piątek, 31 października 2014

Wszystkich Świętych, czy Halloween?


To odpowiedź na pytanie w sondzie, jaka toczy się od ładnych paru lat. Temat sondy: Wszystkich Świętych, czy Halloween.
Jako, że skłaniam się ku tradycjom, to zdecydowanie lobbuję okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Niechby to zdanie było naczelnym w tej wypowiedzi.
Trzeba na wstępie wspomnieć, że istnieje rozróżnienie pomiędzy dniem Wszystkich Świętych a dniem Zadusznym. Po pierwsze: Wszystkich Świętych. Prosty, laicki umysł kojarzy ten okres wyłącznie jako dzień wolny od pracy, w którym można się pobyczyć w domu. Inny na jego miejscu narzeka, bo tego dnia trzeba wyjeżdżać do rodziny na odwiedziny jakichś grobów, a przecież jest tyle piękniejszych rzeczy do zrobienia. Jeszcze ktoś będzie marudził o tłokach na cmentarzach, na ulicach. A w Kościele Katolickim to dzień, w którym czci się pamięć świętych i błogosławionych. Nazwa mówi wszystko, ale my uwielbiamy przeinaczać i przekształcać rzeczy istotne, dlatego utarło się, że we Wszystkich Świętych odwiedza się cmentarze i czci zmarłych (niektórzy czynią to jakby z przymusu albo z przyzwyczajenia). Kościoły lokalne (w sumie to nawet biskupi) niespecjalnie starają się zmienić tę tradycję, ale z drugiej strony ma to wszystko swoje uzasadnienie w polskich warunkach, w których spora część świąt jest ruchoma (wypada w różne dni tygodnia).
Po drugie: Dzień Zaduszny. Z reguły to taki dzień, w którym już trzeba „iść do roboty” (chyba, że wypada w sobotę, wtedy można się pobyczyć w domu; lub jeśli Wszystkich Świętych wypadnie w sobotę, wtedy można otrzymać zwrot dnia wolnego, jaki się wtedy należy). Sorry, ale takimi kategoriami się dziś myśli. W teorii Dzień Zaduszny powinien być tym dniem, w którym czci się pamięć zmarłych, w którym wypada się na moment zatrzymać i pomyśleć, ale w specyficznych polskich warunkach to jest raczej niemożliwe. Na pewno wpływ na to mają zakręcone, polskie prawo oraz świadomość Polaków, która została tak jakoś krzywo ukształtowana. Myślę też, że to kwestia wyboru dokonana przez tych, którzy po prostu zdecydowali się na nieuznawanie tych (nazwijmy to) „świąt”. Dobrze, że Kościół Katolicki precyzuje i kładzie nacisk na rozróżnienie tych dwóch dni od siebie, chociaż co do wprowadzania w czyn tego rozróżniania nieskromnie powiem, że z tego, co widziałem, to raczej bywa odwrotnie. Ot taka liturgika…
Natomiast Halloween to już ewidentnie nie jest polskie święto, chociaż traktuje się tu o pewnych odniesieniach do święta zmarłych. Największa częstotliwość świętowania tego czasu występuje w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii i Irlandii[1], ale ekspansja tego święta zaczyna podążać ku całemu światu. Jest to raczej typowa zabawa, maskarada, której stałymi elementami są zabawy w wywoływanie duchów, wykrajanie w dyni dziur na kształt demonicznych twarzy, czy bieganie dzieciaków od domu do domu i wyłudzanie cukierków, gdzie następstwem odmowy będzie psikus. W sumie dobra zabawa, można zbić na tym fajny kapitał w postaci cukierków, ale też dodatkowych kalorii i zepsutych zębów.
W Polsce zaczęło się robić głośno o Halloween w latach 90. W szkole opowiadano nam o tradycjach: o naszej, rodzimej – czyli Wszystkich Świętych, a na równi wspominano o Halloween, jako tradycji amerykańskiej (w ramach języka angielskiego). Zauważyłem jednak stopniową degradację świąt rodzimych, spłycanie ich znaczenia, a epatowanie tym, co jest obce – nazwijmy to wprost. Czemu nie schodzi mi z głowy ta myśl, że to działanie jest celowe i prędzej czy później skutecznie zamaże poczucie naszej tożsamości? Ja nie zamierzam celebrować amerykańskich świąt w polskim kraju.
A może to element totalnej liberalizacji „róbta, co chceta” (szczęść Boże, Panie Jurku)? W sumie nie ma co się dziwić, skoro największy autorytet kraju, prezydent Bronisław (nazwiska nie pamiętam) paraduje na tle czekoladowego orła.
Halloween to dla wielu synonim dobrej zabawy, dlatego tą nazwą operuje się coraz częściej, gdy chce się zorganizować zabawę w szkole. Podobnie jest w przypadku imprez w klubach. „Zabawa Halloweenowa w szkole podst. nr. 456”, „Wieczór Halloween w klubie Marakesh”…  Spotkasz takie hasła, o to się nie bój. Wzruszysz ramionami – tego jestem pewien. Spotkasz się też z bojkotem ze strony Kościoła wobec tych haseł – o to też się nie martw. Jeszcze lepiej: spotkasz się z kontrofensywą w postaci imprez alternatywnych a’la „Holy Wins” albo hasłami „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween”. To się dzieje dziś. Gdzieś się tam jednak przebija ta obiektywność, że czasem warto coś delikatnie wspomnieć o tradycji i korzeniach.  Albo np. jak dojechać na cmentarze kiedy będzie tyle korków na ulicach. Mam wrażenie, że coraz mniej jest miejsca na mówienie o dniu Wszystkich Świętych w przestrzeni publicznej i stąd ta walka. Święto spychane jest w granice mediów typowo katolickich. Ktoś powie, że tam jego miejsce, a od mediów publicznych wara. No i państwo ma być świeckie. Dajcie spokój...
Mówi się też tutaj, że niewinna zabawa w duchy kończy się nieciekawie. To tak naprawdę loteria. Wszystko zależy od człowieka, od jego siły, nastawienia, mentalności, a z drugiej strony od losu. Wielu traktuje to rzeczywiście jako czystą zabawę. Ale należy pamiętać, że często niewinne zabawy kładą się cieniem na dalsze życie. Już nie wspomnę o tym, że m.in. w ich wyniku może przyjść w życiu taki moment, że poczujesz się po prostu źle i ciężko będzie określić problem. Opętanie przez totalną niemoc? Skądś mi to jest znane…
Summa summarum jestem na NIE, jeśli chodzi o imprezy Halloween w Polsce. Owszem, eksperymentowałem w tej materii, głównie chodząc do klubów, w których odbywały imprezy pod tym tematem. Pomogło mi to stwierdzić, że do tego nie pasuję, że wolę swoje podwórko i tradycje. Pragnę, by je promowano bardziej, a nie mieszano integralnej tożsamości narodu z tym, co kompletnie tu nie pasuje, co nie jest polskie. Ciekawe, gdyby odwrócić role, to czy nasz wymysł, jeśli chodzi o tego typu święta by się też tak przyjął w innych krajach? Jakoś w to nie wierzę… Rzadkością dziś jest to, co w stu procentach działa w obie strony…
Na koniec ostatnia kwestia. Odkryłem wyjątkowe znaczenie polskiego święta Wszystkich Świętych i Dni Zadusznych. O ile te rzeczy można robić przy każdej możliwej okazji, tak w tym okresie palenie zniczy na grobach bliskich, dłuższa lub krótsza chwila refleksji, spotkania w tym czasie z rodziną, otwarte rozmowy, śmiech, wspomnienia, niejednokrotnie szczere rozmowy o stosunkach rodzinnych, doprowadzające często do pogodzenia nabierają wyjątkowego znaczenia i niebywałej mocy. Widziałem to, więc wiem, o czym prawię. Wszystko tu zależy od człowieka.
Ja tam osobiście wybieram Wszystkich Świętych.



[1] Źródło wikipedia, hasło: Halloween; http://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween 

sobota, 18 października 2014

po latach



Kiedy byłem trochę mniejszy, niż teraz, to miałem marzenie, by zostać bandytą, pedofilem, złodziejem i pijakiem w jednym. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego, ale dostrzegałem w tym pragnieniu jakiś ubogacający ideał. Na pewno chciałem przez tego rodzaju służbę być blisko ludzi.
            Myślisz, że zwariowałem. Nie. Po prostu, kiedy miałem te 12 lat i służyłem do ołtarza, jako ministrant, to rozbudziło się we mnie pragnienie bycia księdzem.
Ponownie myślisz, że zwariowałem. Znów pudło. W tamtych latach to w naszym środowisku była to dość częsta tendencja, choć zwykle krótkotrwała. Dużo osób z grupy czuło ogromne przywiązanie do atmosfery i funkcji w tej „rodzinie”. Z kolei z tej ilości co najmniej jedna osoba odczuwała ten związek w sposób szczególny.
A, że synonimami zwrotu „ksiądz” są dziś słowa: „pedofil”, „złodziej”, „zbrodniarz”, „bandyta”… i wiele innych, to powyżej postanowiłem się nimi przewrotnie posłużyć. Jakie to ma znaczenie? Dla mnie ważne, bo to moje wspomnienia – tamte czasy. To dobre wspomnienia i czas osobistej podróży, z której chciałem zdać relację. I denerwują mnie niejednokrotnie nieprzemyślane do końca ataki na to środowisko, świadczące raczej o atakujących, niż o poszkodowanych/atakowanych. Lub winnych…
            Nie mam zamiaru tu na nikogo nacierać ani bronić. Postawię na własne świadectwo. Zacznę od tego, że chyba jestem typowym Polakiem: zawistnym, dwulicowym hipokrytą a z drugiej strony przesadnym idealistą, uzurpującym jak najwięcej przestrzeni dla mojego „JA”. Teoretycznie te cechy powinny dyskwalifikować realizację moich dziecinnych marzeń o byciu księdzem, ale praktyka pokazało co innego. A może to normalna rzecz dla dzieciaka w wieku tych kilkunastu lat. Na pewno sporo było w tych czasach popisywania się i oszukiwania, a z drugiej strony ważnej nauki. Okłamywałem innych i siebie (wtedy jeszcze nie miałem tej świadomości, bo przecież „jestem JA”), by potem w wyniku różnych przewrotów stopniowo „bastować”, mówiąc kolokwialnie.
            Sporo było tych przewrotów. Mógłbym tu wymienić na pewno dojrzewanie, relacje (szczególnie wobec dziewczyn i kobiet – tu bywało bardzo różnie), zetknięcie się z różnymi osobami, motywującymi do tego, bym był lepszym człowiekiem, a i z tymi, którzy swym stylem życia skutecznie mnie powstrzymywali (myślę tu szczególnie o księżach, dających co najmniej wątpliwy przykład życia). Kontakt z tymi ostatnimi nie był przymusem, bowiem często wystarczyła sama obserwacja.
            Różne osoby pod wieloma względami zapadały mi w pamięć. Ksiądz Romek podczas odwiedzin duszpasterskich poniżył mnie w domu przy rodzicach, twierdząc, że „opuściłem się” w chodzeniu do kościoła. Chwilę potem wpadł niespodziewanie ksiądz Piotrek i kulturalnie „zjechał” księdza Romka, podnosząc mnie jednocześnie na duchu. Jakiś czas później wespół z księdzem Markiem „daliśmy” (w zasadzie to ksiądz Marek udzielał) ślub wielu parom. Tak… Ksiądz Marek to był człowiek, jakich mało: szczery i uczciwy, z krwi i kości. Niedługo potem wybitne zainteresowania ks. Seby, kierowane w stronę młodych dam stopniowo gasiły mojego idealistycznego ducha. Mimo to miałem dwóch dobrych przyjaciół mojej rodziny: ks. Tadzia i ks. Krzyśka, którzy (być może przez wzgląd na mojego ś.p. dziadka i jakieś jego nadzieje, pokładane we mnie) sprawowali nade mną pewnego rodzaju duchową opiekę. Podupadałem mimo to, zacząłem się gubić – nie tylko w tej sferze. Nawet wtedy, gdy z pomocą przyszli mi bracia kapucyni. Szczególnie wspominam tu braci Marcina i Radara.
            Był czas, kiedy starałem się uciec od kościoła. Tłumaczyłem to tym, że widziałem za dużo złego, a i także w mediach było pokazane to, co złe („prawdziwe”). Głośne sprawy molestowań, dokonywanych przez pewnego gdańskiego biskupa, malwersacje finansowe pochodnych mu postaci, treści „Faktów i Mitów”, przepych i bogactwo, antypatia do kościoła, będąca efektem stereotypowego patrzenia np. pod kątem inkwizycji i kwestii majątkowych. A kiedy zdarzało mi się mimo tego być na mszy (zawsze się gdzieś tam przymusiłem, by z łaski iść), to odczuwałem wstręt, duchotę. Wychodziłem i już nie wracałem. Jednakże mimo tych złych aspektów, krążyły mi po głowie słowa jednego z braci kapucynów: „przepraszam”…
            „Przepraszam za księży. Przepraszam za kościół”. Ten brat zostawił mi po sobie słowa, które długo huczały mi w głowie. Pierwsze, co pomyślałem, to to, iż może moje oczekiwania są do spełnienia? Jeśli tak, to jakie? A może…
            Może pierwej trzeba było oczyścić się ze wszystkich kwasów i „sformatować” – zacząć od zera?  Być może dzięki temu udało mi się spojrzeć na to wszystko od nowa, bez emocji, na chłodno, bardziej… przestrzennie.
