środa, 19 czerwca 2013

Przebaczenie to stopniowe uzdrowienie… Trochę refleksji.


Nie ma innego sposobu na oczyszczenie ran z trucizny niż przebaczenie.
Musisz przebaczyć tym, którzy cię zranili, nawet jeśli to, co zrobili, jest niewybaczalne. Przebaczysz nie dlatego, że zasługują na przebaczenie, ale dlatego, że nie chcesz cierpieć i ranić siebie ilekroć wspomnisz, jaką krzywdę ci wyrządzili.
Nie ma znaczenia, co ci zrobili, przebaczasz im, ponieważ nie chcesz już czuć się chory. Przebaczenie jest niezbędne dla twojego duchowego uzdrowienia. Przebaczasz, ponieważ współczujesz sobie. Przebaczenie jest aktem miłości samego siebie[1].
Streszcza się to w stwierdzeniu, jakie postawiłem w tytule: przebaczenie to stopniowe uzdrowienie. Stopniowe dlatego, ponieważ są w życiu momenty, w których musi nastąpić pewnego rodzaju katharsis. Przebaczenie jest jednym z takich momentów, takim katharsis. A potem zaczyna się długa żmudna droga przed siebie, ale szlak wydaje się łatwiejszy, bagaży jakby troszkę mniej, dobra karma wraca, jak to kiedyś gdzieś przeczytałem.
Od przebaczenia zaczyna się stopniowe pojednanie z sobą samym, z ludźmi i ze światem[2]. Trzeba się przyszykować na długi i mozolny proces, ale na pewno mniej szkodliwy, niż trucie się wypaczoną dumą, postawą „sobie-dam-radę”, poczuciem wiecznej krzywdy, odtrącenia i wynikającymi z tego niemocą i zagubieniem. Uświadamiam: istnieje coś takiego.
Zacznijmy od przebaczenia sobie. Dlaczego to jest takie ważne i co właściwie mamy sobie wybaczyć? Trudno jest przebaczyć innym, jeżeli nie przebaczyło się sobie. Dlatego warto zobaczyć, o co mamy do siebie pretensje, dlaczego ciągle jesteśmy z siebie niezadowoleni. Może poprzeczkę ideałów powiesiliśmy sobie tak wysoko, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jej przeskoczyć, co rodzi ciągłą frustrację? Może mieliśmy wielkie ambicje, z których nic nie wyszło? (…)A może w taki czy inny sposób skrzywdziliśmy innych? Teraz za to wszystko trzeba sobie przebaczyć[3]. Przebaczyć sobie, to zaakceptować indywidualizm, odmienność od reszty świata, zapędy do tego, by „być jak wszyscy” bez zamierzonych skutków i efektów. „Przepraszam za to, że nie jestem jak inni. Nie chcę taki być – chcę być sobą, ubogacanym przez tych, którym wierzę, którzy chcą dobrze dla mojego życia”.
Ale czy to takie ważne, skoro wszyscy lubimy trwać w odrętwieniu, marazmie, skoro lubimy szprycować się jakimś wyimaginowanym narkotykiem?
Może warto z tego wyjść? Wybaczyć przeszłość taką, jaka była, zamknąć to za sobą i iść dalej?
Od przebaczenia sobie niedługa droga do przebaczenia innym – tak po prostu.
Jest sporo czynników, które nam w tym przeszkadzają. Największym wrogiem przebaczenia ludziom jest osąd. (…)Osąd jest naszym prywatnym więzieniem, w którym trzymamy więźniów, czyli tych, którzy wobec nas zawinili. Jednych trzymamy tylko przez chwilę, innych przez lata, ale są i tacy, którzy mają dożywocie(…)[4].
Jakie symptomy przeszkadzają nam w takim razie w przebaczeniu drugiemu człowiekowi? Jacek Sierka wymienia ich pięć:
·         Odczuwanie bólu, z powodu tego, co mnie spotkało.
·         Rozpamiętywanie trudnych doświadczeń.
·         Oczekiwanie na karę dla tych, którzy wobec nas zawinili.
·         Unikanie ludzi, którym „przebaczyliśmy”.
·         Trzymanie ludzi w „pułapce przebaczenia”.[5]
Max Scheler powiedział: Kto żywi urazę, sam się zatruwa. Nieustanne żywienie urazy jest ciągłym niszczeniem samego siebie i rujnowaniem sobie życia. Sam przez to powiększam sobie rany już istniejące, co może powodować stany depresyjne i szukanie zemsty. Chińskie przysłowie poucza: Kto szuka zemsty, musi wykopać dwa groby. Rany niezagojone, otwarte ograniczają naszą wolność i bycie sobą na co dzień. Będąc zranionymi, ranimy też innych. Każda rana wymaga najpierw oczyszczenia, a później uzdrowienia. Niezbędne wydaje się uporządkowanie naszego wewnętrznego serca, ponieważ rzeczą mądrego jest porządkowanie. Dopiero wtedy można stawiać pierwszy krok na drodze do przebaczenia, rezygnując z zemsty, ale doświadczając jeszcze bólu o charakterze emocjonalnym. Przebaczenie potrzebuje czasu, nieraz wielu tygodni, miesięcy czy lat. Nie jest to wcale takie proste. Dopiero gdy nastąpi przebaczenie całościowe, powoli ustępuje cierpienie, a dzięki wytrwałej modlitwie rany zmieniają się w perły - powie św. Hildegarda z Bingen[6].
Tak… Przebaczyć drugiemu człowiekowi… Jesteśmy tylko ludźmi i niemożliwe, by istniał ktoś, kto przyjmuje z godnością i bez słowa sprzeciwu każdą ranę, najgorsze pomyje, ogólnodostępny syf w imię tego, by ktoś inny np. mógł się na nim wyżyć, sprowadzić go do poziomu poniżej zera, zabrać mu wszystko, dzięki czemu się wybija lub po prostu zawieść jego nadzieje, zaufanie, miłość… NIEMOŻLIWE, BY ISTNIAŁ KTOŚ TAKI.
Tak samo niemożliwe, by istniał człowiek tak ot wszystkim przebaczający na prawo i lewo. Paradoksalnie zapomina on wtedy o sobie, o tym, że poprzednikiem przebaczenia jest (i niestety musi być) uwolnienie wszelkich dostępnych, negatywnych emocji, związanych z daną sytuacją. Stricte od siebie dodałbym, że czasem trzeba się znaleźć na kompletnym dnie (to też jedno z negatywów), by potem tak zwyczajnie przebaczyć: wpierw sobie, potem innym.
Jest to proces stopniowego uzdrowienia, taki, do którego trzeba cierpliwości. Nie mamy po nim obowiązku powrotu do poprzednich rozdziałów życia i zaczynania wszystkiego od nowa(idziemy do przodu, a nie cofamy się). Lepiej tedy potraktować to, jako rozliczenie się z przeszłością, poszczególnym wydarzeniom/osobom nadać inną kategorię i „zarchiwizować”.
Co więcej można tu dodać… ? Chyba tylko tyle, że każdemu życzę takiego dnia-niespodzianki, który byłby iskrą, motywatorem do rozpoczęcia tego procesu… J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz