Jedna
z sióstr zakonnych, pracujących w mojej parafii, jakiś czas przed śmiercią
powiedziała, że „ludzie, zdający sobie sprawę ze swojej wartości, stawiają
innym wymagania”. Na innym miejscu postawiłbym twierdzenie o tym, że gdy dajemy
siebie ludziom w jakimś stopniu, to w podświadomości i w nadziei czekamy na
zwrot lub choć na namacalne poczucie tego, iż jesteśmy potrzebni (na przekór
bierności i bylejakości). To wszystko ciężko wytłumaczyć (bo każdy wymaga
wyjaśnienia, dlaczego), ale to się dzieje tak po prostu. Dlatego między innymi,
patrząc na międzyludzkie zachowania i to, co się udziela mojej osobie,
zastanawiam się, czy jeszcze są orędownicy wzajemności.
Spróbuję się najpierw ustosunkować do słów ww. śp.
siostry Henrietty, To, że są mi strasznie bliskie, to jest akurat wiadome, w
innym wypadku nie znalazłyby się tutaj.
Mamy taki świat, w którym
prawdziwa wartość człowieka (czyli ta, nakierowana na jakieś szerokie dobro)
jest rzadkością, a my często postrzegamy dobro w tym, co jest nadużyciem albo wypaczeniem.
Czasem początkowo natrafiamy na pierwszą, krystaliczną warstwę, by potem się
przekonać, że Pomyłka jeszcze nas kocha. Zalecam płacz…
Wszystko trzeba weryfikować, a jeszcze lepiej, gdy
potrafimy to czynić wobec siebie. Kiedy ktoś zdaje sobie sprawę z tego, co jest
w nim dobre, to nie ma możliwości, by się to nie udzielało. Coś, co jest w
jakimkolwiek stopniu dobre i właściwe, ma parcie, aby się udzielać,
jednocześnie stawiając biernym odbiorcom wymagania: „ruszcie się, wstańcie,
dajcie mi z własnej woli to samo”. To nie jest transakcja materialna, ale
naturalna rzecz, zasada, którą to (po części się temu nie dziwię) próbuje się
zepchnąć, zniszczyć lub chociaż zdusić (3 x Z). Pogubił się człowiek…
Niechcący odniosłem się tutaj od razu do drugiego
stwierdzenia, dotyczącego poczucia potrzeby.
Myślę, że bierność w
relacjach, w których dominuje inicjatywa jednej strony, jest czymś powszechnym.
Występuje tu ogrom paradoksalnych postaw.
Można
mówić o zniechęceniu i wypaleniu kogoś, gdy okazuje się, że wszelkie spotkania
prowokuje zawsze ON/ONA, a JA tylko czekam, by potem niezależnie od siebie mieć
pretensje, że ON/ONA się odsunął/odsunęła. Postawiłbym tu na równi (jeśli
chodzi o wypalenie) dystansowanie się od jednych kontaktów, a szukanie innych w
celu znalezienia świeżości.
Można
być kompletnie zobojętnionym na kogoś na zasadzie: „jest, to dobrze, a jak nie
ma, to też ok”. Być może to jest najgorsze.
Można
poruszyć tu kwestie „spławiania”, wykorzystywania autentycznego lub pozornego
braku czasu, by kogoś separować.
Można
wskazać na specyficzne towarzystwa wzajemnej adoracji, w których pozorna
jedność innych odpycha (choćby nawet chcieli w tym trwać), a wewnętrzna
różnorodność czasem sprowadza do ogólnego zagubienia.
A
i można też traktować o postawach, w których przypominamy się komuś, robimy „podjazdówki”,
gdy coś od niego chcemy (pomoc w nauce, wiertarkę, czy bardziej wyszukane
potrzeby), a potem zapominamy. Też jedna z gorszych i niestety powszechnych
postaw.
Czy
czasem między tymi przykładami nie przebija się pseudo- zasada przedmiotowego
traktowania człowieka? Czy nie jest to może uwarunkowane podejściem w stylu „każdy
człowiek do czegoś nam służy” , „każdy się do czegoś przydaje”? Tak. Jeden do
zabaw, imprez, koncertów, upijania się w sztok alkoholem, drugi do rozmów,
pocieszania, klepania po plecach. A ja słyszałem, że naczelną zasadą człowieka
jest bycie, szczególnie dla kogoś, no ale cóż. W myśl jedności powyższe aspekty
i wiele innych też mnie na swój sposób dotknęły.
Jakiś
czas temu dostałem na profil facebook’owy „motywujący demotywator” – pozytywny obrazek,
pod którym widniał napis: „mówić można z każdym, ale rozmawiać mało z kim”. I
może pewnie ktoś powie, że z igły robię widły i się czymś podniecam, ale to
nieprawda. Naturalne jest, że nawet takie gesty dodają człowiekowi wartości i
głębszego spojrzenia.
Motywujący
dlatego, bo przypomniał mi, że wbrew pozorom i ja się wypalam i tracę chęci do
człowieka – tak po prostu. O ile kiedyś potrafiłem zabiegać o wybrany typ
ludzki, tak teraz odczuwam, że jest mi wszystko jedno. Co prawda w nowych
relacjach odczuwam jakąś iskrę, ale patrzę też przez pryzmat powyższych kwestii
i mimo woli wprowadzam dystans. Dwuznaczność słów i zachowania drugiego
człowieka też ma tu swój wpływ.
Może
nazbierało się za dużo z wyżej wymienionych postaw, co dosyć obciąża. Paradoks
polega na tym, że nie trwam w ułudzie i szukam sił, iskry, by wrócić na szlak,
który sobie wytyczyłem. Szlak inicjatywy, chęci, względnej tolerancji… W końcu „rozmawiać
mało z kim” dla mnie oznacza akceptację tego, że nie w głowie mi głupoty; że
mam coś konkretnego do powiedzenia i do przekazania jakąż szczególną wartość
(jeszcze w to wierzę) , choć czasem wbrew woli próbuję to ukrywać (chciałoby
się powiedzieć: „zapraszam do czerpania i bycia obok”) ; że często ścieram się
ze sobą, by zachować wiarygodność, choćby we wszystkich wymienionych tu
kwestiach(co jest destrukcyjne tylko dla mnie). Takie gesty, słowa pomagają
zdać sobie sprawę z tego, że np. mówię o tym, a lenistwo lub niechęć i
wybiórczość sprawiają, że postępuję na przekór. Może za jakiś czas ten materiał się odświeży,
trzeba tylko dać mu szansę.
Zostawię
Tobie, czytelniku (i sobie zarazem) te wszystkie wątki do przemyślenia, szczególnie
ten, dotyczący bierności (obojętności w stosunku do drugiego człowieka i jego
przedmiotowym traktowaniu). Idąc za często powtarzającą się maksymą mojego
wykładowcy, ks. Boreckiego: nie bójmy się patrzeć, potem nie bójmy się widzieć,
a na końcu „nie bójmy się zauważać i mówić o tym”(cyt. dosł.).
Między
ludźmi jest iskra, ale warto, aby była ona podtrzymywana przez wkład wszystkich stron. W
końcu gdy pośród wielu ludzi ktoś sam jeden podsyca ogień i nikt mu nie pomaga,
to ta osoba prędko traci oddech…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz