niedziela, 29 kwietnia 2012

„Zniewoleni przez wolność” – czyli dobrze jest mieć „granice” wolności

Jakiś czas temu w ramach dygresji nasunąłem myśl o granicach wolności, o tym, że nawet w wolności powinniśmy się kierować zasadami i granicami. Bowiem przekraczając je lub zapominając o nich gubimy się i zapominamy, kim jesteśmy. Trudnym zadaniem byłoby rozszerzenie tego tematu zważywszy na to, że na wolność każdy ma inne spojrzenie i dla każdego jest ona sacrum bez granic. Tak długo na nią czekał jeden z drugim. Teraz można wszystko! Serio?
Zamiast rozszerzać ta kwestię i przedstawiać jakieś ścisłe spojrzenie, którego należy się trzymać, spróbuję, tak jak zwykle- podjąć się refleksji.
Wolność to brak przymusu, sytuacja, w której można dokonywać wyborów spośród wszystkich dostępnych opcji [1]. Postawmy obok tego spaczone pojęcie wolności, jako swobody robienia wszystkiego, na co ma się ochotę, określanej przez niedobry kościół krócej: jako swawolę [2]. Pojęcie wolności jest cholernie trudne. Jest co prawda jakaś ogólna definicja(wyjęta wprawdzie z wikipedii), ale dochodzi tu jeszcze wiele spojrzeń: filozofii, teologii, zwolenników Kartezjusza, Platona, Kanta, egzystencjalizmu i wielu innych. A gdy dodamy jeszcze do tego spojrzenie bądź definicję każdego z nas, to nie dość, że ubogacimy dotychczasowe spojrzenia w nowe słowa, to (niekiedy) doprowadzimy do tego, że zrobi się ogromny misz- masz w podejściu i rozumowaniu. A to tylko dlatego, że każdy z nas trzyma się swojego schematu, który jest częścią osobowości i ani myśli z niego zrezygnować, nawet, jeśli trwa w błędzie – jest w końcu wolnym człowiekiem, tak wybrał i zdecydował. Chwała tym, którzy się budzą…
Czasem też jest tak, że próbując być nowatorscy w określeniu wolności okazuje się, że przylegamy niechcący do jednego z przedstawionych stanowisk zaraz pod definicją wolności, ukazaną na wikipedii. Nie umiem powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, ale czy to jest tak ważne?
Ważne jest, by nie być „zniewolonym przez wolność”! Tak! W wolności można się zdrowo pogubić i w kolejnym etapie trafić do więzienia, z którego nie ma ucieczki! Ale przecież my o tym dobrze wiemy i oczywiście, jak zawsze „nie ma problema, wszystko pod kontrolą, ziom”. Oj, wątpię, ziom…
Napisałem w jednym ze swoich wierszy pt: My ten wers: „zniewoleni przez wolność”. Nie jest on nowatorski, jest cholernie prosty w swej wymowie i wciąż aktualny, a jednak dam sobie głowę uciąć, że ci, którzy kiedykolwiek będą czytać te słowa postarają się zapomnieć o nich jak najszybciej. Liczę na złośliwość innych, którzy będą o nich cały czas przypominać.
„Zniewolenie przez wolność” określiłbym jako brak dojrzałości społeczeństwa i jednostek, które po wyzwoleniu w 1989 roku zaczęły łapać, chwytać garściami co im się rzewnie podoba. Jak się potem okazało wiele z tych rzeczy to są kompletne śmieci albo coś, co sprawia, że się zatracamy i w końcu giniemy. W tej wolności poznaliśmy smak wszystkiego, co zaoferowało nam środowisko Zachodu, z którego czerpiemy silny wzorzec. A ja się pytam o metaforyczne sito, które rozumieć można jako umiejętność przesiewu nagarnianych rzeczy, co by dzięki niemu wycedzić to, co wyniszcza człowieczeństwo i życie. Sięgamy po „wszechmoc”, oferowaną nam przez środowisko bardziej rozwinięte… Ale czy nie robimy tego troszkę za wcześnie? A może lepiej by było, gdybyśmy w ogóle tego nie robili?
Myślę tu o aborcji, homoseksualizmie, eutanazji, używkach, epatowaniu seksem w muzyce, sztucznym zapłodnieniu i wielu innych(zaznaczam, że co do niektórych jeszcze nie mam uformowanego ostatecznego, osobistego stanowiska). No ale mamy czas wolności. To wszystko widzą dzieci, które potem w ramach wolności czerpią wzorce z tych postaw: małe dziewczynki zaczynają ubierać się wyzywająco, potem w wieku gimnazjalnym bawią się w „słoneczko”(powinniśmy wiedzieć, o co chodzi!), czego następstwem są aborcje. Tak! To tylko jeden mało znaczący przykład, nie wyjęty z czarnej dziury, ale będący interpretacją owego zniewolenia w moim wierszu przez koleżankę. Można by tu mówić i mówić i wyłaniać wiele innych podobnych, ale za mało jest na to miejsca.
Jest zatem wolność i pozorna wolność, która sprowadza się tak naprawdę do niewoli.  Są sprawy mylone z wolnością, a które są przypadłościami potrafiącymi wpędzić człowieka w zgubę[3]. Zgodnie z pewnymi zasadami i wartościami powinniśmy umieć sami się tu określić. Powinniśmy posiąść umiejętność powiedzenia sobie w pewnym momencie „stop – za daleko się zapędzam”. Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi kogoś z taką umiejętnością.
Mam na karku 25 lat, a mówię o rzeczach, o których przysługuje mówić znienawidzonym radykałom, biskupom, rodzicom albo babciom(nie mylić z „moherami”!). Korzystam z prawa do wolności i wcale nie czuję zniewolenia. Moja wolność, to poczucie harmonii, spokoju i walka o własne szczęście(dzisiaj zauważyłem, że w tym poczuciu ocieram się trochę o myślenie buddyjskie). Wierze, że nie popadnę w wymienione tu oraz inne pozory wolności, czy zniewolenia- szczególnie przez moje własne demony wcześniejszych lat, natury, osobowości, rzeczy, które sprawiały, że nie potrafiłem się podnieść samodzielnie…
Nie szukaj tutaj tezy oraz jej potwierdzenia na końcu. Po prostu przeczytaj i pomyśl…
Poniżej wiersz, o którym wspominałem w tekście:

My…

My…
Pomieszane języki
Rozmaite intencje…
Orzeł kiwa głową
A Bogurodzica płacze…

My…
Zniewoleni przez wolność
Niegdyś dla niej ginęliśmy
A teraz żal…
Szczęśliwi są głupcy
Albo szaleńcy…

My…
Szlachta, walcząca o honor,
Gdy się jej zachce…
Podnosimy bunt,
Gdy matka lizaka chce zabrać…

My…
Egoiści…
Łapserdaki i kanciarze…
Ufność ma problem
Z dostosowaniem się do nas…

My…
Patrioci i faszyści
Zdrajcy i wybawcy
Wymieszani, jak nikt…

My…
Polski naród…
(napisany w styczniu 2012 roku)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Prawdziwy męzczyzna

Prawdziwy mężczyzna spełnia wszystkie moje zachcianki
Prawdziwy mężczyzna nie boi się strzelić w pysk komuś, kto mi się nie podoba
Prawdziwy mężczyzna broni mnie, kiedy jestem obrażana w Biedronce
Prawdziwy mężczyzna musi być dobry w łóżku
Prawdziwy mężczyzna stawia sprawę jasno(w końcu dysponuje tylko jedną wajchą)
Prawdziwy mężczyzna daje mi dużo powodów do zadowolenia
Prawdziwy mężczyzna jest jak monarcha albo polski premier: jest elastyczny i potrafi dobrze wkręcać(byle nie mnie)
Prawdziwy mężczyzna zapieprza w pracy podczas gdy ja też zapieprzam(po sklepach)
Prawdziwy mężczyzna jest prawdziwy(być może wypowiedź blondynki)
Prawdziwy mężczyzna MA i MUSI, a nie MOŻE
Prawdziwy mężczyzna nie narzeka
Prawdziwemu mężczyźnie można na plecy wrzucić wszystko łącznie z kobitą, krzyczącą "wio"
Prawdziwy mężczyzna przebacza każdy skok w bok
Prawdziwy mężczyzna, prawdziwy mężczyzna...

Dziś prawdziwych mężczyzn już nie ma, są tylko jakieś czułe popierdółki, stawiające na delikatność, spokój, stabilność i godność. Pewnej grupie kobiet w wyniku efektu cieplarnianego albo rządów PO kompletnie wyparował mózg... Nobla i konia z rzędem temu, kto go odtworzy. Dziękuję, dobranoc.

czwartek, 19 kwietnia 2012

W drodze po spokój i trzeźwość myślenia. Przemysław „Hans” Frencel.




