoficznie stwierdziłem (bo kto filozofii zabroni), że byłby to dobry w stuprocentach system, gdyby pozbyć się z niego kilku absurdalnych i ewidentnie niewłaściwych rzeczy. Gdyby na miejscu ludzi tamtych czasów byli inni, jeszcze bardziej pro-ludzcy i normalni. Gdyby nie wydarzyły się te wszystkie złe historie, które miały miejsce. Bo to wszystko przykrywa (idąc za tęsknotami ludzi pamiętających tamte czasy) fakty pewnej pracy, pewnego mieszkania i jako tako spokojnego godnego życia, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów "wolności". Inaczej będą twierdzić Ci, którym było źle, a w naturze mają ciągoty do paserstwa, nieuczciwości, kombinatorstwa i dziś wiedzie im się zadziwiająco dobrze. Pomijam ludzi, którzy pracą doszli do potęgi (choć nie zawsze w to wierzymy) - to zupełnie inna kwestia. Po latach uważam tak samo: byłoby wtedy bardzo dobrze, gdyby... Są czasy wolności, więc podobno obowiązuje zakaz zabraniania przemyśleń i wycieczek umysłowych.
(8)
Wolność pojmujemy egoistycznie. Uzurpujemy ją wyłącznie dla siebie, upajamy się nią, korzystamy z niej rozrzutnie, nie bacząc na to, że w pewnym momencie ta wolność nie tyle się kończy, co zmniejsza/skraca. Dzieje się to w spotkaniu z drugim człowiekiem albo środowiskiem o określonym poglądzie, w końcu każdy ma do takiej prawi i widzi ją inaczej. Tu winno sięgnąć się po umiar, powściągliwość i zrozumienie (wzajemne), a nie po kpinę (w myśl wolności) oraz ofensywne gwałcenie na zasadzie "jestem wolny to do przodu, po trupach"... To coś, o co nam wielu niestety jest najtrudniej.
(9)
Nie wierzę w miłość, jako "to coś", na co się powołujemy. Wierzę w poświęcenie się dla kogoś. Wierzę w swobodę intymnego bycia z kimś przy świadomości, że czuję się z tą osobą, jak z żadną inną. Wierzę w inicjowanie i starania, przy tym, że ta druga osoba też da coś z siebie. Wierzę, że istnieje naturalna chemia między ludźmi, ale zawsze wystąpi jeden przypadek, w którym jest ona wyjątkowa. Tu zawsze trzeba uważnie obserwować. Wierzę, że istnieje coś więcej, niż przedmiotowe patrzenie i używanie sobie na kimś - wrażenie i poczucie, które dość poważnie mnie ostatnio skaziło. Wierzę w zwykłe bycie, ale takie, które daje spokój i swobodę zarazem, a jednocześnie wymagające kompromisu i cierpliwości. Przede wszystkim wierzę, że poprzednio opisane dzieje się z wzajemnością. Daj mi tu, Panie, więcej sił. Wierze w duety, które razem walczą razem przeciw światu. Wierzę w to, że miłość rozmieniła się na drobne i że można ją rozszyfrować pod wielością dobra, a jednocześnie nadal reprezentuje siebie.
(10)
Zawsze zaczynajmy od siebie. Dawajmy świadectwo i opowiadajmy o nas samych. Bądźmy odważni i nie bójmy się samokrytycyzmu, autoironii i spojrzenia najpierw na siebie, zachowawszy rzecz jasna pewne granice. Dopiero wtedy jesteśmy w pełni zobligowani do opowiadania o drugim człowieku, jak go widzimy (nie, jak chcemy widzieć). Wtedy jesteśmy w pełni zobligowani do krytyki. Niech będzie to na przekór słowom ewangelii o tym, że widzimy wpierw belkę w oku brata, a w swoim nie". Jeśli reakcja drugiej osoby będzie daleka od oczekiwań, cóż... będzie to świadczyć tylko o jej zakłamaniu.
(11)
Rzadko kiedy rodzą się ludzie z bogatą głębią myśli, zdolności obserwacji, nazywania rzeczy. Rzadko kiedy rodzą się ludzie, u których mądrość, wynikająca z powyższych a także z własnych doświadczeń i analiz, urasta do tak gigantycznych rozmiarów. Normą jest, że takich nie dostrzegamy, mówimy o nich jak najmniej, by przeszli bez echa i towarzystwa.
(12)
Nadwrażliwość, jak wszystko inne, to też cecha człowieka, często bardzo uciążliwa. To także brzemię i pieczęć na całe życie.To coś z listy rzeczy, o które człowiek się nie prosi, a i tak dostaje. Wespół z samoświadomością są to wielkie bogactwa, ale puszczone samowolnie i bez kontroli mogą doprowadzić do wielkich zniszczeń duszy i wnętrza człowieka.
(13)
Tolerancja i cierpliwość oznaczają nie mnie, nie więcej, jak umiejętność znoszenia. One też mają prawo do pewnego zakresu oraz limitów. Sztuką prawdziwą jest balansowanie nimi w dzisiejszej, destrukcyjnej rzeczywistości.
Moment Zamienić W Wieczność...
środa, 18 maja 2016
środa, 9 marca 2016
Wenus i Mars. Kilka osobistych i bezprecedensowych obserwacji odnośnie relacji w miejscu pracy.
Przed
paroma laty, jak przyjmowałem się do pracy w pewnej firmie, to moja obecna
kierowniczka powiedziała mi słowa, które jakoś mimo woli zapadły mi w pamięć.
Chodziło o to, że tu na dziale staramy się jakoś tam gadać między sobą, by ten
czas zleciał, bo wiadomo, można się znużyć przez 8 godzin pracy. Znam już
siebie troszkę (i nadal za mało), żeby już wtedy wiedzieć, że będę miał poważny
problem, aby z tym się jakoś utożsamić. Więcej: obawiałem się, że to będzie
prawie niemożliwe i w sumie dziś stwierdzam, że niewiele się pomyliłem… Co
prawda w kilku punktach się przełamałem, ale nie wpłynęło to zbytnio na całokształt.
Pracuję
z prawie trzydziestoma kobietami. I śmieszno i straszno zarazem. Nieco bardziej
to drugie, bo dla mnie – gościa, który z mozołem i oporem aklimatyzuje się z
różnego rodzaju większych kolektywach jest to nie lada wyzwanie. Nie wiem, jak
odnajdywał się tu mój dawny przyjaciel, który pierwszy zasmakował takich
warunków pracy, a po kilku latach wprowadził mnie, by potem samemu odejść. Ja
uważam, że i tak mam w tej chwili trudniej, bowiem przez te lata dzielnych
niewiast sukcesywnie przybywało i przybywa nadal – każda o innym charakterze. Kto
pogratuluje mi wysiłku w tych niewidocznych gołym okiem zmaganiach? Jak na
razie chyba ja sobie sam…
Powinienem
czuć się jak młody bóg, a sprawiam wrażenie chłopaczka – amatora (sarkazm i „autopojazd”
zawsze mile widziane). I jeśli ów
przyjaciel, gdy opowiadał mi o tym, jak w sferze komunikacji i towarzyskiego
podejścia dbał o dobre wrażenie, troszkę maskował uśmiechem, grał, a mimo to
zyskał sobie sympatię, tak w moim wykonaniu jest to nierealne. Powiedzieć, że
mam trudniejsze charakter i osobowość, to może trochę za dużo, ale na pewno
lepiej brzmi słowo „inne”. W przeciwieństwie do wspomnianego przyjaciela, ja
mimowolnie poszedłem w nieco innym kierunku, w sporej mierze przeciwnym. I być
może moja przymknięta postawa, będąca pewnego rodzaju drugim obliczem pokazuje
mnie jako nietowarzyskiego gbura, ale zauważmy, ile razy dzieje się tak, że
ocenia się człowieka na podstawie środowiska, w którym z nim przebywamy. Jako,
że jesteśmy leniwi, nieraz uznajemy to za wystarczające i więcej nam nie
potrzeba. I częstokroć się mylimy. Popełniam ten sam błąd, podejmując podobne
oceny. A szansa, by pokazać siebie na innym gruncie, na „własnych” warunkach
jest raczej nikła. Każdy ma swoje życie, swój drugi świat, w którym jest
wszystko uszeregowane i raczej stabilne.
Oczywiście,
dużo też zależy od charakteru i wytwarzanej aury przez ludzi, z którymi się
pracuje. Ja tak prawdę powiedziawszy znam dobrze i bliżej jedną, może dwie
osoby z grona. Na przestrzeni 4 lat! Rozumiesz?! I to jest dramat. Mam do czynienia
z matkami, żonami, kochankami, kobietami szukającymi i tymi, które chcą być
poszukiwane, ale najpewniej nie przeze mnie. Czas pracy połączony z ogarnięciem
się w tym gronie, to dla indywidualisty i umiarkowanego introwertyka za mało.
Spotkania integracyjne, stawiane przez pana prezesa (do których ostatecznie się
nie przekonałem) to też za mało. Większość kobiet wykazuje częstsze tendencje
do dobierania się w „stada”. Nawet, jeśli pobocznie gotowe są utopić jedna
drugą w łyżce wody (nie łudźmy się). Owe stada ewoluują czasem w kliki, co już
jest niebezpieczne, ale niestety to akurat jest nieuleczalna przypadłość każdej
firmy. Aczkolwiek można by było neutralizować takowe m.in. we własnym,
indywidualnym zakresie (wystarczy popatrzeć na siebie i trzymać się pewnych
zasad), ale po co, skoro częstokroć dzięki takiemu układowi można zyskać jakąś
ochronę lub poprawić sobie w łatwy sposób pozycję. Kliki w moim środowisku na
szczęście są rzadkością, ale stada są na porządku dziennym. Nie wiem, jak te
baby to robią, że niemal każda z każdą znajdzie wspólny język, a facet „palca
nie wciśnie”. I w pracy potrafią gadać i poza pracą. No właśnie… Gadać… O tym
za moment. Piszą do siebie po pracy, udają się gdzieś na raut towarzyski. Są takie,
które też niezbyt się włączają w grupy, ale są komunikatywne nadwyraz. Dobra,
jestem zazdrosny, bo w owym środowisku prawdopodobnie już mam na swój temat wyrobioną
opinię, jako, że się alienuję i odcinam. Po części prawda. Przypominają mi się
czasy szkoły, kiedy moje zachowanie szufladkowało mnie raczej jako outsidera. W dużym zbiorowisku kompletnie się nie odnajduję i to się ciągnie
za mną po dziś. I będzie się ciągnąć. Jak w ścisku można rozwinąć skrzydła? Nie
da się. Ale jeśli dostanie się szansę, to można zagrać w spotkaniu jeden na jeden.
W takiej grupie nie poznam ludzi, nie poznam pojedynczego człowieka. Tym bardziej, że większość takiego towarzystwa to samozwańcze "kółeczko różańcowe wzajemnej adoracji". Inaczej też, jeśli sam jestem w takim kółku. W grupie słucham, czasem włączam się w słowo, ale generalnie nie zaistnieję. Chyba, że rozpychałbym się łokciami i był jak harpagan albo grał dobrą komedię. Nie potrafię zaakceptować ewentualnego faktu takiego ściemniania w ramach promocji swojej osoby, czy PR-u. Jeśli konsekwencją stonowanej i na pozór kamiennej natury ma być poczucie odosobnienia w stadzie, cóż. Prawią, że "nie poznali się na Tobie".
Lepiej w pierwszej kolejności prowokować do dialogu sam na sam, indywidualnie i wtedy nabrać pewności. Ja przez lata wyrobiłem sobie poznawanie ludzi na neutralnych podłożach poza pracą (z małymi wyjątkami) w oparciu o kawę lub piwo. Jeśli gramy na podobnych falach, w co zawsze najsamprzód wierzę, to jest wyjątkowo swobodnie i sympatycznie. Wtedy mogę rozwinąć skrzydła i zweryfikować, czy czasem ktoś się nie boi takiego "sam na sam".
Być może wybieramy łatwiejszą drogę, bowiem w grupie często gada się, by gadać, a w cztery oczy trzeba więcej wysiłku. Być może dla niektórych lepsze samopoczucie przy spotkaniu "twarzą w twarz" stanowi o ich sile i stąd lęk otoczenia.
Lepiej w pierwszej kolejności prowokować do dialogu sam na sam, indywidualnie i wtedy nabrać pewności. Ja przez lata wyrobiłem sobie poznawanie ludzi na neutralnych podłożach poza pracą (z małymi wyjątkami) w oparciu o kawę lub piwo. Jeśli gramy na podobnych falach, w co zawsze najsamprzód wierzę, to jest wyjątkowo swobodnie i sympatycznie. Wtedy mogę rozwinąć skrzydła i zweryfikować, czy czasem ktoś się nie boi takiego "sam na sam".
Być może wybieramy łatwiejszą drogę, bowiem w grupie często gada się, by gadać, a w cztery oczy trzeba więcej wysiłku. Być może dla niektórych lepsze samopoczucie przy spotkaniu "twarzą w twarz" stanowi o ich sile i stąd lęk otoczenia.
W
pracy ciężko mi się rozmawia, kiedy muszę to dzielić z obowiązkami. Mało mam w tę
stronę zaangażowania i śmiałości, równie dobrze mogę powiedzieć, że brak mi podzielności uwagi czy mam poczucie dyskomfortu. Do "mówienia, byle mówić" czy popularnego gadania też zawsze miałem oporny ale nie negatywny
stosunek. Kojarzy mi się ono z plotką, sztucznością, acz łapię się ostatnio na
tym, że sam sobie przeczę :P… Co nie zmienia faktu, że bardziej pozytywny stosunek mam do intymnych rozmów,
które niby w teorii zawsze przynosiły jakąś wymierną wartość. Jest takie
znamienne zdanie: „mówić można z każdym, ale rozmawiać bardzo mało z kim”.
Kobietom zazdroszczę podzielności uwagi, czyli klepania w monitor i
jednoczesnego mówienia. Ja od pracy muszę się odrywać, by się skupić, kiedy do
sąsiadki mówię albo gdy ona mówi do mnie. Dla mnie to wyraz stuprocentowego szacunku i uwagi dla tej
osoby i w zasadzie tego samego oczekuję. W pojedynczych momentach powielam zwyczaje,
które „sprzedaje” mi środowisko pracy, czyli rytualne gadanie i praca jednocześnie,
ale zawsze czuję przy tym dyskomfort. Czasem sobie powtarzam: albo odrywasz
ręce i gadasz albo zapieprzasz kosztem „śmichów-chichów”. Ciężka sprawa.
