(1)
Zamykają nas do więzień za to, że mówimy co myślimy. Słuszne to i prawe z ich strony. Bo często nie myślimy, co mówimy.
(2)
W moralny klincz wpędza sytuacja, w której mam okazać szacunek kobiecie, nie mającej szacunku do samej siebie.
(3)
Cobain, Jackson, Rysiek Riedel, Magik... Emocjonalne podejście do tych postaci traktuję osobno. Chociaż... Nigdy nie było ono jakieś wyjątkowe. Od strony rozumu zawsze zastanawiał mnie ogólny trend w postaci kultu. Kultu ludzi, tacy, jak oni, którzy sukcesywnie niszczyli sobie życie albo nie potrafili się do niego przystosować. A w międzyczasie stworzyli coś, co zostało zapamiętane i przekazywane przez kilka pokoleń. Oczywiście, składa się na to całe mnóstwo przyczyn, dla każdego z nich odrębnych, ale nie zmienia to faktu. Niektórzy, uległszy fanatyzmowi, żyją niemal identycznie, jak te postaci. Ciekawy to paradoks. Dla mnie niepojęty.
(4)
Jak łatwo można szachować słowem WOLNOŚĆ. Każdy człowiek, każda grupa, kasta społeczna, definiuje ją inaczej i uzurpuje sobie do niej prawo, rzadko kiedy licząc się z innymi. Jak łatwo można manipulować tym słowem i wartością, podczepiać ją tam, gdzie nie powinno to mieć miejsca, a zabierać stamtąd, gdzie ona ewidentnie przysługuje. Jak łatwo pod tym słowem można ukryć zbrodnię, odbieranie komuś godności... I przekonywać, że przecież ma się prawo i wolność. Mistrzostwo w przekręcaniu wartości i rozsiewaniu zamętu. Mistrzostwo.
(5)
Na każdego kapłana, który popełnia jakąkolwiek formę zła lub dopuszcza się pewnych nadużyć przypada przynajmniej jeden, który wykonuje swoją pracę z zaangażowaniem i podejściem co najmniej właściwym, wykazujący się pewnym balansem, będąc jednocześnie sobą. I czasem mam wrażenie, że gdyby nie apele, że obok zła jest też dobro, to tacy ludzie byliby niezauważeni. Zło lubi się dziś wysuwać na pierwszy plan, lubi być widoczne. Jest fenomenalnym strategiem i specem od antyreklamy, promując tylko negatywne oblicze rzeczywistości lub osoby. Pomaga mu w tym powtarzalność błędów, popełnianych czynów o charakterze negatywnym oraz fakt, że niektórym jest to na rękę. Niestety też pomocą jest to, że niektórzy obserwatorzy, widząc tą powtarzalność, zdają się zniechęcić na tyle, że nie dociera do nich żaden inny obraz, choćby nie wiem co. Albo podświadomie chcą widzieć tylko te złe aspekty, totalnie wykluczając dobre. A przecież kapłani to tylko i zarazem aż... ludzie. Jak my...
(6)
Samotność. Pragnienie, gdy zbyt duszno. Znienawidzona, gdy za dużo ciszy i pustki.
(7)
O komunie mówi się albo tylko dobrze albo wyłącznie źle albo wcale. Przeważają dwie ostatnie opcje. Za dobre, często obiektywne wypowiedzi, nie nacechowane zero-jedynkowym spojrzeniem, można zostać skazanym na ostracyzm. Ja już raz taki ostracyzm przeżyłem, gdy filozoficznie stwierdziłem (bo kto filozofii zabroni), że byłby to dobry w stuprocentach system, gdyby pozbyć się z niego kilku absurdalnych i ewidentnie niewłaściwych rzeczy. Gdyby na miejscu ludzi tamtych czasów byli inni, jeszcze bardziej pro-ludzcy i normalni. Gdyby nie wydarzyły się te wszystkie złe historie, które miały miejsce. Bo to wszystko przykrywa (idąc za tęsknotami ludzi pamiętających tamte czasy) fakty pewnej pracy, pewnego mieszkania i jako tako spokojnego godnego życia, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów "wolności". Inaczej będą twierdzić Ci, którym było źle, a w naturze mają ciągoty do paserstwa, nieuczciwości, kombinatorstwa i dziś wiedzie im się zadziwiająco dobrze. Pomijam ludzi, którzy pracą doszli do potęgi (choć nie zawsze w to wierzymy) - to zupełnie inna kwestia. Po latach uważam tak samo: byłoby wtedy bardzo dobrze, gdyby... Są czasy wolności, więc podobno obowiązuje zakaz zabraniania przemyśleń i wycieczek umysłowych.
(8)
Wolność pojmujemy egoistycznie. Uzurpujemy ją wyłącznie dla siebie, upajamy się nią, korzystamy z niej rozrzutnie, nie bacząc na to, że w pewnym momencie ta wolność nie tyle się kończy, co zmniejsza/skraca. Dzieje się to w spotkaniu z drugim człowiekiem albo środowiskiem o określonym poglądzie, w końcu każdy ma do takiej prawi i widzi ją inaczej. Tu winno sięgnąć się po umiar, powściągliwość i zrozumienie (wzajemne), a nie po kpinę (w myśl wolności) oraz ofensywne gwałcenie na zasadzie "jestem wolny to do przodu, po trupach"... To coś, o co nam wielu niestety jest najtrudniej.
(9)
Nie wierzę w miłość, jako "to coś", na co się powołujemy. Wierzę w poświęcenie się dla kogoś. Wierzę w swobodę intymnego bycia z kimś przy świadomości, że czuję się z tą osobą, jak z żadną inną. Wierzę w inicjowanie i starania, przy tym, że ta druga osoba też da coś z siebie. Wierzę, że istnieje naturalna chemia między ludźmi, ale zawsze wystąpi jeden przypadek, w którym jest ona wyjątkowa. Tu zawsze trzeba uważnie obserwować. Wierzę, że istnieje coś więcej, niż przedmiotowe patrzenie i używanie sobie na kimś - wrażenie i poczucie, które dość poważnie mnie ostatnio skaziło. Wierzę w zwykłe bycie, ale takie, które daje spokój i swobodę zarazem, a jednocześnie wymagające kompromisu i cierpliwości. Przede wszystkim wierzę, że poprzednio opisane dzieje się z wzajemnością. Daj mi tu, Panie, więcej sił. Wierze w duety, które razem walczą razem przeciw światu. Wierzę w to, że miłość rozmieniła się na drobne i że można ją rozszyfrować pod wielością dobra, a jednocześnie nadal reprezentuje siebie.
(10)
Zawsze zaczynajmy od siebie. Dawajmy świadectwo i opowiadajmy o nas samych. Bądźmy odważni i nie bójmy się samokrytycyzmu, autoironii i spojrzenia najpierw na siebie, zachowawszy rzecz jasna pewne granice. Dopiero wtedy jesteśmy w pełni zobligowani do opowiadania o drugim człowieku, jak go widzimy (nie, jak chcemy widzieć). Wtedy jesteśmy w pełni zobligowani do krytyki. Niech będzie to na przekór słowom ewangelii o tym, że widzimy wpierw belkę w oku brata, a w swoim nie". Jeśli reakcja drugiej osoby będzie daleka od oczekiwań, cóż... będzie to świadczyć tylko o jej zakłamaniu.
(11)
Rzadko kiedy rodzą się ludzie z bogatą głębią myśli, zdolności obserwacji, nazywania rzeczy. Rzadko kiedy rodzą się ludzie, u których mądrość, wynikająca z powyższych a także z własnych doświadczeń i analiz, urasta do tak gigantycznych rozmiarów. Normą jest, że takich nie dostrzegamy, mówimy o nich jak najmniej, by przeszli bez echa i towarzystwa.
(12)
Nadwrażliwość, jak wszystko inne, to też cecha człowieka, często bardzo uciążliwa. To także brzemię i pieczęć na całe życie.To coś z listy rzeczy, o które człowiek się nie prosi, a i tak dostaje. Wespół z samoświadomością są to wielkie bogactwa, ale puszczone samowolnie i bez kontroli mogą doprowadzić do wielkich zniszczeń duszy i wnętrza człowieka.
(13)
Tolerancja i cierpliwość oznaczają nie mnie, nie więcej, jak umiejętność znoszenia. One też mają prawo do pewnego zakresu oraz limitów. Sztuką prawdziwą jest balansowanie nimi w dzisiejszej, destrukcyjnej rzeczywistości.
środa, 18 maja 2016
środa, 9 marca 2016
Wenus i Mars. Kilka osobistych i bezprecedensowych obserwacji odnośnie relacji w miejscu pracy.
Przed
paroma laty, jak przyjmowałem się do pracy w pewnej firmie, to moja obecna
kierowniczka powiedziała mi słowa, które jakoś mimo woli zapadły mi w pamięć.
Chodziło o to, że tu na dziale staramy się jakoś tam gadać między sobą, by ten
czas zleciał, bo wiadomo, można się znużyć przez 8 godzin pracy. Znam już
siebie troszkę (i nadal za mało), żeby już wtedy wiedzieć, że będę miał poważny
problem, aby z tym się jakoś utożsamić. Więcej: obawiałem się, że to będzie
prawie niemożliwe i w sumie dziś stwierdzam, że niewiele się pomyliłem… Co
prawda w kilku punktach się przełamałem, ale nie wpłynęło to zbytnio na całokształt.
Pracuję
z prawie trzydziestoma kobietami. I śmieszno i straszno zarazem. Nieco bardziej
to drugie, bo dla mnie – gościa, który z mozołem i oporem aklimatyzuje się z
różnego rodzaju większych kolektywach jest to nie lada wyzwanie. Nie wiem, jak
odnajdywał się tu mój dawny przyjaciel, który pierwszy zasmakował takich
warunków pracy, a po kilku latach wprowadził mnie, by potem samemu odejść. Ja
uważam, że i tak mam w tej chwili trudniej, bowiem przez te lata dzielnych
niewiast sukcesywnie przybywało i przybywa nadal – każda o innym charakterze. Kto
pogratuluje mi wysiłku w tych niewidocznych gołym okiem zmaganiach? Jak na
razie chyba ja sobie sam…
Powinienem
czuć się jak młody bóg, a sprawiam wrażenie chłopaczka – amatora (sarkazm i „autopojazd”
zawsze mile widziane). I jeśli ów
przyjaciel, gdy opowiadał mi o tym, jak w sferze komunikacji i towarzyskiego
podejścia dbał o dobre wrażenie, troszkę maskował uśmiechem, grał, a mimo to
zyskał sobie sympatię, tak w moim wykonaniu jest to nierealne. Powiedzieć, że
mam trudniejsze charakter i osobowość, to może trochę za dużo, ale na pewno
lepiej brzmi słowo „inne”. W przeciwieństwie do wspomnianego przyjaciela, ja
mimowolnie poszedłem w nieco innym kierunku, w sporej mierze przeciwnym. I być
może moja przymknięta postawa, będąca pewnego rodzaju drugim obliczem pokazuje
mnie jako nietowarzyskiego gbura, ale zauważmy, ile razy dzieje się tak, że
ocenia się człowieka na podstawie środowiska, w którym z nim przebywamy. Jako,
że jesteśmy leniwi, nieraz uznajemy to za wystarczające i więcej nam nie
potrzeba. I częstokroć się mylimy. Popełniam ten sam błąd, podejmując podobne
oceny. A szansa, by pokazać siebie na innym gruncie, na „własnych” warunkach
jest raczej nikła. Każdy ma swoje życie, swój drugi świat, w którym jest
wszystko uszeregowane i raczej stabilne.
Oczywiście,
dużo też zależy od charakteru i wytwarzanej aury przez ludzi, z którymi się
pracuje. Ja tak prawdę powiedziawszy znam dobrze i bliżej jedną, może dwie
osoby z grona. Na przestrzeni 4 lat! Rozumiesz?! I to jest dramat. Mam do czynienia
z matkami, żonami, kochankami, kobietami szukającymi i tymi, które chcą być
poszukiwane, ale najpewniej nie przeze mnie. Czas pracy połączony z ogarnięciem
się w tym gronie, to dla indywidualisty i umiarkowanego introwertyka za mało.
Spotkania integracyjne, stawiane przez pana prezesa (do których ostatecznie się
nie przekonałem) to też za mało. Większość kobiet wykazuje częstsze tendencje
do dobierania się w „stada”. Nawet, jeśli pobocznie gotowe są utopić jedna
drugą w łyżce wody (nie łudźmy się). Owe stada ewoluują czasem w kliki, co już
jest niebezpieczne, ale niestety to akurat jest nieuleczalna przypadłość każdej
firmy. Aczkolwiek można by było neutralizować takowe m.in. we własnym,
indywidualnym zakresie (wystarczy popatrzeć na siebie i trzymać się pewnych
zasad), ale po co, skoro częstokroć dzięki takiemu układowi można zyskać jakąś
ochronę lub poprawić sobie w łatwy sposób pozycję. Kliki w moim środowisku na
szczęście są rzadkością, ale stada są na porządku dziennym. Nie wiem, jak te
baby to robią, że niemal każda z każdą znajdzie wspólny język, a facet „palca
nie wciśnie”. I w pracy potrafią gadać i poza pracą. No właśnie… Gadać… O tym
za moment. Piszą do siebie po pracy, udają się gdzieś na raut towarzyski. Są takie,
które też niezbyt się włączają w grupy, ale są komunikatywne nadwyraz. Dobra,
jestem zazdrosny, bo w owym środowisku prawdopodobnie już mam na swój temat wyrobioną
opinię, jako, że się alienuję i odcinam. Po części prawda. Przypominają mi się
czasy szkoły, kiedy moje zachowanie szufladkowało mnie raczej jako outsidera. W dużym zbiorowisku kompletnie się nie odnajduję i to się ciągnie
za mną po dziś. I będzie się ciągnąć. Jak w ścisku można rozwinąć skrzydła? Nie
da się. Ale jeśli dostanie się szansę, to można zagrać w spotkaniu jeden na jeden.
W takiej grupie nie poznam ludzi, nie poznam pojedynczego człowieka. Tym bardziej, że większość takiego towarzystwa to samozwańcze "kółeczko różańcowe wzajemnej adoracji". Inaczej też, jeśli sam jestem w takim kółku. W grupie słucham, czasem włączam się w słowo, ale generalnie nie zaistnieję. Chyba, że rozpychałbym się łokciami i był jak harpagan albo grał dobrą komedię. Nie potrafię zaakceptować ewentualnego faktu takiego ściemniania w ramach promocji swojej osoby, czy PR-u. Jeśli konsekwencją stonowanej i na pozór kamiennej natury ma być poczucie odosobnienia w stadzie, cóż. Prawią, że "nie poznali się na Tobie".
Lepiej w pierwszej kolejności prowokować do dialogu sam na sam, indywidualnie i wtedy nabrać pewności. Ja przez lata wyrobiłem sobie poznawanie ludzi na neutralnych podłożach poza pracą (z małymi wyjątkami) w oparciu o kawę lub piwo. Jeśli gramy na podobnych falach, w co zawsze najsamprzód wierzę, to jest wyjątkowo swobodnie i sympatycznie. Wtedy mogę rozwinąć skrzydła i zweryfikować, czy czasem ktoś się nie boi takiego "sam na sam".
Być może wybieramy łatwiejszą drogę, bowiem w grupie często gada się, by gadać, a w cztery oczy trzeba więcej wysiłku. Być może dla niektórych lepsze samopoczucie przy spotkaniu "twarzą w twarz" stanowi o ich sile i stąd lęk otoczenia.