            Wielu z nas żyje od ponad półtora roku świetnym pod niemal każdym względem projektem muzycznym o nazwie Luxtorpeda. Przejawia się to w czytanych przeze mnie komentarzach do poszczególnych ich koncertów, zachętach koleżanek do wpadu na koncert czy w ogóle opowiadaniu o nich. Dzieje się to za sprawą Roberta „Litzy” Friedricha- ktoś powie. Przecież on jest na tyle medialny, by zwrócić na ten projekt uwagę ludzi. Albo na tyle charakterystyczny, że media(szczególnie te chrześcijańskie) bardziej do niego lgną, bo zawsze znajdzie dla nich chwilę czasu. Ale jest jeszcze jeden aspekt, na który, owszem- też zwraca się uwagę, ale uważam, że powinno się to robić przynajmniej na równi z tym pierwszym, dotyczącym Litzy..
            Chodzi mi o gościa, z którym Friedrich wszedł w nietypową spółkę, która przyniosła tak miażdżący efekt. Wszyscy wiemy, że początkowo miało być czterech jeźdźców Luxtorpedy, a po pewnym czasie praktycznie dotarł piąty, pochodzący z zupełnie innego świata. Innego? A może raczej alternatywnego, zmierzającego do tego samego, tylko troszkę inną drogą. Gość ten wygląda na spokojnego i wyciszonego, choć kiedyś w jego tekstach nie było takiego spokoju i ciszy. Jest świetnym obserwatorem, dobrym satyrem, naprawdę często trafiającym w sedno i umiejącym wszystko perfekcyjnie ułożyć w słowa.
            Dobrze znam skład 52 Dębiec, tak samo jak wiele innych, pochodzących z Wielkopolski- ojczyzny dobrego hip hopu. W latach 2004- 2006, kiedy byłem w liceum usłyszałem ich numer „Konfrontacje”, non stop recytowany potem przez kolegę z klasy. Mimowolnie zapadł mi w pamięć. Nie rozpalił on miłości do hip hopu, bo takowej nigdy nie było(wiekszy sentyment mam do ciężkiego rocka), ale sprawił, że zacząłem szukać innych podobnych. Dotarłem w ten sposób między innymi do Pei, Slums Attack, Kartela, Ascetoholix, Owala, Emcedwa oraz 52 Dębiec.
Przez pewien czas z wyżej wymienionych wałkowałem praktycznie tylko Peję, ale jak to mawiają lekarze- co za dużo, to niezdrowo. O Przemku Frenclu i 52 Dębiec przypomniałem sobie w typowych dla słuchaczy Luxów okolicznościach, czyli w momencie, gdy na youtubie pojawił się pierwszy singiel zespołu „Niezalogowany” już z Hansem na pokładzie. Opadła mi szczęka, bo początkowo gościa nie poznałem: broda, włosy dłuższe. Co jest, pytam się? Od razu zacząłem dokonywać retrospekcji, poszukując wcześniejszych wydarzeń, czyli jak, gdzie, kiedy i co? Czasem mam wrażenie, że robię to stosunkowo intensywnie po dzień dzisiejszy. Dotarłem do ogromu wywiadów, filmików na youtubie z komentarzami ludzi i innego rodzaju źródeł wiedzy, wracając jeszcze do starych utworów Pięć Dwa. O ile kiedyś część tych tekstów, jak i flow Hansa wprawiały mnie w dobry humor, zahaczający o ekstazę, tak teraz spoglądam na nie z zupełnie innej perspektywy.
Dziś po zebraniu wystarczającej ilości materiału w oparciu o kilka artykułów i wywiadów jestem w stanie napisać refleksję, która krążyła mi po głowie już od jakiegoś czasu.
Zarówno Hans jak i Litza są dowodami na moje przekonania o tym, że człowiek zmienia pod wpływem rozmaitych bodźców swoje myślenie oraz na to, że kto podlega przemianom, rozwojowi, nie zamykając się w jednym nurcie ma o wiele większy bagaż doświadczeń, niż ten, kto wykazuje jakąś stałość. Nie odbieram tu niczego Litzy, który takim stabilnym człowiekiem według mnie jest(odczułem do osobiście, gdy kiedyś spotkałem się z jego spojrzeniem we Wrocławiu na placu Dominikańskim J). Chcę tylko podkreślić, że chęć wprowadzania zmian(co czyni Hans) można porównać do podążania długim korytarzem i otwierania każdych drzwi, za którymi zawsze będzie coś, co warto zabrać do wykorzystania. To droga do pewnego punktu. Do tych drzwi, które otworzymy i odczujemy, że czas już się zatrzymać i nie trzeba iść dalej, że osiągnąłem wszystko, co było możliwe. Można to też rozstrzygać w kategoriach poszukiwania ostatecznego spokoju i harmonii: kryją się one zazwyczaj za ostatnimi drzwiami. Znajdą się też tacy, którzy wcisną się tu z aspektem, dotyczącym poszukiwania Boga, ale tutaj nie będzie na to miejsca. Zatem co można powiedzieć jednym zdaniem: Hans się zmienił? Myślę, że tak. Wierzę w jego wypowiedzi, udzielane w wywiadach dotyczące jego podejścia do zespołu, tego, jak się tam czuje i jak odbiera inne od niego środowisko.
Swoje najstarsze poczynania tłumaczy: „Moim założeniem było skupienie się na negatywnych aspektach życia, negatywnych emocjach, wiszącej w powietrzu złości. Po części ja też byłem wtedy zbuntowany, zły na świat” [1]. Przemo był wtedy chyba niewiele młodszy ode mnie. Tak jakby ten wiek 20- 24 lat nacechowany był jakąś złością, która samodzielnie, o własnych siłach się przytarabaniła. Patrząc jednak na teksty Hansa z albumu P-Ń VI ta złość miała swój podkład: jej adresatami byli cwaniaki(„Konfrontacje”), patologie społeczne („Siła”), kłamcy i manipulanci(„Pies”). Ujście swoje znajdowała tutaj też kpina, bezczelność, i satyra(„To my , Polacy” i „Powiem”). Na podstawie kilku wersów w tych dwóch utworach stwierdzono, że Hans jest przeciwny Kościołowi, antyklerykalny, co potem w słowach sam przyznał. Ja tylko dziwię się mentalności ludzi, którzy przypięli mu łatkę antyklerykała, „przestępcy z Dębca”, „psa bez pana” na podstawie słów tekstów a nie całokształtu osobowości. Wykluczam fanatyków, dla których antyklerykalizm, sprzeciw Kościołowi tożsamy jest niewierze w Boga(„Hans katolik”- przeczytałem kiedyś pod nagraniem koncertu z Woodstocku. Na pewno?). Takowym przyda się pewne rozróżnienie.
Łatka wściekłego psa z Dębca przylgnęła solidnie: kiedy w 2007 roku Hansa zaproszono na koncert promujący poznańskie zawodówki, "Gazeta Wyborcza" przypomniała tekst utworu "Policyjne", w którym pojawia się hasło "mamy tradycję j.. policję". Nikogo nie obchodził fakt, że w tym czasie Hans wyrósł już z takich tekstów[2]. Bo to prawda- wyrósł. Dziś ma 30 lat i z pewnością nie wróci do tego, co było. Pewne jego przekonania uległy jednak drobnej modyfikacji. Jak sam stwierdził: „W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że w zasadzie nie różnię się niczym od Tadeusza Rydzyka i skrajnych katolików, bo sam jestem równie skrajnym antyklerykałem. Zacząłem to wypośrodkowywać, nie chciałem dać się zaślepić przez jedną ideę i jedną gazetę, która mi napisze "jak jest naprawdę”” [3]. „Nie zmieniłem poglądów na temat wielkich zorganizowanych religii: to zawsze była i jest wielka władza, kasa i polityka. Nie chcę w tym uczestniczyć, ale nie chcę oceniać ludzi w zły sposób, bo łapałem się na złym podejściu do człowieka tylko dlatego, że chodzi do kościoła. Dziś jestem bardziej racjonalistą niż fanatykiem[4] – mówi w innym miejscu. Poza tym Hans wspomina w wywiadach o innych kwestiach, wpływających na jego osobowość w tamtym czasie: o osamotnieniu, marnych warunkach do życia, nagrywaniu płyty z Deep’em w latach 2006/2007 i o zniszczeniu części nagranego materiału. Być może próbował się odnaleźć, na nowo określić a przede wszystkim odciąć od niechlubnej przeszłości, w której jego gniew i chamstwo z nim związane przejawiały się w postaci „półmetrowego ch…, wchodzącego w d… policjantom”. Czasem się zastanawiam, czy nie traktuje on o tym w kawałku, wykonanym wespół z The Old Ciemna „Rise Up”. Rapuje tam: „Mam fobie/Skonfliktowany sam ze sobą w sobie/A to dobre/ Niezrozumiany ciągle/Więc sam ze sobą toczę wojnę o mnie/Idąc swą drogą/Czasem, jak zombie nieprzytomnie”. Gdy pierwszy raz dwa miesiące temu odsłuchałem ten utwór, miałem wrażenie, że do drugiej lub trzeciej minuty jest on o mnie. To było niesamowite… Spojrzenie w siebie na podstawie takiego, jak i wielu innych podobnych tekstów…
Stwierdzam, że Hans przeżył właśnie taki Rise Up, otrzymując kupę nowej energii od Litzy, Kmiety, Drężmaka i Krzyżyka, z którymi doskonale się zgrał, choć panowie mają tak różne mentalności. Poza tym wierzę, że udało mu się przede wszystkim odświeżyć swoje życie, okiełznać wewnętrznego rozbójnika i przekształcić go w spokojnego mówcę(to akurat mu się udało). Powiedziałbym, że jest to przywilejem, a może raczej obowiązkiem tego wieku, by wejść w ten etap. A może to jest związane z osobowością i tolerancją Litzy, który wcześniej pewnie słyszał o Hansie, ale teraz dopiero miał okazję go tak naprawdę poznać, i to od tej konkretnej strony. Albo rzeczywiście okazało się, że ci dwaj panowie myślą o tym samym, tylko innym sposobem i trzeba było spotkania, by te myśli znalazły swoje ujście. Sam Hans wszedł ze swoimi tekstami z przesadnej prostoty w zupełnie nowy wymiar, w którym jest ogrom miejsca dla słuchacza i na pewno nie będzie tego stosował wyłącznie w Luxtorpedzie. To wymiar natury bardziej duchowej, co przejawia się w dzisiejszych jego tekstach pokroju „Dopóki jestem” albo „Wierzyć”(w wykonaniu z OffReason) oraz w sporej części piosenek Luxów. I zaznaczam: nie wierzę, by pobożność Litzy i siłą rzeczy poszanowanie(na zasadzie: wszedłeś do czyjegoś domu, to zachowuj zwyczaje gospodarza) dla niej stanowiły tu jakąkolwiek granicę. Hans ma pełną swobodę i pisze tak, jak chce na dzisiejszy czas. W końcu dojrzał i wkroczył na drogę do osiągnięcia harmonii i spokoju, na której, jak wspominał „ma zamiar się potykać”. Bowiem człowiek zawsze myśli wtedy, gdy napotyka trudności… Coś w tym jest.
Nie ma co kończyć jakimś specjalnym moralizatorstwem, ale zwykłymi życzeniami. Jednym z nich mogłoby być to, by Hans „biegł jeszcze, walczył wściekle, dopóki jest”, między innymi o odcięcie się od przeszłości, by się już nigdy nie odwracał, a tamten okres traktował z przymrużeniem oka. By trzymał się swoich słów i nie zamykał się na ludzi ani środowiska. Znajdą się tacy, którzy będą życzyć mu odnalezienia Boga w życiu, ale byłby to paradoks na tle piosenek takich, jak „Dopóki Jestem”(„Na kolana padam tylko przed Bogiem, Więc nie licz, że klęknę na glebę przy tobie”). Bo nie można robić guru z drugiego człowieka, nieważne, czy jest kapłanem, biznesmenem, czy kimkolwiek. Podobnież ten człowiek nie może aplikować aby takim guru zostać. Litza w końcu powiedział, że też nie kłania się kapłanowi, ale razem z nim przed ołtarzem oddają cześć Bogu.
Życzę też Hansowi(i po części sobie), by potykając się szukał odpowiedzi na niuanse i niejasności, których jest tak dużo. Niech te odpowiedzi będą klockami, z których buduje się doświadczenie. A wszystko po to, by w końcu bezapelacyjnie uspokoić i poukładać rozchełstane życie… Trzymaj się, Hans.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Troszkę z boku. Nędza księdza i uszy duszy.