            Być może dzięki temu wróciłem, aczkolwiek nie jestem stuprocentowym praktykiem. Wróciłem na pewno mentalnie i duchowo, a cieleśnie… różnie bywa. Jednak według konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen Gentium” i wskazanych tam kryteriów przynależności do Ludu Bożego uważam, że spokojnie mieszczę się w granicach[1].
            Wróciłem, bo mam tu wspomnienia, szczególnie te dobre; bo czuję się tu, jak w domu, który zawsze nim będzie – nawet, gdy jest źle w jego wnętrzu. Wróciłem, bo nabrałem odwagi do obiektywnego patrzenia (z lekką dozą subiektywizmu) na pewne niuanse: na to, co dobre i to, co złe – obie kwestie weryfikując po równo. Wróciłem, bo jestem człowiekiem przywiązanym bądź co bądź do tamtego świata i miałem już dosyć błąkania się jak bezpański pies. I żeby nie było – czuję się wolny.
            Wciąż wiem i wierzę, że ponad nami jest tajemniczy Projektant, który trzyma nad tym wszystkim „łapę”, a to, co się dzieje zmierza ku jakiemuś konkretnemu celowi. Tutaj z mojej strony nie ma co zakładać, nie ma co dociekać, jaki to cel, bo to może zgubić. Ale pokładanie ufności w tym Projektancie, myślenie o Nim, świadomość Jego obecności pomaga w zniesieniu zła w ludziach i cieszyć się mimo tego. Pomaga to w przyjęciu ich dziwnych mentalności i zachęcaniu do pracy nad sobą, a także w oddzielaniu od siebie dobrych i złych. A, że dobre świadectwa ludzkie są coraz rzadsze, to wydaje mi się, że nie są one już aż tak potrzebne. Wystarczysz ty…
            Kościół to Boży zamysł, zrealizowany na różnych płaszczyznach, natomiast ludzie… Ludzie są bardzo różni. Łatwo jest krytykować Kościół pod kątem ludzi. Jeszcze łatwiej jest z niego uciekać po spotkaniu z antyświadectwami czy negatywnymi postawami. Owszem, wszystkiemu są winni źli ludzie, ale dodatkowo myślę, że tego typu ucieczki świadczą o tchórzostwie tych, którzy mają lub mieli z tego rodzaju złem styczność, którzy się wyrzekają i nie przyznają się do swych korzeni we wspólnocie Kościoła. Ze złem(jeśli się ujawni) należy walczyć – nawet tu w środku, w domu – w Kościele. Nie ucieka się od niego, bo wtedy otrzymuje ono przyzwolenie na dalsze działanie. A najgorsze jest przymknąć oczy i udawać, że wszystko jest w porządku.
Ja też kiedyś stchórzyłem i dziś sądzę, że popełniłem błąd.
Bycie tu, wewnątrz- w tym wielkim paradoksie, będącym ŚWIĘTYM KOŚCIOŁEM GRZESZNYCH LUDZI to wyzwanie. Może kiedyś, gdy wiele informacji było zatajonych, to takie trwanie było łatwiejsze. Dziś mówi się o wszystkim i pod każdym kątem. Niejednokrotnie informacje są przemilczane, manipulowane, fałszywe, ale są też te prawdziwe, zatajane niegdyś przez tego(to), kogo(czego) dotyczą. A nasza zatwardziałość, bezsensowny gniew, obojętność itp. nie pozwala nam na to trzeźwo spojrzeć ( i chyba przez to m.in. jesteśmy tak skłóceni i podzieleni) ani nikomu uwierzyć. Nie pozwala to przede wszystkim przebaczyć.
            To prawda. Pewnie są problemy homoseksualne u księży w kościele, za które i mi jest wstyd. Są jednostki wśród kleru i biskupstwa „łase” na kasę i bogactwo – to też prawda. Są jednostki fanatyczne wśród ludzi świeckich, które popadają w skrajności, będące często ofensywne w stosunku do innych. Są jednostki, które dopuszczają się gwałtów, a potem manipulują opinią publiczną, by się oczyścić z winy oraz obarczyć nią ofiary. Dodam, że to przecież DZIEJE SIĘ WSZĘDZIE, a nie tylko w tym środowisku.
Ale pomiędzy nimi są tacy, którzy oddali całych siebie, by, będąc kapłanami, trwać przy ludziach mentalnie oraz zapraszać i prowadzić ich do Boga. Oni są moimi przyjaciółmi i nie mówią nic. Przyjmują TWÓJ atak, w którym ty wrzucasz wszystko do jednego worka z szambem. Przyjmują go bez słowa. Mimo braku win po swojej stronie czują się współodpowiedzialni i jest im wstyd. Pokutują za „czarne owce” w swoim stadzie. Czy o to nam chodzi? Czy ty masz na to wzgląd? Czy to nie jest płytkie działanie z Twej strony?
            A jacy my jesteśmy? Czy jesteśmy inni? Nieskazitelni? A jaki ja jestem?
Jeśli trzeba, to podobnie, jak ten wielki brat kapucyn zachował się wobec mnie, tak ja zachowam się wobec Ciebie. Przepraszam Cię więc za ten kościół i za takich księży. Przepraszam za gwałty, o których się mówi(także za te, o których się nie mówi i za te, stworzone na potrzeby podtrzymania klimatu nagonki), za „odjechane” samochody, pychę, materializm. Przepraszam za… No właśnie. Przeprosiny są często domeną tych, którym na czymś zależy.
Mogę Cię zapewnić, że mam wiarę, ale nie jestem ślepy ani też naiwny (taką mam nadzieję). Kiedy o czymś słyszę lub czytam, to po weryfikacji informacji rachunek jest prosty: albo mi się to podoba albo nie. Jest jeszcze opcja środkowa, w której można trwać jakiś czas, ale potem, niestety, trzeba wybrać. Na wynik tego rachunku trzeba czasem bardzo długo poczekać, przestudiować wszystkie argumenty, by mógł on być prawdziwy.
Popieram papieża Franciszka, który powoli dąży do redukcji „dóbr” kapłańskich i biskupich. Popieram dążenia do współpracy kanonicznego i świeckiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii sądzenia UDOWODNIONYCH przestępstw biskupów i księży np. w sprawie pedofilii. Tym samym popieram surowsze kary dla wszystkich tego rodzaju przestępców z różnych środowisk. Popieram jeszcze wiele innych rewolucji i potencjalnych zmian (jednak nie wszystkich), o których trudno mówić, bo propozycji jest dużo. W ostatnim czasie wspieram dyskusję (podkreślam: DYSKUSJĘ) nad problemem komunii dla rozwiedzionych. I tu uwaga: jest kilka życiowych sytuacji, w których szala mojego wsparcia przechyla się na korzyść rozwodników, ale z zachowaniem pewnego rodzaju powściągliwości. Ojciec Knabit powiedział mi tu do słuchu w kilku zdaniach[2]. Może jeszcze kiedyś uda mi się do tego wrócić i rozwinąć kwestię.
Bóg jest Miłością, ale to człowiek rozmienił Go na drobne, stworzył doktrynę i niechcący pogmatwał tak banalną sprawę. Bóg jest Miłością, ale to człowiek poprzez swoje wybory popełnia dość często błędy. Dlatego mamy to, co mamy.
Zachęcam do mówienia o tych sprawach, ale bez zawziętości i nienawiści. Zachęcam do podchodzenia do nich z dystansem, a nie popadania w skrajności: atak lub ucieczka. Przestrzegam przed generalizowaniem, bo razem ze wszystkimi śmieciami wrzucamy nieopatrznie do wora coś dobrego, przydatnego i naprawdę wartościowego.
Nie wiem tylko, co ty zrobisz z tym słowem… Nie wiem, czy chcę to wiedzieć… Zebrałem tu moje doświadczenia i myśli ostatnich wielu lat (i może jeszcze dalej). Jedynie to jest pewne – jak na razie tylko dla mnie. Czy dla ciebie także?
           
           


[1] Konstytucja dogmatyczana o Kościele „Lumen Gentium” (KK 13 – 16) w: http://archidiecezja.lodz.pl/pliki/sobor/kk2.html  sugeruję zajrzeć.
[2] http://wpolityce.pl/lifestyle/216888-ojciec-leon-ucina-spekulacje-lewicowych-mediow