Lepiej w pierwszej kolejności prowokować do dialogu sam na sam, indywidualnie i wtedy nabrać pewności. Ja przez lata wyrobiłem sobie poznawanie ludzi na neutralnych podłożach poza pracą (z małymi wyjątkami) w oparciu o kawę lub piwo. Jeśli gramy na podobnych falach, w co zawsze najsamprzód wierzę, to jest wyjątkowo swobodnie i sympatycznie. Wtedy mogę rozwinąć skrzydła i zweryfikować, czy czasem ktoś się nie boi takiego "sam na sam".
Być może wybieramy łatwiejszą drogę, bowiem w grupie często gada się, by gadać, a w cztery oczy trzeba więcej wysiłku. Być może dla niektórych lepsze samopoczucie przy spotkaniu "twarzą w twarz" stanowi o ich sile i stąd lęk otoczenia.
W
pracy ciężko mi się rozmawia, kiedy muszę to dzielić z obowiązkami. Mało mam w tę
stronę zaangażowania i śmiałości, równie dobrze mogę powiedzieć, że brak mi podzielności uwagi czy mam poczucie dyskomfortu. Do "mówienia, byle mówić" czy popularnego gadania też zawsze miałem oporny ale nie negatywny
stosunek. Kojarzy mi się ono z plotką, sztucznością, acz łapię się ostatnio na
tym, że sam sobie przeczę :P… Co nie zmienia faktu, że bardziej pozytywny stosunek mam do intymnych rozmów,
które niby w teorii zawsze przynosiły jakąś wymierną wartość. Jest takie
znamienne zdanie: „mówić można z każdym, ale rozmawiać bardzo mało z kim”.
Kobietom zazdroszczę podzielności uwagi, czyli klepania w monitor i
jednoczesnego mówienia. Ja od pracy muszę się odrywać, by się skupić, kiedy do
sąsiadki mówię albo gdy ona mówi do mnie. Dla mnie to wyraz stuprocentowego szacunku i uwagi dla tej
osoby i w zasadzie tego samego oczekuję. W pojedynczych momentach powielam zwyczaje,
które „sprzedaje” mi środowisko pracy, czyli rytualne gadanie i praca jednocześnie,
ale zawsze czuję przy tym dyskomfort. Czasem sobie powtarzam: albo odrywasz
ręce i gadasz albo zapieprzasz kosztem „śmichów-chichów”. Ciężka sprawa.
Najłatwiejszy i najlepszy jest neutralny grunt, czyli po pracy wspólny powrót, piwo albo kawa
(można stosować zamiennie), w pierwszej kolejności w cztery oczy. Dopiero potem
ewentualnie w większym gronie (w moim wypadku do 4 osób).
Rzecz
jasna, jeśli osoba będzie skłonna, by z Tobą wypełnić tego typu miły akcent.
Niestety, ale każdy ma prawo nie reagować na propozycję lub zmyślać wymówkę z
bliżej nieuzasadnionych powodów. Usprawiedliwione są matki i żony, w niektórych
przypadkach kochanki a i czasem ci, co mają świat poukładany i potencjalna zawierucha nie jest potrzebna (cały czas o relacjach damsko męskich, żeby nie było). Jeśli osobie (np. mi), której wieloletnie doświadczenie i
poczucie spławiania, wrażenie wykluczenia przez sporą część otoczenia wpoiło, że zakłada się je z
góry, czasem paranoidalnie, to niech takowa wie, że jest problem. Poniekąd sam jestem sobie winien - tym, że jestem jakkolwiek sobą, zbieram to, co zasieję, choć na innym polu mogę używać lepszej jakości nasion.