„W białych wszyscy. Machajcie rękami, tak, żeby się wzbić w powietrze. Ale tak, żeby się wzbić!(…) Widzieliście tych w białym. Żaden się nie wzbił. Czyli co? Czyli aniołów wśród nas też nie ma.” – mawiał Jerzy Kryszak podczas kabaretowego występu w Opolu bodaj w 2007 roku. Zdanie wypowiedziane jako akcent satyryczny, ale gdyby człowiekowi zależało, to spokojnie mógłby się tu rozmienić na drobne, między innymi w kontekście tematu, który tu chcę poruszyć.
„Nędza księdza”, jako część tytułu może brzmieć nieco ironicznie, szczególnie, gdy mówi się dzisiaj o tak powszechnej laicyzacji i, niestety towarzyszącym jej grzeszności, materialnemu podejściu i opieszałości niektórych duchownych(w świetle których oceniamy jak zawsze ogół- bo komu się chce szukać dobra z nadzieją i cierpliwością). Natomiast druga część tytułu: „uszy duszy” brzmi nieco dziwnie(może nawet jest to stwierdzenie osobiste, jak dla mnie). Chciałem po prostu nadać jakąś metaforę sumieniu(nie tylko swojemu), wychowanemu na podstawowych wartościach oraz wynoszącemu wiele z doświadczeń. Sumieniu, które staje w konfrontacji z takim stanem rzeczy. Potraktowałbym więc ten tekst, jako refleksję…
Naczelna idea, która mną kieruje w chwili pisania tych słów, to stwierdzenie Benedykta XVI, traktujące o grzechu w Kościele(z dużej litery oznaczam bliższą mi wspólnotę, a z małej nie liczącą się dla mnie prawie wcale instytucję): „W Kościele jest grzech”. My o tym doskonale wiemy, mamy tego świadomość(i nic nie robimy)… Dobra, ale czy na pewno? Powiedziałbym więcej: grzech, zagubienie, zamęt, do których tak ciężko się przyznać(ujma na honorze?). Ale Kościół to my wszyscy, ci którzy wierzą w Boga. Ci, którzy nie wierzą, a stać ich na dobro to troszkę inna „firma”(co nie oznacza, że mamy ich oddzielać od siebie). I jedni i drudzy są ludźmi. „Tylko” albo „aż” ludźmi…
Pasterz Kościoła- Chrystus jest obecny cały czas i o swojej obecności informuje nas poprzez Słowo Boże, Eucharystię, miłość oraz kapłanów, których się dzisiaj z reguły nienawidzi. Być może słusznie, bo jak się okazało- to też są tylko ludzie… Tak, jakby wcześniej w każdym z nich(niezależnie od jego osobowości) upatrywało się Boga. Jaki kapłan, taki Bóg? Nieprawda.
A jednak w moim odczuciu wielu przez takie postrzeganie odwróciło się od Boga. Swego czasu miałem zdanie, że kapłan jest reprezentantem Chrystusa na Ziemi. Reprezentantem. Wydźwięk może i trochę idealistyczny, ale nie poradzę, że takie wtedy było moje stanowisko i wielu innych. Naturalną rzeczą jest podważenie tego idealizmu, kiedy spotykamy się z osobą kapłana pedofila, dwulicowca, materialisty, przesadnie ambitnego… „Mam dość! Tu nie ma Boga, w takim Kościele nie chcę żyć”… Zatem opuszczam Kościół i opuszczam Boga, to wszystko zawiodło moje oczekiwania…
Bo zamiast sandałów jest do dyspozycji rażący oczy mercedes z szoferem(przecież sam mogę się nauczyć kierować autem! I to dużo skromniejszym). Bo zamiast skromności i prostoty budowli jest przepych i kombinatorstwo… Bo zamiast Słowa Bożego czasem mamy delikatne podteksty, uderzające w politykę. Nie jest tak? Bo zamiast godnego reprezentanta mamy gościa, któremu „się zdarzyło” molestować paru ministrantów. Z kapłana, reprezentanta Chrystusa na Ziemi stałem się człowiekiem, ale w bardziej gorzkim sensie- kierują mną popędy, cele, pociągi i ambicje, zamiast wartości. „Nie o taki Kościół żeśma walczyly”- pozwolę sobie na ironiczną parafrazę.
„Przepraszam za kapłanów”- usłyszałem kiedyś po spowiedzi u znajomego kapucyna(dzielę się tu jednocześnie tym, że środowisko zakonne jest mi dużo bliższe, niż zwykły diecezjalny kler). Resztę mogłem sobie dopisać sam… Przepraszam za tych wszystkich, którzy są teraz… Tak jakby we wcześniejszych latach ich podejście było inne. I tu kolejna moja obserwacja(do zweryfikowania z kimś spokojnym, nie-radykalnym, nie-krytykującym): schyłek komuny i czas Jana Pawła II to był wg. mnie okres tzw. „właściwych ludzi na właściwym miejscu”. Nie słyszało się tak nagminnie o przypadkach rażących(chociaż się już chyba przyzwyczailiśmy) nas na co dzień. Poza tym ludzie odczuwając ucisk szli do kościoła z nadzieją i tą nadzieję otrzymywali. Wydaje mi się, że Kościół(jako wspólnota i instytucja) wespół z ludźmi miał wtedy o co walczyć- o wolność, czyniąc to jednak z pokorą. Zdobyte. Zatem czas osiąść na laurach? Wydaje mi się, że nie.
A może teraz też toczy się walka kościoła o wolność? Dodam, że moje pytanie oznacza osobistą wątpliwość… Nie krytykuj tego, kto wątpi, tylko pomóż mu znaleźć odpowiedź.
