Doświadczyłem ostatnio spowiedzi…
Wiem, stwierdzenie jak na mnie
z jednej strony śmieszne, a z drugiej dziwne…
Po kilku latach na etapie
ostrożnego powrotu w rejony nie będącego ideałem Kościoła (poprzez Eucharystię,
której mi brakowało, poprzez wewnętrzną postawę, a w zasadzie akceptację jej
sprzeczności i minusów oraz walkę z tym, z czym jeszcze da się walczyć i wiele
innych) to stwierdzenie wydaje się dla mnie czymś świeżym, a ktoś może na jego
podstawie określić mnie za jakiegoś heretyka w przeszłości, a obecnie cudownie
nawróconego. Prostuję. Ja w tym Kościele chyba zawsze byłem, choć przez dłuższy
czas stałem jakby tuż obok drzwi (ujmując rzecz metaforycznie) na tyle, że w
każdej chwili mogłem wyjść i nikt mnie nie zatrzyma… Nie wyszedłem. Lepiej.
Teraz od nowa, powstrzymywany czasem przez nabyte ostatnio przyzwyczajenia, z
powrotem wchodzę stopniowo coraz głębiej. Poza tym ja po prostu potrzebowałem,
by ktoś, mnie wysłuchał i oczyścił. Niech miał to być Najwyższy Pan w osobie
księdza diecezjalnego, zakonnika… któregokolwiek z nich. Czas gonił - padło na
diecezjalnego, zakonnik zatem jeszcze chwilkę poczeka. Fakt faktem swego czasu
tolerowałem spowiedź wyłącznie w kościołach zakonnych, najlepiej kapucyńskich i
w sumie toleruję nadal… Dlaczego? Bo diecezjalni zapomnieli języka w gębie? Bo
jeden z drugim co najwyżej każe Ci odmówić litanię i finał? Bo żaden z nich
niczym Cię nie natchnie? Bo niby zakonnik taki super? Jest jakaś prawda w tych spostrzeżeniach, ale…
Nie chodzi o spowiedź, którą
trzeba odbębnić raz na miesiąc. Nie chodzi tym bardziej o spowiedź, w której
liczysz na jakieś dobre słowo od kapłana, którym to słowem Cię pokieruje. Bo
zdaje mi się, że zarówno moje jak i postrzeganie wielu z podobnego mi
światopoglądu takie właśnie jest lub było. Chodzi o autentyczność, o szczerość
wobec siebie („ja to teraz powiedziałem?”) i nie owijanie w bawełnę, a mam
wrażenie (mam nadzieję - mylne), że większość z nas za wiele czasu przy
konfesjonale kościelnym nie spędza. Pach! Regułka – wylegitymowanie się,
recital grzechów, ten za drewnianymi kratami coś powie lub nie, walnie pokutę,
krzyż na drogę i do widzenia.
Są tacy, którzy spowiadają się
raz w roku i to w zupełności im wystarczy (co z resztą pokrywa się z jednym z 5
przykazań kościelnych). Czynią to przy okazji ważnych wydarzeń, jak np.
pielgrzymka, spotkania wspólnotowe i młodzieżowe lub prywatne wyjazdy do
jakiegoś dobrego miejsca (ja bym chciał jeszcze w tym roku jechać do
krakowskiej Olszanicy na weekend, na „totalny off” – coś w rodzaju prywatnych
dni skupienia). Dla przykładu podam tu spotkanie młodych w Wołczynie, na którym
prócz dyżurów ojców spowiedników jest wyznaczony dzień na nabożeństwo pokutne,
którego częścią jest spowiedź w warunkach często ekstremalnie „naturalnych”:
pod kościołem, podczas spaceru, w pobliskim zagajniku. Ful serwis. I jest to na
tyle potężne i szczere doświadczenie, że wystarczy na cały rok. Taka prawda. I
czemu z tego jeszcze do tej pory nie skorzystałem… ?
Moc spowiedzi jest wielka, ale
nie tylko dzięki przebaczeniu, jakie ona daje – poczuciu przebaczenia.
Spowiedź konstytuuje 5
elementów, które jak jedno ciało wpływają na jej prawidłowość. Należą do nich:
rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź,
zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. Tak. Kościół Katolicki wymienia takich oto 5
warunków dobrej spowiedzi. Ale można by
je zawęzić do szczerego pragnienia tej spowiedzi oraz przysłowiowego „nie
owijania w bawełnę”. Bo przecież ma to działać, jak katharsis i przynieść
swoistą lekkość.
Zmienię nieco ranking ważności
każdego z elementów spowiedzi, co zarazem nie oznacza, że będę nobilitował
jeden, kosztem drugiego. Podzielę się tym, co odkryłem.
Rachunek sumienia, żal za
grzechy i mocne postanowienie poprawy. Pomimo tego, że je tutaj powiązuję ze
sobą, to na piedestał stawiam rachunek sumienia. Pokusiłbym się o stwierdzenie,
że jest on z czysto ludzkiego punktu widzenia najważniejszy. Dlaczego?
Bo najważniejszy jest dobry start... Niezależnie od czasu jego trwania dzięki niemu uświadamiasz sobie, jakim
potrafiłeś być łachudrą przez ostatni okres, mimo tego, że w twoim odczuciu
wszystko było w porządku. Jako żal za grzechy często wystarczy ból, cierpienie
i dyskomfort z powodu tego, że dokonałeś złych wyborów… a może źle się układa w
życiu i powodem tego są jakieś braki, bliżej nieuzasadniona rezygnacja z
wcześniejszego stylu życia na rzecz takiego, który po czasie sprawia, że
człowiek jałowieje… może ratując resztki swojego zdrowia i swojej cierpliwości
paradoksalnie kogoś skrzywdziłeś… albo w przypływie szczerości niechcący
obmówiłeś jakąś osobę… Czy można z tego wyprowadzić mocne postanowienie
poprawy? Obowiązkowo! Nawet, jeśli wiesz, że pewnych rzeczy fizycznie naprawić
się nie da (bo ludzie tak łatwo nie wybaczają, jak Pan Bóg)… Mi, nie chwaląc
się, udało się poczynić chyba najbardziej szczery jak do tej pory rachunek
sumienia przed spowiedzią… Nigdy nie
korzystałem tutaj z książeczki do nabożeństwa, jako pomocy, ale tym razem coś
(lub Ktoś) pchnęło mnie ku temu. Normalnie oświeciło… Widocznie potrzeba
oczyszczenia była bardzo silna…
Spowiedź i zadośćuczynienie. Tu
warto być jednak elastycznym lub obrać sobie jakiś stały kierunek: spowiedź u
kapłana diecezjalnego albo zakonnika. Z tego, co zaobserwowałem, kapłan
diecezjalny raczej wymaga formułki spowiedzi (za czym z kolei ja nie za bardzo przepadam, ale cóż), zakonnik niekoniecznie…
Po ostatnim doświadczeniu myślę, że w jednej i drugiej rzeczywistości da
się odnaleźć, choć pomimo tego chyba będę musiał się w końcu określić, gdzie będzie moje stałe miejsce. Pamiętam
z katechizmu do drugiej klasy w rozdziale o spowiedzi słowa, które traktują o
tym, że „kapłan w razie potrzeby udziela rad”(paraf.). Wrosłem w jakieś dziwne
przeświadczenie, że spowiedź ma być dialogiem od początku do końca, a przecież
to nie o to chodzi – zresztą wiele zależy od tego, na kogo się trafi. Nieliczni
wykazują się prowadzeniem dialogu, czy umiarkowanym rozwinięciem jakiegoś
tematu w czasie spowiedzi, bo nie zawsze jest na to czas. Co jest pokutą?
Litania, modlitwa „Ojcze Nasz” – to tak najprościej, co zresztą wielu wyśmiewa.
Kapitalnym było, kiedy przed laty jeden zakonnik zadał mi za pokutę uczynienie
czegoś dobrego w danym dniu. Pokuta to takie właśnie takie szeroko pojęte
zadośćuczynienie. Jeśli ma ona postać
modlitwy – jest to zadośćuczynienie Bogu. Co do zadośćuczynienia bliźniemu (jak
już wspomniałem) sprawa jest trudniejsza, ale warto się jej podjąć, chociażby
człowiek miał się spotkać z murem nie do przebicia.
Nie zamierzam nikogo zachęcać,
by zaraz w tej chwili biegł do spowiedzi, bo nie chcę słyszeć komentarzy w
stylu „nie będzie mnie spowiadał jakiś pedofil” albo „po co mi gadanie do
jakiegoś prawicowego klechy” bądź też zwyczajne „mi to niepotrzebne”. Chciałbym
jednak, by każdy wiedział, że jest bardzo dużo ludzi ustosunkowanych do spowiedzi
pozytywnie (choćby spowiadali się w okresie rekolekcji lub na ważne święta),
natomiast w tym zbiorze mieści się dość wąska grupa tych, którzy wyjątkowo
cenią intymność w konfesjonale. Świat mnie nie słyszy, jestem tylko ja i Bóg-
Chrystus w osobie kapłana. Nielicznym spowiedź odmienia życie. A innych
zniechęca, gdy w konfesjonale trafi się wyjątkowo nieprzyjemny i jałowy
słuchacz :P. Naprawdę, bardzo różnie się tu może zdarzyć.
Istnieje jednak jeden
constans: ulga. Ulga na duszy. Inna, niż zwykle. Inna niż po przyjacielskiej
rozmowie w cztery oczy. Inna niż po terapii u psychoterapeuty. Inna. Nietypowa…
Nieziemska… Będąca wyłącznie odpowiedzią na bolesną szczerość wobec siebie („nie mogę uwierzyć... tak właśnie powiedziałem?”) i wobec Pana… Chociaż, czy jest taka konieczność wobec Niego?
Przecież i tak wie…