Najłatwiejszy i najlepszy jest neutralny grunt, czyli po pracy wspólny powrót, piwo albo kawa
(można stosować zamiennie), w pierwszej kolejności w cztery oczy. Dopiero potem
ewentualnie w większym gronie (w moim wypadku do 4 osób).
Rzecz
jasna, jeśli osoba będzie skłonna, by z Tobą wypełnić tego typu miły akcent.
Niestety, ale każdy ma prawo nie reagować na propozycję lub zmyślać wymówkę z
bliżej nieuzasadnionych powodów. Usprawiedliwione są matki i żony, w niektórych
przypadkach kochanki a i czasem ci, co mają świat poukładany i potencjalna zawierucha nie jest potrzebna (cały czas o relacjach damsko męskich, żeby nie było). Jeśli osobie (np. mi), której wieloletnie doświadczenie i
poczucie spławiania, wrażenie wykluczenia przez sporą część otoczenia wpoiło, że zakłada się je z
góry, czasem paranoidalnie, to niech takowa wie, że jest problem. Poniekąd sam jestem sobie winien - tym, że jestem jakkolwiek sobą, zbieram to, co zasieję, choć na innym polu mogę używać lepszej jakości nasion.
Ktoś zawsze może dać nieoficjalny znak, który kojarzy się sprzed lat i odczytać go można tylko, jako weto (zawsze jednak występuje prawdopodobieństwo pomyłki). Wtedy można sobie powiedzieć, że szkoda, ale to ani Twoja ani czyjaś wina. Można chociaż spróbować sobie to wmówić…
Ktoś zawsze może dać nieoficjalny znak, który kojarzy się sprzed lat i odczytać go można tylko, jako weto (zawsze jednak występuje prawdopodobieństwo pomyłki). Wtedy można sobie powiedzieć, że szkoda, ale to ani Twoja ani czyjaś wina. Można chociaż spróbować sobie to wmówić…
Ale
nikt nie zabrania Ci proponować sąsiadce/sąsiadkom wyjścia gdzieś, by się
lepiej poznać. Blokadę stawiasz sobie sam albo wynika ona ze specyfiki
otoczenia – mówi się, by w pracy nie zawierać głębokich znajomości. Kiedyś pod
tym kątem było dużo lepiej i łatwiej, jak słyszałem z opowieści mamy. Relacje firmowe były bardziej zażyłe, głębsze
i powiernicze. Dziś tak różowo nie jest. Facet pracujący sam z kobietami i do
tego jeszcze singiel, mówiąc kolokwialnie, jest raczej poszkodowany. Nie ma za
dużego pola manewru, gdyby chciał wyjść z relacją poza środowisko pracy (nie
kongres ani impreza integracyjna), bo otaczają go miny. Może otworzyć puszkę Pandory
w postaci plotki, obgadywania i siebie i tejże albo spotkać się z odsunięciem
lub spławieniem, bo np. został już zaszufladkowany. Zostaje tymczasem pewnego
rodzaju klincz i odgrywanie roli, bo ruch w jakimkolwiek kierunku przynosi ryzyko.
A trafi się czasem na jakieś pozytywne aury, z których warto coś zaczerpnąć i
nie być znany tylko jako „ten z pracy”.
Może nieco odszedłem od tematu, ale cały czas staram się
wiązać to ze sobą. Relacje w dużej grupie w miejscu pracy są ciężkie, a w moim
wykonaniu to czasem jest praca Syzyfa. Chociaż momentami zdaje mi się gdzieś
tam ten impas przełamywać… Mimo wszystko z mojego indywidualnego punktu
widzenia nie jest łatwo utrzymać twarzy, jeszcze jak się ma specyficzny
charakter, niezbyt zrozumiany przez otoczenie.
Niby opis relacji damsko-męskich w pracy, ale jak łatwo można to przenieść na zewnątrz... Albo trudno... Nigdy nie zrozumiem, jak część męskiej populacji to robi, że podchodzi do tego tak liberalnie i laicko. Czy to kwestia odwagi, natury, grania komedii czy wszystkiego naraz? Pocieszam się przynajmniej względną autentycznością, choć troszkę mnie ona kosztuje. Choćby to, że niby jesteś w grupie, ale jakby osobno, jakby sam. Jeśli niechcący rozsiałem wokół siebie możliwość traktowania, jak powietrze, to wypada to zebrać.
Niby opis relacji damsko-męskich w pracy, ale jak łatwo można to przenieść na zewnątrz... Albo trudno... Nigdy nie zrozumiem, jak część męskiej populacji to robi, że podchodzi do tego tak liberalnie i laicko. Czy to kwestia odwagi, natury, grania komedii czy wszystkiego naraz? Pocieszam się przynajmniej względną autentycznością, choć troszkę mnie ona kosztuje. Choćby to, że niby jesteś w grupie, ale jakby osobno, jakby sam. Jeśli niechcący rozsiałem wokół siebie możliwość traktowania, jak powietrze, to wypada to zebrać.