Nędza księdza nie polega tu biedzie, cierpieniu, życiu w ubóstwie itp. Ile ludzi, tyle zachowań i sposobów życia. Chwała tym, którzy znają granice i zachowują skromność, postawę, nie są sztuczni, dwulicowi ani specjalnie wymagający od innych. Chwała tym, którzy proponują i zapraszają, a nie zmuszają do czegokolwiek. Chwała tym, którzy są świadectwem. A reszta niech uważa- anty-świadectwa tak łatwo jest wyłapać i nic się nie ukryje. „Na kolana padam tylko przed Bogiem, więc nie licz, że klęknę na glebę przed tobą(Przemysław „Hans” Frencel)”.
Nędzarzami wśród kapłanów są zatem ci, którzy reprezentują takie anty-świadectwa: ponad wartości honorują dobre życie, są sztuczni, pogubieni, prowadzą wystawne życie, dopuszczają się wielu innych czynów, nie mających granic, którzy na tle wymienionych zatracili człowieczeństwo.  
Powtórzę jeszcze raz cytowane dużo wcześniej słowa Benedykta XVI: „W Kościele jest grzech”.
A teraz coś dla tych radykałów, którzy za to, co napisałem wyżej gotowi mnie postawić pod mur i zlinczować przed odstrzałem.
Nie jest nowiną, że my też nie jesteśmy aniołami! Mówi się o tym wielokrotnie, ale czy to dociera? Z mojej obserwacji wynika, że częściowo… Wniosek z tego, że uszom naszych sumień przyda się wizyta u laryngologa!
Człowiek, który bardziej walczy o sprawy wyższe, niż doczesne jest rzadkością, a wiadomo, że rzadkie gatunki wymierają, jeśli nie pomoże im się przeżyć. Mamy pretensje dzisiaj do kleru, że bardziej kłóci się o Fundusz Kościelny niż o Słowo Boże, czyniąc tu rozmaite przykrywki. A ja się pytam o nas- zwykłych, nie przynależących do stanu duchownego. Jacy my jesteśmy? Albo, że pedofilia na potęgę, spojrzenie tylko na pieniądz, zero poszanowania dla człowieka i wiele innych… A jacy my jesteśmy, pytam po raz kolejny? Czy mam przypomnieć sytuację z ewangelii, dotyczącą jawnogrzesznicy??? „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”(J 8.7).
Po pierwsze, nim zaczniemy oceniać i zwracać uwagę na bolesne minusy środowiska, które ma nas prowadzić do Boga, to popatrzmy na siebie. Zamiast zrażać się na punkcie pojedynczych przypadków cieszmy się, bo to są lustra naszych postępowań. Dzięki nim powinniśmy wiedzieć, co robić, by nie postępować podobnie. Po drugie: szukajmy! Jest tendencja, by odsuwać się od tego świata, bo „w mojej parafii dzieje się takie coś, co mi się nie podoba”(niestety ja też tak uważam). Jedna jest tylko parafia? Pięciu jest tylko księży(dedykuję te pytania także sobie)? Mamy prawo do poszukiwań- wykorzystajmy je. Jeśli jedno środowisko drażni ruszajmy w drogę z nadzieją, że gdzieś tam indziej jest chociaż jeden człowiek, który nie tyle odpowiada naszym wymaganiom, co emanuje z siebie ten właśnie rodzaj dobrej energii, który w dalszym etapie wskazuje na Boga. Bynajmniej ja w coś takiego wierzę. Po trzecie: sami bądźmy świadectwem. Mając wyżej wspomniane przeze mnie lustro postępowań powinniśmy wiedzieć, jacy sami mamy być. I to nie jest kwestia wyboru, ale pewnych zasad i granic, obowiązujących każdego, nawet starającego się o wolność. Owe zasady i granice, istniejące od dawien dawna określają człowieczeństwo, a przekraczając je stajemy się innym gatunkiem. Spróbuję to może kiedyś bardziej doprecyzować, tudzież ukształtować, bo pełno tu jeszcze niejasności ;) ). Po czwarte(dotyczące wszystkich): przyznajmy się, jakiego narobiliśmy bałaganu. Przyznajmy się do siebie i do swych słabości.
Niech odezwą się nożyce i zacznie się krytyka, że Szaman postradał zmysły albo próbuje pokazać, że jest nie wiadomo kim. A prawda jest taka, że Szaman dzieli się przemyśleniami, które kształtują się od lat i kształtują nadal. Szaman próbuje zaproponować pewien ratunek zarówno sobie jak i tym, którzy spojrzą na te słowa i coś sobie uświadomią albo przypomną. Szaman próbuje przypomnieć ewangelię, której się nie wykorzystuje do różnych, sobie właściwych celów, a która ma określać(a dla bardziej wymagających: chociaż przyczynić się do określenia) nas samych.
Nie sądzę, by z mojej strony był sens przedstawiania osobistego świadectwa, bowiem to można minimum po części wyczytać z tekstu. Podobnie nie widzę potrzeby przedstawiania mojego ideału kapłana, choć szczerze- chciałbym to zrobić. Wstrzymam się jednak i zachowam to dla siebie.
Zakończę krótko: warto się pomodlić za kapłanów diecezjalnych, by z nędzarzy stali się „bogaci” w prawdziwe i ludzkie wartości, nacechowane też słowami Jezusa oraz za nas byśmy uczynili podobnie. W końcu nie tylko nędza jest księdza i nie tylko do laryngologa uszy naszej duszy…

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Nie być Judaszem...

Przeminęła Wielkanoc. Kolejny rok, w którym prawie w ogóle nie odczuwam tego czasu, pomijając te krótkie momenty, w których spotkałem się z ludźmi z dawna nie widzianymi i rozprawiałem z nimi o zwykłych, życiowych sprawach. Przewinęło się przez ten czas sporo życzeń. Wiele z nich zainicjowałem sam, wiele przyszło tak po prostu, ale nie potrafiłem na nie konstruktywnie odpowiedzieć lub nie chciałem, za co przepraszam(pomijam tutaj moją osobistą awersję do wierszowanych gotowców z internetu). Nie wiem, czemu  tak się dzieje :(.
Udało mi się jedynie w piątek uczestniczyć w liturgii wielkopiątkowej. Oczywiście udało się jakoś w miarę skupić, ale nie uniknąłem mimowolnego zarejestrowania paru żenujących momentów w wykonaniu zarówno coniektórych księży, jak i kolegów z LSO. To okazało się niewiele warte w zestawieniu z homilią księdza Krystiana, która choć długa(trwała jakieś 30 minut), to zostawiła trwały ślad...
W niedzielę "ni z gruchy ni z pietruchy" przypomniał mi się po wielu latach stary film z 1961 roku pt: "Król Królów". I na 100% twierdzę, że dobrze zrobiłem, odświeżając sobie jego treść, szczególnie skupiając się na postaci Judasza, granego przez Ripa Torna. Naszły mnie tu pewne luźne, może nieco niespójne i niekoniecznie akceptowane przez was refleksje...
Judasz stał się niechcący dla mnie królem tego filmu, być może przez jego skromny opis w narracji, prowadzonej przez Orsona Wellesa. Koncentruję się tu na jego pewnego rodzaju rozdarciu wewnętrznym, które zostało tu wspaniale pokazane. Największa i wyniszczająca walka toczy się wewnątrz tego człowieka, który idąc za Jezusem współpracował jednocześnie z drugim frontem- żydowskimi powstańcami pod wodzą Barabasza(żeby nie było, odnoszę się do filmu). Rozdarcie, konflikt pomiędzy dalszymi próbami rozwiązania sprawy za pomocą miecza, czy poprzez Słowo Miłości, które propagował Chrystus. Można by zasugerować, że ten człowiek podjął próbę połączenia tych dwóch radykalnych sposobów, ale, jak się okazało, nie jest to możliwe. Trzeba dokonać wyboru, jedno z tych dwóch poświęcić.
Wiemy, jakiego "wyboru" dokonał Judasz i jaki to przyniosło rezultat. Nawet po wydaniu Jezusa czuł, oprócz goryczy swego postępowania to charakterystyczne rozdarcie, niejasność, niepewność, która zaprowadziła go "ze sznurem na drzewo". Chciałoby się powiedzieć, że był on jednym z pierwszych samobójców, tych, którzy chcąc zakończyć wewnętrzny konflikt lub wstyd i żal z powodu jakiejś tragedii, czy złego wyboru odbierają sobie życie, jako, że jest najłatwiejszy sposób na ulżenie temu cierpieniu. Nie sposób jednak uniknąć myśli, że to wszystko działo się i dzieje nadal za przyzwoleniem Bożym...
I czasem tak jest, że nie mogąc znaleźć recepty na poukładanie niespójnych wartości i naprawę postępowania, odbieramy sobie życie. I czasem tak jest, że w konflikcie dwóch radykalnych postaw wybieramy jedną, która pozornie daje spokój(chociaż, kto to wie...). Chyba każdy z nas w jakimś stopniu jest Judaszem...
Czy Bóg wybrał Judasza wyłącznie po to, by towarzyszył, a potem zdradził Jezusa?
Czy może zostawił nam przykład tego, że na potęgę może być szargane konfliktami ludzkie wnętrze(jest mi to w pewnym stopniu bliskie)?
A może chce nam powiedzieć, że większe jest światło tych, którzy największe walki toczą wewnątrz siebie, niż tych skonkretyzowanych i spokojnych? Bo przecież ci, którzy walczą, zabiegają o coś, szukają, czasem dopuszczając się nieprzemyślanych decyzji...
I zostają tymi złymi, jak Judasz, ale to jest w każdym z nas. Taka CHWIEJNOŚĆ, która prowadzi w różne, często niechciane rejony...
Nie będę nikomu składał żadnych życzeń, bo wielu z was już to dawno zrobiłem. Po cichu jednak liczę, że każdemu udało się coś z tych świąt wyjąć(co roku pojawia się zawsze jakaś nowa myśl, dla każdego inna)... Oprócz corocznego uświadamiania sobie prawdy zmartwychwstania jednym ze standardowych haseł w stylu "Chrystus zmartwychwstał, Prawdziwie powstał"(wypowiadanym w kościołach częściej żałobnym barytonem, zamiast radosnym sopranem).
Osobiście sądzę, na podstawie przemyśleń podczas filmu, że postać Judasza ma ogromne znaczenie. Wskazuje, że sens rozdarcia zawsze sprowadza się do poszukiwania rozwiązania, tudzież do dokonania wyboru, choć czasem nietrafnego. Potwierdza, że są jeszcze ludzie, którzy trwając w rozdarciu nie otrzymują pomocy, zostają sami i koniec końców sami znajdują dla siebie "lekarstwo". Pod różnymi postaciami przychodzi do nich zmartwychwstały Chrystus, czasem Jego obecność jest ledwo odczuwalna, a przynosi efekty. Potem resztę człowiek dopracowuje sam. Zawierzenie w zamian za STABILNOŚĆ...
A jeśli zawierzenie się źle kojarzy, warto znaleźć w sobie iskrę i kierować się dobrem... To też przynosi spokój.
A to wszystko wyłącznie dlatego, by nie być Judaszem...

