czwartek, 6 sierpnia 2015

Doświadczyłem ostatnio spowiedzi...



Doświadczyłem ostatnio spowiedzi… 
Wiem, stwierdzenie jak na mnie z jednej strony śmieszne, a z drugiej dziwne…
Po kilku latach na etapie ostrożnego powrotu w rejony nie będącego ideałem Kościoła (poprzez Eucharystię, której mi brakowało, poprzez wewnętrzną postawę, a w zasadzie akceptację jej sprzeczności i minusów oraz walkę z tym, z czym jeszcze da się walczyć i wiele innych) to stwierdzenie wydaje się dla mnie czymś świeżym, a ktoś może na jego podstawie określić mnie za jakiegoś heretyka w przeszłości, a obecnie cudownie nawróconego. Prostuję. Ja w tym Kościele chyba zawsze byłem, choć przez dłuższy czas stałem jakby tuż obok drzwi (ujmując rzecz metaforycznie) na tyle, że w każdej chwili mogłem wyjść i nikt mnie nie zatrzyma… Nie wyszedłem. Lepiej. Teraz od nowa, powstrzymywany czasem przez nabyte ostatnio przyzwyczajenia, z powrotem wchodzę stopniowo coraz głębiej. Poza tym ja po prostu potrzebowałem, by ktoś, mnie wysłuchał i oczyścił. Niech miał to być Najwyższy Pan w osobie księdza diecezjalnego, zakonnika… któregokolwiek z nich. Czas gonił - padło na diecezjalnego, zakonnik zatem jeszcze chwilkę poczeka. Fakt faktem swego czasu tolerowałem spowiedź wyłącznie w kościołach zakonnych, najlepiej kapucyńskich i w sumie toleruję nadal… Dlaczego? Bo diecezjalni zapomnieli języka w gębie? Bo jeden z drugim co najwyżej każe Ci odmówić litanię i finał? Bo żaden z nich niczym Cię nie natchnie? Bo niby zakonnik taki super?  Jest jakaś prawda w tych spostrzeżeniach, ale…
Nie chodzi o spowiedź, którą trzeba odbębnić raz na miesiąc. Nie chodzi tym bardziej o spowiedź, w której liczysz na jakieś dobre słowo od kapłana, którym to słowem Cię pokieruje. Bo zdaje mi się, że zarówno moje jak i postrzeganie wielu z podobnego mi światopoglądu takie właśnie jest lub było. Chodzi o autentyczność, o szczerość wobec siebie („ja to teraz powiedziałem?”) i nie owijanie w bawełnę, a mam wrażenie (mam nadzieję - mylne), że większość z nas za wiele czasu przy konfesjonale kościelnym nie spędza. Pach! Regułka – wylegitymowanie się, recital grzechów, ten za drewnianymi kratami coś powie lub nie, walnie pokutę, krzyż na drogę i do widzenia.
Są tacy, którzy spowiadają się raz w roku i to w zupełności im wystarczy (co z resztą pokrywa się z jednym z 5 przykazań kościelnych). Czynią to przy okazji ważnych wydarzeń, jak np. pielgrzymka, spotkania wspólnotowe i młodzieżowe lub prywatne wyjazdy do jakiegoś dobrego miejsca (ja bym chciał jeszcze w tym roku jechać do krakowskiej Olszanicy na weekend, na „totalny off” – coś w rodzaju prywatnych dni skupienia). Dla przykładu podam tu spotkanie młodych w Wołczynie, na którym prócz dyżurów ojców spowiedników jest wyznaczony dzień na nabożeństwo pokutne, którego częścią jest spowiedź w warunkach często ekstremalnie „naturalnych”: pod kościołem, podczas spaceru, w pobliskim zagajniku. Ful serwis. I jest to na tyle potężne i szczere doświadczenie, że wystarczy na cały rok. Taka prawda. I czemu z tego jeszcze do tej pory nie skorzystałem… ?
Moc spowiedzi jest wielka, ale nie tylko dzięki przebaczeniu, jakie ona daje – poczuciu przebaczenia.
Spowiedź konstytuuje 5 elementów, które jak jedno ciało wpływają na jej prawidłowość. Należą do nich: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź, zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. Tak. Kościół Katolicki wymienia takich oto 5 warunków dobrej spowiedzi.  Ale można by je zawęzić do szczerego pragnienia tej spowiedzi oraz przysłowiowego „nie owijania w bawełnę”. Bo przecież ma to działać, jak katharsis i przynieść swoistą lekkość.
Zmienię nieco ranking ważności każdego z elementów spowiedzi, co zarazem nie oznacza, że będę nobilitował jeden, kosztem drugiego. Podzielę się tym, co odkryłem.
Rachunek sumienia, żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Pomimo tego, że je tutaj powiązuję ze sobą, to na piedestał stawiam rachunek sumienia. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest on z czysto ludzkiego punktu widzenia najważniejszy. Dlaczego? Bo najważniejszy jest dobry start... Niezależnie od czasu jego trwania dzięki niemu uświadamiasz sobie, jakim potrafiłeś być łachudrą przez ostatni okres, mimo tego, że w twoim odczuciu wszystko było w porządku. Jako żal za grzechy często wystarczy ból, cierpienie i dyskomfort z powodu tego, że dokonałeś złych wyborów… a może źle się układa w życiu i powodem tego są jakieś braki, bliżej nieuzasadniona rezygnacja z wcześniejszego stylu życia na rzecz takiego, który po czasie sprawia, że człowiek jałowieje… może ratując resztki swojego zdrowia i swojej cierpliwości paradoksalnie kogoś skrzywdziłeś… albo w przypływie szczerości niechcący obmówiłeś jakąś osobę… Czy można z tego wyprowadzić mocne postanowienie poprawy? Obowiązkowo! Nawet, jeśli wiesz, że pewnych rzeczy fizycznie naprawić się nie da (bo ludzie tak łatwo nie wybaczają, jak Pan Bóg)… Mi, nie chwaląc się, udało się poczynić chyba najbardziej szczery jak do tej pory rachunek sumienia przed spowiedzią…  Nigdy nie korzystałem tutaj z książeczki do nabożeństwa, jako pomocy, ale tym razem coś (lub Ktoś) pchnęło mnie ku temu. Normalnie oświeciło… Widocznie potrzeba oczyszczenia była bardzo silna…
Spowiedź i zadośćuczynienie. Tu warto być jednak elastycznym lub obrać sobie jakiś stały kierunek: spowiedź u kapłana diecezjalnego albo zakonnika.  Z tego, co zaobserwowałem, kapłan diecezjalny raczej wymaga formułki spowiedzi (za czym z kolei ja nie za bardzo przepadam, ale cóż), zakonnik niekoniecznie…  Po ostatnim doświadczeniu myślę, że w jednej i drugiej rzeczywistości da się odnaleźć, choć pomimo tego chyba będę musiał się w końcu określić, gdzie będzie moje stałe miejsce. Pamiętam z katechizmu do drugiej klasy w rozdziale o spowiedzi słowa, które traktują o tym, że „kapłan w razie potrzeby udziela rad”(paraf.). Wrosłem w jakieś dziwne przeświadczenie, że spowiedź ma być dialogiem od początku do końca, a przecież to nie o to chodzi – zresztą wiele zależy od tego, na kogo się trafi. Nieliczni wykazują się prowadzeniem dialogu, czy umiarkowanym rozwinięciem jakiegoś tematu w czasie spowiedzi, bo nie zawsze jest na to czas. Co jest pokutą? Litania, modlitwa „Ojcze Nasz” – to tak najprościej, co zresztą wielu wyśmiewa. Kapitalnym było, kiedy przed laty jeden zakonnik zadał mi za pokutę uczynienie czegoś dobrego w danym dniu. Pokuta to takie właśnie takie szeroko pojęte zadośćuczynienie.  Jeśli ma ona postać modlitwy – jest to zadośćuczynienie Bogu. Co do zadośćuczynienia bliźniemu (jak już wspomniałem) sprawa jest trudniejsza, ale warto się jej podjąć, chociażby człowiek miał się spotkać z murem nie do przebicia.
Nie zamierzam nikogo zachęcać, by zaraz w tej chwili biegł do spowiedzi, bo nie chcę słyszeć komentarzy w stylu „nie będzie mnie spowiadał jakiś pedofil” albo „po co mi gadanie do jakiegoś prawicowego klechy” bądź też zwyczajne „mi to niepotrzebne”. Chciałbym jednak, by każdy wiedział, że jest bardzo dużo ludzi ustosunkowanych do spowiedzi pozytywnie (choćby spowiadali się w okresie rekolekcji lub na ważne święta), natomiast w tym zbiorze mieści się dość wąska grupa tych, którzy wyjątkowo cenią intymność w konfesjonale. Świat mnie nie słyszy, jestem tylko ja i Bóg- Chrystus w osobie kapłana. Nielicznym spowiedź odmienia życie. A innych zniechęca, gdy w konfesjonale trafi się wyjątkowo nieprzyjemny i jałowy słuchacz :P. Naprawdę, bardzo różnie się tu może zdarzyć.
Istnieje jednak jeden constans: ulga. Ulga na duszy. Inna, niż zwykle. Inna niż po przyjacielskiej rozmowie w cztery oczy. Inna niż po terapii u psychoterapeuty. Inna. Nietypowa… Nieziemska… Będąca wyłącznie odpowiedzią na bolesną szczerość wobec siebie („nie mogę uwierzyć... tak właśnie powiedziałem?”) i wobec Pana…  Chociaż, czy jest taka konieczność wobec Niego? Przecież i tak wie…

czwartek, 28 maja 2015

Aldaron na przeczekanie




Paweł „Aldaron” Czekalski. Gitarzysta, wokalista, autor piosenek, bard. Śpiewa piosenki opisujące życie we współczesnym świecie, o relacjach i zależnościach świata natury i cywilizacji, o radościach, wyborach, smutkach, poszukiwaniu duchowości współczesnego człowieka[1] - tak o nim najprościej można przeczytać w opisie na jego stronie internetowej. Mainstream nie zna Aldarona (i dobrze bardzo), choć niby przed laty wystąpił on ze swoją muzyką w radiowej trójce. Ja też go nie znałem, dopóki nie zobaczyłem jego występu na przeglądzie piosenki górskiej „Polana” w 2012 roku. Wtedy jego muzyka, teksty oraz wokal/flow zadziałały na mnie jak swoiste katharsis, oczyszczające powietrze gór albo znad morza. Sam tworzę coś na kształt poezji od -nastu lat, ale Paweł i jego twórczość razem to jedna z nielicznych energii, które nadały tej mojej niby - twórczości zupełnie inny wymiar, w którym staram się brylować po dzień dzisiejszy. Czyniąc dłuższą historię krótką: on, jak i jego twórczość stały się jedną z moich nielicznych inspiracji.
Trzymam właśnie przed oczami swemi najnowszą płytę Aldarona „Na przeczekanie” z tego roku. W porównaniu do wcześniejszych dwóch płyt, z którymi dane było mi się w różny sposób zetknąć, odbieram to wydawnictwo jako typową składankę. Co zresztą jest prawdą: jest to składanka utworów, nagranych na przestrzeni lat 1997 („Widziałem”) – 2015(„Pytania”, „Wiatr jak wiał”). Aldaron nieświadomie zdaje się iść śladem co niektórych artystów, którzy w swojej działalności sięgają czasem do pomysłu nagrania takiej składanki, choć on sam pewnie uważa inaczej. Większość piosenek jest „odpowiednio dopieszczona” pod kątem brzmienia i jakości dźwięku. Aczkolwiek z tytułowego „Na przeczekanie” oraz „A może być tak(wersja z lasu)”  daje się słyszeć surowość wykonania. Zresztą, co do drugiej z tu wymienionych pieśni, wszelkie poszlaki wskazują, że była nagrywana w lesie J.
Całość to 11 subtelnych numerów zaśpiewanych przy akompaniamencie gitar(y), harmonijki i djembe(?) – prostota instrumentarium, która na mnie już kolejny raz odciska swoje piętno. Na płycie znalazło się też miejsce dla gości: Jacka Kleyffa oraz Marcepana Dzierzgowskiego, który, nota bene, bardzo często koncertuje z Aldaronem.
Muzycznie płyta spodoba się wielbicielom poezji śpiewanej lub piosenki górskiej. Utwory nie są skomplikowane, jedne mogą wpaść w ucho, inne niekoniecznie – to w zależności od tego, jakie linie melodyczne preferuje twoja dusza. Wokal Aldarona jest prosty i niewymagający, a przy tym, paradoksalnie, na swój sposób urzekający. Ten gość nie jest i nie będzie wokalnym guru pokroju Marka Piekarczyka, ale korzystając z możliwości i darów, które posiada, potrafi otworzyć zapomniane wymiary życia. Mamy tu bardzo łagodne tonacje, mamy emocje, mamy chrypę oraz „nawijkę” i flow. Ja ze swej strony pozwolę sobie na krótkie odniesienie się do tych utworów.
Tytułowe „Na przeczekanie”, jest pozytywnym otwarciem, z którego dźwiękami można o poranku ruszyć w połoniny.  Jak wspomniałem, w tym utworze gościnnie wystąpił Jacek Kleyff, który stworzył z Aldaronem bardzo sympatyczny dla ucha wokalny duet.
„Gdy wieczorem” to nastrojowa nuta na wieczory, która otwiera drzwi z napisem „Tęsknota”. Sam utwór ma zresztą bardzo melancholiczny charakter, przynajmniej w moim odczuciu.
„Wymiana opowieści” to utworek o bujanym charakterze, który mnie osobiście przenosi w towarzystwo, bujające się w lewo i prawo przy ognisku.
„Wu wei” wprowadza w rzeczywistość przyciemnionego pokoju z tlącymi się kilkoma świecami.
„Zmienia niezmiennie” i „Jesteś spokojem” zajmują stanowiska kolejnych pozytywnych brzmień, towarzyszy wędrówek i refleksji wszelakich.
„Widziałem” brzmi, jak opowieść wygrywana z wyższych partii Tatr, z których (nie uwierzysz) widać wszystko dużo lepiej, niż z centrum miasta.
„A może być tak” znam dobrze z wcześniejszych kontaktów z utworami Aldarona. Ten song pierwotnie był wykonany z tyskim raperem Miraho, ale tu przybiera zgoła inny kształt. Cały ciężar utworu Aldaron wziął na siebie. Jego nawijka i stonowany, melodyjny wokal tworzą całkiem udaną mieszankę, choć nieco szybsze tempo, niż w pierwszej wersji z Miraho daje się odczuć nieraz w postaci szybko łapanego oddechu J. Niemniej jednak jest to jeden z bodaj 6 utworów z tej płyty, do których przekonałem się od razu. Rytm i melodia, która wycisza…
„Pytania” poznałem chwilę przed bezpośrednim kontaktem z płytą i szczerze przyznaję, że to również jeden z moich topowych utworów, które niejako „katuję”. I wcale tego nie żałuję, bowiem miło jest słuchać melodyjnego początku i ognistego przejścia do stylowej nawijanki.
Płyta kończy się utworami „Wiatr jak wiał” oraz „Kołysanką”. Po kolejnym energetycznym numerze dostajemy wyciszającą balladę, ale nie na tyle, by pokładać się do snu J.
Teksty tego albumu to temat na osobną rozprawę, a może nawet analizę i interpretację, która może przybrać format książki. Myślę, że nawet taka interpretacja nie odda w pełni tego, co można tam znaleźć… Aldaron pisze teksty wielowymiarowe, które „na boku” można bardzo szeroko zreflektować. Każdy tekst nie jest do końca odniesieniem się do jednego konkretnego tematu/tytułu, ale stanowi on niewielki fundament do takowej refleksji. Ogólny kontekst to natura ludzka w dwóch wymiarach: zabieganym i zniewolonym przez system, kapitał, korporację i wiele innych podobnych tworów oraz tym, realizującym się w fakcie wyzwolenia, umiłowaniu przyrody, natury i wędrówce, dzięki czemu patrzenie się na to wszystko inne z boku powoduje lekki uśmiech. Aldaron bardzo lubi igrać ze słowami i szykiem („czy lubisz już facebooka na facebook’u/czy masz już swego munia na kuku?”), uciekać w filozofię („Wu Wei”) i wyliczać („Pytania”). Jak na wędrowniczy status społeczny, gość jest bardzo oczytany, osłuchany i świadomy, czego można uświadczyć zarówno na tej, jak i na pozostałych jego płytach.
Polecam tą płytę wszystkim, którzy chcą się na moment zatrzymać i mentalnie wypocząć. Polecam ją każdemu, kto wie, że życie to przeszłość i przyszłość, a teraźniejszość istnieje tylko formalnie – tak naprawdę nie jest to nawet mrugnięcie oka. Przeszłość to coś co się stało, dokonało, fakt. Natomiast przyszłość to niewiadoma, coś domniemanego, niepewnego, przypuszczalnego. Bo przecież „może być tak, że za parę lat przestanie istnieć świat, który myślisz, że znasz/ a może być tak, że nie zmieni się nic i będziemy w tym trwać na jałowo gnić”(oj, tak – nowa aranżacja tej nuty nie schodzi mi z głowy). Życie to fakty (rzeczy przeszłe) naprzeciw przypuszczeniom(niepewnej przyszłości), pomiędzy którymi jest ułamek sekundy, zwany momentem/Tu i Teraz. Nawet to można wykorzystać. Dlatego czasem warto się zatrzymać i dać sobie chwilę „na przeczekanie”.


