środa, 9 marca 2016

Wenus i Mars. Kilka osobistych i bezprecedensowych obserwacji odnośnie relacji w miejscu pracy.



Przed paroma laty, jak przyjmowałem się do pracy w pewnej firmie, to moja obecna kierowniczka powiedziała mi słowa, które jakoś mimo woli zapadły mi w pamięć. Chodziło o to, że tu na dziale staramy się jakoś tam gadać między sobą, by ten czas zleciał, bo wiadomo, można się znużyć przez 8 godzin pracy. Znam już siebie troszkę (i nadal za mało), żeby już wtedy wiedzieć, że będę miał poważny problem, aby z tym się jakoś utożsamić. Więcej: obawiałem się, że to będzie prawie niemożliwe i w sumie dziś stwierdzam, że niewiele się pomyliłem… Co prawda w kilku punktach się przełamałem, ale nie wpłynęło to zbytnio na całokształt.
Pracuję z prawie trzydziestoma kobietami. I śmieszno i straszno zarazem. Nieco bardziej to drugie, bo dla mnie – gościa, który z mozołem i oporem aklimatyzuje się z różnego rodzaju większych kolektywach jest to nie lada wyzwanie. Nie wiem, jak odnajdywał się tu mój dawny przyjaciel, który pierwszy zasmakował takich warunków pracy, a po kilku latach wprowadził mnie, by potem samemu odejść. Ja uważam, że i tak mam w tej chwili trudniej, bowiem przez te lata dzielnych niewiast sukcesywnie przybywało i przybywa nadal – każda o innym charakterze. Kto pogratuluje mi wysiłku w tych niewidocznych gołym okiem zmaganiach? Jak na razie chyba ja sobie sam…
Powinienem czuć się jak młody bóg, a sprawiam wrażenie chłopaczka – amatora (sarkazm i „autopojazd” zawsze mile widziane).  I jeśli ów przyjaciel, gdy opowiadał mi o tym, jak w sferze komunikacji i towarzyskiego podejścia dbał o dobre wrażenie, troszkę maskował uśmiechem, grał, a mimo to zyskał sobie sympatię, tak w moim wykonaniu jest to nierealne. Powiedzieć, że mam trudniejsze charakter i osobowość, to może trochę za dużo, ale na pewno lepiej brzmi słowo „inne”. W przeciwieństwie do wspomnianego przyjaciela, ja mimowolnie poszedłem w nieco innym kierunku, w sporej mierze przeciwnym. I być może moja przymknięta postawa, będąca pewnego rodzaju drugim obliczem pokazuje mnie jako nietowarzyskiego gbura, ale zauważmy, ile razy dzieje się tak, że ocenia się człowieka na podstawie środowiska, w którym z nim przebywamy. Jako, że jesteśmy leniwi, nieraz uznajemy to za wystarczające i więcej nam nie potrzeba. I częstokroć się mylimy. Popełniam ten sam błąd, podejmując podobne oceny. A szansa, by pokazać siebie na innym gruncie, na „własnych” warunkach jest raczej nikła. Każdy ma swoje życie, swój drugi świat, w którym jest wszystko uszeregowane i raczej stabilne.
Oczywiście, dużo też zależy od charakteru i wytwarzanej aury przez ludzi, z którymi się pracuje. Ja tak prawdę powiedziawszy znam dobrze i bliżej jedną, może dwie osoby z grona. Na przestrzeni 4 lat! Rozumiesz?! I to jest dramat. Mam do czynienia z matkami, żonami, kochankami, kobietami szukającymi i tymi, które chcą być poszukiwane, ale najpewniej nie przeze mnie. Czas pracy połączony z ogarnięciem się w tym gronie, to dla indywidualisty i umiarkowanego introwertyka za mało. Spotkania integracyjne, stawiane przez pana prezesa (do których ostatecznie się nie przekonałem) to też za mało. Większość kobiet wykazuje częstsze tendencje do dobierania się w „stada”. Nawet, jeśli pobocznie gotowe są utopić jedna drugą w łyżce wody (nie łudźmy się). Owe stada ewoluują czasem w kliki, co już jest niebezpieczne, ale niestety to akurat jest nieuleczalna przypadłość każdej firmy. Aczkolwiek można by było neutralizować takowe m.in. we własnym, indywidualnym zakresie (wystarczy popatrzeć na siebie i trzymać się pewnych zasad), ale po co, skoro częstokroć dzięki takiemu układowi można zyskać jakąś ochronę lub poprawić sobie w łatwy sposób pozycję. Kliki w moim środowisku na szczęście są rzadkością, ale stada są na porządku dziennym. Nie wiem, jak te baby to robią, że niemal każda z każdą znajdzie wspólny język, a facet „palca nie wciśnie”. I w pracy potrafią gadać i poza pracą. No właśnie… Gadać… O tym za moment. Piszą do siebie po pracy, udają się gdzieś na raut towarzyski. Są takie, które też niezbyt się włączają w grupy, ale są komunikatywne nadwyraz. Dobra, jestem zazdrosny, bo w owym środowisku prawdopodobnie już mam na swój temat wyrobioną opinię, jako, że się alienuję i odcinam. Po części prawda. Przypominają mi się czasy szkoły, kiedy moje zachowanie szufladkowało mnie raczej jako outsidera. W dużym zbiorowisku kompletnie się nie odnajduję i to się ciągnie za mną po dziś. I będzie się ciągnąć. Jak w ścisku można rozwinąć skrzydła? Nie da się. Ale jeśli dostanie się szansę, to można zagrać w spotkaniu jeden na jeden.
W takiej grupie nie poznam ludzi, nie poznam pojedynczego człowieka. Tym bardziej, że większość takiego towarzystwa to samozwańcze "kółeczko różańcowe wzajemnej adoracji". Inaczej też, jeśli sam jestem w takim kółku. W grupie słucham, czasem włączam się w słowo, ale generalnie nie zaistnieję. Chyba, że rozpychałbym się łokciami i był jak harpagan albo grał dobrą komedię. Nie potrafię zaakceptować ewentualnego faktu takiego ściemniania w ramach promocji swojej osoby, czy PR-u. Jeśli konsekwencją stonowanej i na pozór kamiennej natury ma być poczucie odosobnienia w stadzie, cóż. Prawią, że "nie poznali się na Tobie".
Lepiej w pierwszej kolejności prowokować do dialogu sam na sam, indywidualnie i wtedy nabrać pewności. Ja przez lata wyrobiłem sobie poznawanie ludzi na neutralnych podłożach poza pracą (z małymi wyjątkami) w oparciu o kawę lub piwo. Jeśli gramy na podobnych falach, w co zawsze najsamprzód wierzę, to jest wyjątkowo swobodnie i sympatycznie. Wtedy mogę rozwinąć skrzydła i zweryfikować, czy czasem ktoś się nie boi takiego "sam na sam". 
Być może wybieramy łatwiejszą drogę, bowiem w grupie często gada się, by gadać, a w cztery oczy trzeba więcej wysiłku. Być może dla niektórych lepsze samopoczucie przy spotkaniu "twarzą w twarz" stanowi o ich sile i stąd lęk otoczenia.
W pracy ciężko mi się rozmawia, kiedy muszę to dzielić z obowiązkami. Mało mam w tę stronę zaangażowania i śmiałości, równie dobrze mogę powiedzieć, że brak mi podzielności uwagi czy mam poczucie dyskomfortu. Do "mówienia, byle mówić" czy popularnego gadania też zawsze miałem oporny ale nie negatywny stosunek. Kojarzy mi się ono z plotką, sztucznością, acz łapię się ostatnio na tym, że sam sobie przeczę :P… Co nie zmienia faktu, że bardziej pozytywny stosunek mam do intymnych rozmów, które niby w teorii zawsze przynosiły jakąś wymierną wartość. Jest takie znamienne zdanie: „mówić można z każdym, ale rozmawiać bardzo mało z kim”. Kobietom zazdroszczę podzielności uwagi, czyli klepania w monitor i jednoczesnego mówienia. Ja od pracy muszę się odrywać, by się skupić, kiedy do sąsiadki mówię albo gdy ona mówi do mnie. Dla mnie to wyraz stuprocentowego szacunku i uwagi dla tej osoby i w zasadzie tego samego oczekuję. W pojedynczych momentach powielam zwyczaje, które „sprzedaje” mi środowisko pracy, czyli rytualne gadanie i praca jednocześnie, ale zawsze czuję przy tym dyskomfort. Czasem sobie powtarzam: albo odrywasz ręce i gadasz albo zapieprzasz kosztem „śmichów-chichów”. Ciężka sprawa. Najłatwiejszy i najlepszy jest neutralny grunt, czyli po pracy wspólny powrót, piwo albo kawa (można stosować zamiennie), w pierwszej kolejności w cztery oczy. Dopiero potem ewentualnie w większym gronie (w moim wypadku do 4 osób).