niedziela, 1 kwietnia 2012

Dance Macabre

Dance macabre

 


Idę przez ciemną pustynię,
Która nigdy się nie skończy.
Głosy,
Które w głowie słyszę
Mówią:
„Niepotrzebny,
Łajdak,
Niszczyciel,
Niegodny serca mego”
Złamany,
Słowami, które gnębią duszę
Zagłębiam się w mrok,
Który bierze mnie w ramiona.
Mrok się uśmiechnął:
„Samotniku, ja twój brat,
Pójdź za mną,
Zatańcz.”
Niech swą twarz ukaże,
Niech wiem, z kim mam do czynienia,
Nim najdzie mnie chęć tańczenia.
Poczułem ręce zimne,
Tak zimne, jak lód.
Zajaśniała ciemna pustynia
Zapłonął ogień piekielny.
Na jego tle
Ja i Czerń.
Czarny Pielgrzym, Mrok Przepiękny.
Wirujemy razem w uniesieniu,
Cieszymy się sobą,
Choć chłód mą duszę przejmuje
Mrok oczarowuje,
Prowadzi,
Rytm nadaje,
W tańcu z nim nie ustaję.
„Kim jesteś?”
„Tyś kopany
Łajdak,
Niegodny serc,
Ja twym bratem być chcę.”
Głos jego przejmujący.
„Bądź mi ufający.
Chodź do mnie,
Tam nikt cię nie skrzywdzi.
Będziemy tańczyć wieki całe.
Serce twoje małe
Nie pojmie ogromu miłości mej,
Podążyć za mną chciej.
Śmierć miłuje każdego.”
„Twarz ukaż.
Niech twe oblicze
Stanie się jasne!”
Ogień piekielny płonie mocniej.
Głos wnętrza
Pozostawiony
Na pustyni mówi mi:
„Uciekaj, nie tak masz odejść!”
Ale nogi me sztywne,
Bezruch zupełny
I twarz bez oczu
I zębów przede mną.
„To ty?”
„Śmierć miłuje każdego,
Tańcz, baw się ze mną!”
Czuję, jak ona
Serce me wyjmuje,
By je w dłoni rozgnieść.
Czy zostać z nią na zawsze?
Czy tańczyć przez wieki?
Czego chcesz Śmierci ode mnie?
Wyciągnij teraz rękę, Panie z nieba.
Teraz tylko Ciebie tu trzeba.
Śmierć pozostaje
W ciemnej pustyni.
Płacze.
Czy wrócić mam?
Jeszcze cię, Śmierci spotkam.
Jeszcze zatańczymy.
Mam tu jeszcze coś do zrobienia.
Kosiarzu,
Śmierci, do zobaczenia.

 

 

(styczeń 2006)

 

Nota autora:

Utwór datuję na 2006 rok. Mówi się, że dla osiemnastolatków jest to silnie depresyjny czas- nie potrafię powiedzieć, z czego wynika. Nie potrafię też do końca wskazać konkretnej intencji, którą się kierowałem, pisząc ten utwór. Było ich troszkę... Zagubienie? Zniechęcenie do życia? Zawiedzione emocje? Brak cierpliwości w poszukiwaniu? A może wyłącznie chęć dobicia się, gdy tyle "nieistotnych spraw" pojawia się w momencie, gdy kończysz liceum i nie wiesz, co masz zrobić z tyłkiem...?  Nigdy nie byłem w stu procentach stabilny i nie myślałem trzeźwo... Ale jak mówi treść utworu- taniec ze śmiercią jest nieunikniony. 

Ale nie umrze szybko ten, kto postawi przed sobą do zrealizowania cel, jakikolwiek by on nie był. Nie umrze szybko ten, kto nie zrealizował wszystkich swoich marzeń. Patrząc się w treść po tych kilku latach stwierdzam jedno: wierzę jeszcze, że starczy mi sił, by w ciągu życia ten cel zrealizować, by czuć się w życiu naprawdę potrzebnym, kochanym, a przy tym nie być cynicznym i aroganckim łajdakiem, niszczącym inne serca. To jest trudne zadanie i czasem coś trzeba poświęcić, nieraz wypłakać kilkadziesiąt nocy z powodu straty(albo i więcej- zależy od człowieka)... Marzę przede wszystkim o jakiejś wewnętrznej harmonii, która zagwarantowałaby mi stabilność. Być może dzięki temu z większym zapałem ułożyłbym sobie resztę spraw.

Jeszcze tylko gdybym umiał, tak, jak w tym utworze (i w okresie, w którym go pisałem) krzyczeć wewnętrznym głosem "Wyciągnij teraz rękę, Panie z nieba", bo dziś, nie wiedzieć czemu zaprzestałem tego krzyku... 

Po spełnieniu tych warunków i być może jeszcze kilku innych, jakie się w międzyczasie pojawią będę mógł powiedzieć: "To by było na tyle... Czas na relaks... Kosiarzu, zapraszam do tańca...".