Nieprzypadkowo piszę o tym w okolicach dnia kobiet, acz refleksję
kieruję głównie do mężczyzn, szczególnie o podobnym charakterze do mojego, niepoprawnie aspołecznych outsiderów,
którzy mają zaszczyt pracować w gronie kilkudziesięciu Amazonek z Temiskery. Jak jesteście dobrymi i wrednymi
obserwatorami i macie szerokie pole widzenia, to wpadniecie na podobne albo jeszcze jakieś dodatkowe wnioski.
Możecie też się sprzedać i wysztukować trochę kobiecości, by w myśl przysłowia
„wejść miedzy wrony i krakać, jak one”, ale to zdecydowanie odradzam, bo może
komuś odbić i zacznie się zastanawiać nad zmianą płci.
Tymczasem!
czwartek, 6 sierpnia 2015
Doświadczyłem ostatnio spowiedzi...
Doświadczyłem ostatnio spowiedzi…
Wiem, stwierdzenie jak na mnie
z jednej strony śmieszne, a z drugiej dziwne…
Po kilku latach na etapie
ostrożnego powrotu w rejony nie będącego ideałem Kościoła (poprzez Eucharystię,
której mi brakowało, poprzez wewnętrzną postawę, a w zasadzie akceptację jej
sprzeczności i minusów oraz walkę z tym, z czym jeszcze da się walczyć i wiele
innych) to stwierdzenie wydaje się dla mnie czymś świeżym, a ktoś może na jego
podstawie określić mnie za jakiegoś heretyka w przeszłości, a obecnie cudownie
nawróconego. Prostuję. Ja w tym Kościele chyba zawsze byłem, choć przez dłuższy
czas stałem jakby tuż obok drzwi (ujmując rzecz metaforycznie) na tyle, że w
każdej chwili mogłem wyjść i nikt mnie nie zatrzyma… Nie wyszedłem. Lepiej.
Teraz od nowa, powstrzymywany czasem przez nabyte ostatnio przyzwyczajenia, z
powrotem wchodzę stopniowo coraz głębiej. Poza tym ja po prostu potrzebowałem,
by ktoś, mnie wysłuchał i oczyścił. Niech miał to być Najwyższy Pan w osobie
księdza diecezjalnego, zakonnika… któregokolwiek z nich. Czas gonił - padło na
diecezjalnego, zakonnik zatem jeszcze chwilkę poczeka. Fakt faktem swego czasu
tolerowałem spowiedź wyłącznie w kościołach zakonnych, najlepiej kapucyńskich i
w sumie toleruję nadal… Dlaczego? Bo diecezjalni zapomnieli języka w gębie? Bo
jeden z drugim co najwyżej każe Ci odmówić litanię i finał? Bo żaden z nich
niczym Cię nie natchnie? Bo niby zakonnik taki super? Jest jakaś prawda w tych spostrzeżeniach, ale…
Nie chodzi o spowiedź, którą
trzeba odbębnić raz na miesiąc. Nie chodzi tym bardziej o spowiedź, w której
liczysz na jakieś dobre słowo od kapłana, którym to słowem Cię pokieruje. Bo
zdaje mi się, że zarówno moje jak i postrzeganie wielu z podobnego mi
światopoglądu takie właśnie jest lub było. Chodzi o autentyczność, o szczerość
wobec siebie („ja to teraz powiedziałem?”) i nie owijanie w bawełnę, a mam
wrażenie (mam nadzieję - mylne), że większość z nas za wiele czasu przy
konfesjonale kościelnym nie spędza. Pach! Regułka – wylegitymowanie się,
recital grzechów, ten za drewnianymi kratami coś powie lub nie, walnie pokutę,
krzyż na drogę i do widzenia.
Są tacy, którzy spowiadają się
raz w roku i to w zupełności im wystarczy (co z resztą pokrywa się z jednym z 5
przykazań kościelnych). Czynią to przy okazji ważnych wydarzeń, jak np.
pielgrzymka, spotkania wspólnotowe i młodzieżowe lub prywatne wyjazdy do
jakiegoś dobrego miejsca (ja bym chciał jeszcze w tym roku jechać do
krakowskiej Olszanicy na weekend, na „totalny off” – coś w rodzaju prywatnych
dni skupienia). Dla przykładu podam tu spotkanie młodych w Wołczynie, na którym
prócz dyżurów ojców spowiedników jest wyznaczony dzień na nabożeństwo pokutne,
którego częścią jest spowiedź w warunkach często ekstremalnie „naturalnych”:
pod kościołem, podczas spaceru, w pobliskim zagajniku. Ful serwis. I jest to na
tyle potężne i szczere doświadczenie, że wystarczy na cały rok. Taka prawda. I
czemu z tego jeszcze do tej pory nie skorzystałem… ?