Rzecz jasna, jeśli osoba będzie skłonna, by z Tobą wypełnić tego typu miły akcent. Niestety, ale każdy ma prawo nie reagować na propozycję lub zmyślać wymówkę z bliżej nieuzasadnionych powodów. Usprawiedliwione są matki i żony, w niektórych przypadkach kochanki a i czasem ci, co mają świat poukładany i potencjalna zawierucha nie jest potrzebna (cały czas o relacjach damsko męskich, żeby nie było). Jeśli osobie (np. mi), której wieloletnie doświadczenie i poczucie spławiania, wrażenie wykluczenia przez sporą część otoczenia wpoiło, że zakłada się je z góry, czasem paranoidalnie, to niech takowa wie, że jest problem. Poniekąd sam jestem sobie winien - tym, że jestem jakkolwiek sobą, zbieram to, co zasieję, choć na innym polu mogę używać lepszej jakości nasion. 
Ktoś zawsze może dać nieoficjalny znak, który kojarzy się sprzed lat i odczytać go można tylko, jako weto (zawsze jednak występuje prawdopodobieństwo pomyłki). Wtedy można sobie powiedzieć, że szkoda, ale to ani Twoja ani czyjaś wina. Można chociaż spróbować sobie to wmówić…
Ale nikt nie zabrania Ci proponować sąsiadce/sąsiadkom wyjścia gdzieś, by się lepiej poznać. Blokadę stawiasz sobie sam albo wynika ona ze specyfiki otoczenia – mówi się, by w pracy nie zawierać głębokich znajomości. Kiedyś pod tym kątem było dużo lepiej i łatwiej, jak słyszałem z opowieści mamy.  Relacje firmowe były bardziej zażyłe, głębsze i powiernicze. Dziś tak różowo nie jest. Facet pracujący sam z kobietami i do tego jeszcze singiel, mówiąc kolokwialnie, jest raczej poszkodowany. Nie ma za dużego pola manewru, gdyby chciał wyjść z relacją poza środowisko pracy (nie kongres ani impreza integracyjna), bo otaczają go miny. Może otworzyć puszkę Pandory w postaci plotki, obgadywania i siebie i tejże albo spotkać się z odsunięciem lub spławieniem, bo np. został już zaszufladkowany. Zostaje tymczasem pewnego rodzaju klincz i odgrywanie roli, bo ruch w jakimkolwiek kierunku przynosi ryzyko. A trafi się czasem na jakieś pozytywne aury, z których warto coś zaczerpnąć i nie być znany tylko jako „ten z pracy”.
            Może nieco odszedłem od tematu, ale cały czas staram się wiązać to ze sobą. Relacje w dużej grupie w miejscu pracy są ciężkie, a w moim wykonaniu to czasem jest praca Syzyfa. Chociaż momentami zdaje mi się gdzieś tam ten impas przełamywać… Mimo wszystko z mojego indywidualnego punktu widzenia nie jest łatwo utrzymać twarzy, jeszcze jak się ma specyficzny charakter, niezbyt zrozumiany przez otoczenie. 
Niby opis relacji damsko-męskich w pracy, ale jak łatwo można to przenieść na zewnątrz... Albo trudno... Nigdy nie zrozumiem, jak część męskiej populacji to robi, że podchodzi do tego tak liberalnie i laicko. Czy to kwestia odwagi, natury, grania komedii czy wszystkiego naraz? Pocieszam się przynajmniej względną autentycznością, choć troszkę mnie ona kosztuje. Choćby to, że niby jesteś w grupie, ale jakby osobno, jakby sam. Jeśli niechcący rozsiałem wokół siebie możliwość traktowania, jak powietrze, to wypada to zebrać.
Nieprzypadkowo piszę o tym w okolicach dnia kobiet, acz refleksję kieruję głównie do mężczyzn, szczególnie o podobnym charakterze do mojego, niepoprawnie aspołecznych outsiderów, którzy mają zaszczyt pracować w gronie kilkudziesięciu Amazonek z Temiskery.  Jak jesteście dobrymi i wrednymi obserwatorami i macie szerokie pole widzenia, to wpadniecie na podobne albo jeszcze jakieś dodatkowe wnioski. Możecie też się sprzedać i wysztukować trochę kobiecości, by w myśl przysłowia „wejść miedzy wrony i krakać, jak one”, ale to zdecydowanie odradzam, bo może komuś odbić i zacznie się zastanawiać nad zmianą płci.
Tymczasem!