Ktoś zawsze może dać nieoficjalny znak, który kojarzy się sprzed lat i odczytać go można tylko, jako weto (zawsze jednak występuje prawdopodobieństwo pomyłki). Wtedy można sobie powiedzieć, że szkoda, ale to ani Twoja ani czyjaś wina. Można chociaż spróbować sobie to wmówić…
Ktoś zawsze może dać nieoficjalny znak, który kojarzy się sprzed lat i odczytać go można tylko, jako weto (zawsze jednak występuje prawdopodobieństwo pomyłki). Wtedy można sobie powiedzieć, że szkoda, ale to ani Twoja ani czyjaś wina. Można chociaż spróbować sobie to wmówić…
Ale
nikt nie zabrania Ci proponować sąsiadce/sąsiadkom wyjścia gdzieś, by się
lepiej poznać. Blokadę stawiasz sobie sam albo wynika ona ze specyfiki
otoczenia – mówi się, by w pracy nie zawierać głębokich znajomości. Kiedyś pod
tym kątem było dużo lepiej i łatwiej, jak słyszałem z opowieści mamy. Relacje firmowe były bardziej zażyłe, głębsze
i powiernicze. Dziś tak różowo nie jest. Facet pracujący sam z kobietami i do
tego jeszcze singiel, mówiąc kolokwialnie, jest raczej poszkodowany. Nie ma za
dużego pola manewru, gdyby chciał wyjść z relacją poza środowisko pracy (nie
kongres ani impreza integracyjna), bo otaczają go miny. Może otworzyć puszkę Pandory
w postaci plotki, obgadywania i siebie i tejże albo spotkać się z odsunięciem
lub spławieniem, bo np. został już zaszufladkowany. Zostaje tymczasem pewnego
rodzaju klincz i odgrywanie roli, bo ruch w jakimkolwiek kierunku przynosi ryzyko.
A trafi się czasem na jakieś pozytywne aury, z których warto coś zaczerpnąć i
nie być znany tylko jako „ten z pracy”.
Może nieco odszedłem od tematu, ale cały czas staram się
wiązać to ze sobą. Relacje w dużej grupie w miejscu pracy są ciężkie, a w moim
wykonaniu to czasem jest praca Syzyfa. Chociaż momentami zdaje mi się gdzieś
tam ten impas przełamywać… Mimo wszystko z mojego indywidualnego punktu
widzenia nie jest łatwo utrzymać twarzy, jeszcze jak się ma specyficzny
charakter, niezbyt zrozumiany przez otoczenie.
Niby opis relacji damsko-męskich w pracy, ale jak łatwo można to przenieść na zewnątrz... Albo trudno... Nigdy nie zrozumiem, jak część męskiej populacji to robi, że podchodzi do tego tak liberalnie i laicko. Czy to kwestia odwagi, natury, grania komedii czy wszystkiego naraz? Pocieszam się przynajmniej względną autentycznością, choć troszkę mnie ona kosztuje. Choćby to, że niby jesteś w grupie, ale jakby osobno, jakby sam. Jeśli niechcący rozsiałem wokół siebie możliwość traktowania, jak powietrze, to wypada to zebrać.
Niby opis relacji damsko-męskich w pracy, ale jak łatwo można to przenieść na zewnątrz... Albo trudno... Nigdy nie zrozumiem, jak część męskiej populacji to robi, że podchodzi do tego tak liberalnie i laicko. Czy to kwestia odwagi, natury, grania komedii czy wszystkiego naraz? Pocieszam się przynajmniej względną autentycznością, choć troszkę mnie ona kosztuje. Choćby to, że niby jesteś w grupie, ale jakby osobno, jakby sam. Jeśli niechcący rozsiałem wokół siebie możliwość traktowania, jak powietrze, to wypada to zebrać.
Nieprzypadkowo piszę o tym w okolicach dnia kobiet, acz refleksję
kieruję głównie do mężczyzn, szczególnie o podobnym charakterze do mojego, niepoprawnie aspołecznych outsiderów,
którzy mają zaszczyt pracować w gronie kilkudziesięciu Amazonek z Temiskery. Jak jesteście dobrymi i wrednymi
obserwatorami i macie szerokie pole widzenia, to wpadniecie na podobne albo jeszcze jakieś dodatkowe wnioski.
Możecie też się sprzedać i wysztukować trochę kobiecości, by w myśl przysłowia
„wejść miedzy wrony i krakać, jak one”, ale to zdecydowanie odradzam, bo może
komuś odbić i zacznie się zastanawiać nad zmianą płci.
Tymczasem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)