[1] http://www.aldaron.art.pl/

niedziela, 5 kwietnia 2015

Kilka luźnych i spontanicznych refleksji o śmierci, opuszczeniu, zagubieniu i zmartwychwstaniu



Pogrzebany został Chrystus, a pod krzyżem tumany kurzu i piachu nadal wirują w tańcu… Zaszło słońce, ludzie rozeszli się do domów. Pozamykali okna, drzwi. Wszystko wróciło do normy. Nie ma już nic ciekawego do oglądania. Jutro nowy dzień…

Kilku z nas zostało samych. Staliśmy pod krzyżem, w myślach mając słowa o opuszczeniu przez Boga. „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”… Czemu opuściłeś nas? Pokaż się, nie bądź tchórzem… Gdzie jesteś?
Na świecie trwa wojna. Toczy się ona już od dłuższego czasu. Jest bezkrwawa, bez strzałów i wybuchów, dlatego nie widzimy jej i nie odczuwamy. Jesteśmy wzrokowcami – wszyscy, dlatego tak się dzieje. Zapytasz się, co za wojna… Ja wiem, że ona trwa i wiem też, że zbierze straszne żniwo. Ty, ja, każdy z nas już w niej uczestniczy. Ty, ja, każdy z nas, reprezentuje w niej coś innego. Ty, ja, każdy z nas – walczymy w niej nie tylko przeciw sobie, ale i z sobą samym. Patrzymy na drugiego człowieka i widzimy najgorszego wroga i najlepszego przyjaciela – wybór należy do nas. Patrzymy na siebie w lustrze – widzimy najgorszego wroga i najlepszego przyjaciela. Również tu wybór należy do nas. To wojna mentalna. To wojna serc i ducha człowieka z… potężnym przeciwnikiem. Nie potrafię go nazwać, ale wiem, że tkwi on w… pozorach.
Jak walczyć z czymś, czego nie widzimy? Patrzymy tylko na to, co mamy w zasięgu wzroku. Jesteśmy bezrefleksyjni, bezkrytyczni, patrzymy, ale nie widzimy. Stąd nasza podatność na kłamstwa i bierność wobec nadużyć wszelkiego rodzaju. Jesteśmy już tak zagubieni, że nawet prawda dla nas stała się potencjalnym kłamstwem, a kłamstwo potencjalną prawdą. Kolor czarny i kolor biały wymieszały swoje znaczenia. Odwracamy od tego wzrok, a ktoś z boku zaciera ręce. Zaciera z szyderczym uśmiechem, bo w ten sposób ludzie wykończą siebie nawzajem i samych siebie – swoje człowieczeństwo. Oto wojna, o której mówię.
A Ty, Chrystusie – kimkolwiek byłeś, mogłeś umierać kiedy indziej… Zostawiłeś nas, jak złodziej – w samych skarpetkach. Olałeś nas ciepłym moczem, naobiecywałeś i co. Zrobiłeś nam krzywdę. Wstyd mi za Ciebie. Mam Cię dość.
Na świecie trwa wojna, której nie czujemy. Wydaje się, że jest wszystko w porządku, a nawet jeśli nie, to przecież mądrzy mówią: „Bóg stworzył świat, stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy. Wszystko Jego wina”. Wszystko można zarzucić Bogu, byle tylko wybielić siebie. Zawsze można Boga oskarżyć o zło, o cierpienie, krwawe rewolucje, kłamstwa, manipulacje, nadużycia. Ale z boku jest ktoś, kto zaciera ręce…  
Jest ktoś, komu na rękę są nasze podziały, wynikające często z wyborów. Jest ktoś, kto lubi ludzkie wybory, jako same w sobie, szczególnie wtedy, gdy okazują się one często kompletnie nietrafione.  Jest ktoś, kto lubi, kiedy się kłócimy między sobą, kiedy kłaniamy się w pas bez refleksji. Jest ktoś, kto kocha powszechność niejasności, względność prawdy (każdy ma prawo do głoszenia jedynej prawdy albo punkt widzenia – prawda – zależy od punktu siedzenia). Jest ktoś, komu w smak upadek człowieczeństwa… Ktoś, komu pasują tarcia ateistów i muzułmanów z chrześcijanami; nadużycia; ludzie i ich skłonność do zła; przepych władzy (KAŻDEJ WŁADZY); obracanie prawa przeciw ludziom; przetwarzanie wartości w coś, pokroju kart przetargowych w walce – targowaniu się o rację lub o nowe „zasady”, niekoniecznie właściwe… Komuś bardzo pasuje, że na świecie istnieje wolność, jako robienie tego, co się chce… Jest ktoś, komu na rękę wielość interpretacji (i zagubienie z tego wynikające) jednej rzeczywistości, poddanej do oceny ludziom… Jest ktoś, kto rad jest z podważonego zaufania i negowania kogoś, kto być może ma słuszność w jakimś przekazie. Jest ktoś, kto cieszy się, że ludzie stali się bierni i łasi na wygodnictwo.  Jest ktoś, komu podoba się podważanie autorytetów (prawdziwych, nie sztucznych), co ludzie czynią z własnej nieprzymuszonej woli. Jest ktoś, komu podoba się, że wokół czegoś ewidentnie dobrego roztaczamy aurę zła, a wokół  ewidentnego zła czynimy dobre wrażenie. Jest ktoś, komu podoba powoływanie się na jakąś ideę wtedy, gdy jest to wygodne. Jest ktoś, kto wyraża aprobatę wobec obwiniania za wszystko Boga, wobec stwierdzeń, że konsekwencją i następstwem krzyża jest ten cały cholerny bajzel obecnych i wcześniejszych czasów. Tak… Jest ktoś, komu podoba się taki stan rzeczy.
Więc czemu nas opuściłeś, Boże? Może Tobie też się podoba, że tak cierpimy? Dlaczego nas nie ratowałeś? Od czego Ty byłeś?
Minęły 3 dni…
Słyszałem, że Jego znajomi widzieli Go w jakimś mieście… Podobno szedł ulicą, jakby nigdy nic… Co za cwaniak, tak nas zrobić w kakao… Przeuroczo nas nabrał… Ale… Te rany… Ślady… Myślałem, że spreparowane, ale jednak nie… Jednak nie.
Na świecie wciąż trwa wojna. Toczy się w nas i między nami, a z każdym rokiem będzie bardziej brzemienna w skutkach. Będzie coraz więcej ofiar, a na końcu nie będzie już nic…

Poza końcowym zmartwychwstaniem. Zmartwychwstaniem, które dokonuje się nie tylko wtedy, co roku, ale każdego dnia – dla kogoś… Niech wtedy powstanie na nowo przynajmniej jeden człowiek, który otworzy oczy, a kłamstwo w jego życiu zastąpi otrzeźwienie. Niechby tak się działo cyklicznie, do skutku.
Najpierw uświadomienie sobie własnego położenia, pogodzenie się z tym, że wokoło jest całe mnóstwo potencjalnej (niestety) prawdy i całe mnóstwo potencjalnego kłamstwa. Przyjmij to, jako coś realnego i znajdź siłę do lawirowania, by pomiędzy tym znaleźć uniwersalne dobro. Wyjdź z obojętności, człowieku – ona jest najgorszym zniewoleniem, kiedy rezygnujesz z szukania prawdy. Wyjdź z zatwardziałości, bylejakości i negacji, człowieku – one są pokłosiem ułudy wolności, kreowanej hasłem „rób, co chcesz”. I jeśli szukasz Boga, zmartwychwstałego Chrystusa, musisz być cały czas w drodze. Tak, jak On…

Bądź więc w tej drodze, mając za towarzyszy radość i spokój oraz ufność i nadzieję, ale też bądź ostrożny, bo tak łatwo jest uwieść, a potem złamać człowieka.
Niech ten czas Zmartwychwstania Pana będzie właśnie w drodze. Drodze, która doprowadzi do zwycięskiego zakończenia tej strasznej wojny.