Moc spowiedzi jest wielka, ale
nie tylko dzięki przebaczeniu, jakie ona daje – poczuciu przebaczenia.
Spowiedź konstytuuje 5
elementów, które jak jedno ciało wpływają na jej prawidłowość. Należą do nich:
rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź,
zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. Tak. Kościół Katolicki wymienia takich oto 5
warunków dobrej spowiedzi. Ale można by
je zawęzić do szczerego pragnienia tej spowiedzi oraz przysłowiowego „nie
owijania w bawełnę”. Bo przecież ma to działać, jak katharsis i przynieść
swoistą lekkość.
Zmienię nieco ranking ważności
każdego z elementów spowiedzi, co zarazem nie oznacza, że będę nobilitował
jeden, kosztem drugiego. Podzielę się tym, co odkryłem.
Rachunek sumienia, żal za
grzechy i mocne postanowienie poprawy. Pomimo tego, że je tutaj powiązuję ze
sobą, to na piedestał stawiam rachunek sumienia. Pokusiłbym się o stwierdzenie,
że jest on z czysto ludzkiego punktu widzenia najważniejszy. Dlaczego?
Bo najważniejszy jest dobry start... Niezależnie od czasu jego trwania dzięki niemu uświadamiasz sobie, jakim
potrafiłeś być łachudrą przez ostatni okres, mimo tego, że w twoim odczuciu
wszystko było w porządku. Jako żal za grzechy często wystarczy ból, cierpienie
i dyskomfort z powodu tego, że dokonałeś złych wyborów… a może źle się układa w
życiu i powodem tego są jakieś braki, bliżej nieuzasadniona rezygnacja z
wcześniejszego stylu życia na rzecz takiego, który po czasie sprawia, że
człowiek jałowieje… może ratując resztki swojego zdrowia i swojej cierpliwości
paradoksalnie kogoś skrzywdziłeś… albo w przypływie szczerości niechcący
obmówiłeś jakąś osobę… Czy można z tego wyprowadzić mocne postanowienie
poprawy? Obowiązkowo! Nawet, jeśli wiesz, że pewnych rzeczy fizycznie naprawić
się nie da (bo ludzie tak łatwo nie wybaczają, jak Pan Bóg)… Mi, nie chwaląc
się, udało się poczynić chyba najbardziej szczery jak do tej pory rachunek
sumienia przed spowiedzią… Nigdy nie
korzystałem tutaj z książeczki do nabożeństwa, jako pomocy, ale tym razem coś
(lub Ktoś) pchnęło mnie ku temu. Normalnie oświeciło… Widocznie potrzeba
oczyszczenia była bardzo silna…
Spowiedź i zadośćuczynienie. Tu
warto być jednak elastycznym lub obrać sobie jakiś stały kierunek: spowiedź u
kapłana diecezjalnego albo zakonnika. Z tego, co zaobserwowałem, kapłan
diecezjalny raczej wymaga formułki spowiedzi (za czym z kolei ja nie za bardzo przepadam, ale cóż), zakonnik niekoniecznie…
Po ostatnim doświadczeniu myślę, że w jednej i drugiej rzeczywistości da
się odnaleźć, choć pomimo tego chyba będę musiał się w końcu określić, gdzie będzie moje stałe miejsce. Pamiętam
z katechizmu do drugiej klasy w rozdziale o spowiedzi słowa, które traktują o
tym, że „kapłan w razie potrzeby udziela rad”(paraf.). Wrosłem w jakieś dziwne
przeświadczenie, że spowiedź ma być dialogiem od początku do końca, a przecież
to nie o to chodzi – zresztą wiele zależy od tego, na kogo się trafi. Nieliczni
wykazują się prowadzeniem dialogu, czy umiarkowanym rozwinięciem jakiegoś
tematu w czasie spowiedzi, bo nie zawsze jest na to czas. Co jest pokutą?
Litania, modlitwa „Ojcze Nasz” – to tak najprościej, co zresztą wielu wyśmiewa.
Kapitalnym było, kiedy przed laty jeden zakonnik zadał mi za pokutę uczynienie
czegoś dobrego w danym dniu. Pokuta to takie właśnie takie szeroko pojęte
zadośćuczynienie. Jeśli ma ona postać
modlitwy – jest to zadośćuczynienie Bogu. Co do zadośćuczynienia bliźniemu (jak
już wspomniałem) sprawa jest trudniejsza, ale warto się jej podjąć, chociażby
człowiek miał się spotkać z murem nie do przebicia.
Nie zamierzam nikogo zachęcać,
by zaraz w tej chwili biegł do spowiedzi, bo nie chcę słyszeć komentarzy w
stylu „nie będzie mnie spowiadał jakiś pedofil” albo „po co mi gadanie do
jakiegoś prawicowego klechy” bądź też zwyczajne „mi to niepotrzebne”. Chciałbym
jednak, by każdy wiedział, że jest bardzo dużo ludzi ustosunkowanych do spowiedzi
pozytywnie (choćby spowiadali się w okresie rekolekcji lub na ważne święta),
natomiast w tym zbiorze mieści się dość wąska grupa tych, którzy wyjątkowo
cenią intymność w konfesjonale. Świat mnie nie słyszy, jestem tylko ja i Bóg-
Chrystus w osobie kapłana. Nielicznym spowiedź odmienia życie. A innych
zniechęca, gdy w konfesjonale trafi się wyjątkowo nieprzyjemny i jałowy
słuchacz :P. Naprawdę, bardzo różnie się tu może zdarzyć.
Istnieje jednak jeden
constans: ulga. Ulga na duszy. Inna, niż zwykle. Inna niż po przyjacielskiej
rozmowie w cztery oczy. Inna niż po terapii u psychoterapeuty. Inna. Nietypowa…
Nieziemska… Będąca wyłącznie odpowiedzią na bolesną szczerość wobec siebie („nie mogę uwierzyć... tak właśnie powiedziałem?”) i wobec Pana… Chociaż, czy jest taka konieczność wobec Niego?
Przecież i tak wie…
czwartek, 28 maja 2015
Aldaron na przeczekanie
Paweł
„Aldaron” Czekalski. Gitarzysta,
wokalista, autor piosenek, bard. Śpiewa piosenki opisujące życie we
współczesnym świecie, o relacjach i zależnościach świata natury i cywilizacji,
o radościach, wyborach, smutkach, poszukiwaniu duchowości współczesnego
człowieka[1]
- tak o nim najprościej można przeczytać w opisie na jego stronie internetowej.
Mainstream nie zna Aldarona (i dobrze bardzo), choć niby przed laty wystąpił on
ze swoją muzyką w radiowej trójce. Ja też go nie znałem, dopóki nie zobaczyłem
jego występu na przeglądzie piosenki górskiej „Polana” w 2012 roku. Wtedy jego
muzyka, teksty oraz wokal/flow zadziałały na mnie jak swoiste katharsis,
oczyszczające powietrze gór albo znad morza. Sam tworzę coś na kształt poezji
od -nastu lat, ale Paweł i jego twórczość razem to jedna z nielicznych energii,
które nadały tej mojej niby - twórczości zupełnie inny wymiar, w którym staram
się brylować po dzień dzisiejszy. Czyniąc dłuższą historię krótką: on, jak i jego twórczość stały się jedną z
moich nielicznych inspiracji.
Trzymam
właśnie przed oczami swemi najnowszą płytę Aldarona „Na przeczekanie” z tego
roku. W porównaniu do wcześniejszych dwóch płyt, z którymi dane było mi się w
różny sposób zetknąć, odbieram to wydawnictwo jako typową składankę. Co zresztą
jest prawdą: jest to składanka utworów, nagranych na przestrzeni lat 1997
(„Widziałem”) – 2015(„Pytania”, „Wiatr jak wiał”). Aldaron nieświadomie zdaje
się iść śladem co niektórych artystów, którzy w swojej działalności sięgają
czasem do pomysłu nagrania takiej składanki, choć on sam pewnie uważa inaczej.
Większość piosenek jest „odpowiednio dopieszczona” pod kątem brzmienia i jakości
dźwięku. Aczkolwiek z tytułowego „Na przeczekanie” oraz „A może być tak(wersja
z lasu)” daje się słyszeć surowość
wykonania. Zresztą, co do drugiej z tu wymienionych pieśni, wszelkie poszlaki
wskazują, że była nagrywana w lesie J.
Całość
to 11 subtelnych numerów zaśpiewanych przy akompaniamencie gitar(y), harmonijki
i djembe(?) – prostota instrumentarium, która na mnie już kolejny raz odciska
swoje piętno. Na płycie znalazło się też miejsce dla gości: Jacka Kleyffa oraz
Marcepana Dzierzgowskiego, który, nota bene, bardzo często koncertuje z
Aldaronem.
Muzycznie
płyta spodoba się wielbicielom poezji śpiewanej lub piosenki górskiej. Utwory
nie są skomplikowane, jedne mogą wpaść w ucho, inne niekoniecznie – to w
zależności od tego, jakie linie melodyczne preferuje twoja dusza. Wokal
Aldarona jest prosty i niewymagający, a przy tym, paradoksalnie, na swój sposób
urzekający. Ten gość nie jest i nie będzie wokalnym guru pokroju Marka
Piekarczyka, ale korzystając z możliwości i darów, które posiada, potrafi
otworzyć zapomniane wymiary życia. Mamy tu bardzo łagodne tonacje, mamy emocje,
mamy chrypę oraz „nawijkę” i flow. Ja ze swej strony pozwolę sobie na krótkie
odniesienie się do tych utworów.
Tytułowe
„Na przeczekanie”, jest pozytywnym otwarciem, z którego dźwiękami można o
poranku ruszyć w połoniny. Jak
wspomniałem, w tym utworze gościnnie wystąpił Jacek Kleyff, który stworzył z
Aldaronem bardzo sympatyczny dla ucha wokalny duet.
„Gdy
wieczorem” to nastrojowa nuta na wieczory, która otwiera drzwi z napisem
„Tęsknota”. Sam utwór ma zresztą bardzo melancholiczny charakter, przynajmniej
w moim odczuciu.
„Wymiana
opowieści” to utworek o bujanym charakterze, który mnie osobiście przenosi w
towarzystwo, bujające się w lewo i prawo przy ognisku.
„Wu
wei” wprowadza w rzeczywistość przyciemnionego pokoju z tlącymi się kilkoma
świecami.
„Zmienia
niezmiennie” i „Jesteś spokojem” zajmują stanowiska kolejnych pozytywnych
brzmień, towarzyszy wędrówek i refleksji wszelakich.
„Widziałem”
brzmi, jak opowieść wygrywana z wyższych partii Tatr, z których (nie uwierzysz)
widać wszystko dużo lepiej, niż z centrum miasta.
„A
może być tak” znam dobrze z wcześniejszych kontaktów z utworami Aldarona. Ten
song pierwotnie był wykonany z tyskim raperem Miraho, ale tu przybiera zgoła
inny kształt. Cały ciężar utworu Aldaron wziął na siebie. Jego nawijka i stonowany,
melodyjny wokal tworzą całkiem udaną mieszankę, choć nieco szybsze tempo, niż w
pierwszej wersji z Miraho daje się odczuć nieraz w postaci szybko łapanego
oddechu J. Niemniej jednak jest to jeden z bodaj 6 utworów z
tej płyty, do których przekonałem się od razu. Rytm i melodia, która wycisza…
„Pytania”
poznałem chwilę przed bezpośrednim kontaktem z płytą i szczerze przyznaję, że
to również jeden z moich topowych utworów, które niejako „katuję”. I wcale tego
nie żałuję, bowiem miło jest słuchać melodyjnego początku i ognistego przejścia
do stylowej nawijanki.
Płyta
kończy się utworami „Wiatr jak wiał” oraz „Kołysanką”. Po kolejnym
energetycznym numerze dostajemy wyciszającą balladę, ale nie na tyle, by
pokładać się do snu J.
Teksty
tego albumu to temat na osobną rozprawę, a może nawet analizę i interpretację,
która może przybrać format książki. Myślę, że nawet taka interpretacja nie odda
w pełni tego, co można tam znaleźć… Aldaron pisze teksty wielowymiarowe, które
„na boku” można bardzo szeroko zreflektować. Każdy tekst nie jest do końca
odniesieniem się do jednego konkretnego tematu/tytułu, ale stanowi on niewielki
fundament do takowej refleksji. Ogólny kontekst to natura ludzka w dwóch
wymiarach: zabieganym i zniewolonym przez system, kapitał, korporację i wiele
innych podobnych tworów oraz tym, realizującym się w fakcie wyzwolenia,
umiłowaniu przyrody, natury i wędrówce, dzięki czemu patrzenie się na to
wszystko inne z boku powoduje lekki uśmiech. Aldaron bardzo lubi igrać ze
słowami i szykiem („czy lubisz już facebooka na facebook’u/czy masz już swego
munia na kuku?”), uciekać w filozofię („Wu Wei”) i wyliczać („Pytania”). Jak na
wędrowniczy status społeczny, gość jest bardzo oczytany, osłuchany i świadomy,
czego można uświadczyć zarówno na tej, jak i na pozostałych jego płytach.
Polecam
tą płytę wszystkim, którzy chcą się na moment zatrzymać i mentalnie wypocząć.
Polecam ją każdemu, kto wie, że życie to przeszłość i przyszłość, a teraźniejszość
istnieje tylko formalnie – tak naprawdę nie jest to nawet mrugnięcie oka.
Przeszłość to coś co się stało, dokonało, fakt. Natomiast przyszłość to
niewiadoma, coś domniemanego, niepewnego, przypuszczalnego. Bo przecież „może
być tak, że za parę lat przestanie istnieć świat, który myślisz, że znasz/ a
może być tak, że nie zmieni się nic i będziemy w tym trwać na jałowo gnić”(oj,
tak – nowa aranżacja tej nuty nie schodzi mi z głowy). Życie to fakty (rzeczy
przeszłe) naprzeciw przypuszczeniom(niepewnej przyszłości), pomiędzy którymi
jest ułamek sekundy, zwany momentem/Tu i Teraz. Nawet to można wykorzystać. Dlatego
czasem warto się zatrzymać i dać sobie chwilę „na przeczekanie”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
