Pokazywanie postów oznaczonych etykietą troszkę z boku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą troszkę z boku. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2015

Doświadczyłem ostatnio spowiedzi...



Doświadczyłem ostatnio spowiedzi… 
Wiem, stwierdzenie jak na mnie z jednej strony śmieszne, a z drugiej dziwne…
Po kilku latach na etapie ostrożnego powrotu w rejony nie będącego ideałem Kościoła (poprzez Eucharystię, której mi brakowało, poprzez wewnętrzną postawę, a w zasadzie akceptację jej sprzeczności i minusów oraz walkę z tym, z czym jeszcze da się walczyć i wiele innych) to stwierdzenie wydaje się dla mnie czymś świeżym, a ktoś może na jego podstawie określić mnie za jakiegoś heretyka w przeszłości, a obecnie cudownie nawróconego. Prostuję. Ja w tym Kościele chyba zawsze byłem, choć przez dłuższy czas stałem jakby tuż obok drzwi (ujmując rzecz metaforycznie) na tyle, że w każdej chwili mogłem wyjść i nikt mnie nie zatrzyma… Nie wyszedłem. Lepiej. Teraz od nowa, powstrzymywany czasem przez nabyte ostatnio przyzwyczajenia, z powrotem wchodzę stopniowo coraz głębiej. Poza tym ja po prostu potrzebowałem, by ktoś, mnie wysłuchał i oczyścił. Niech miał to być Najwyższy Pan w osobie księdza diecezjalnego, zakonnika… któregokolwiek z nich. Czas gonił - padło na diecezjalnego, zakonnik zatem jeszcze chwilkę poczeka. Fakt faktem swego czasu tolerowałem spowiedź wyłącznie w kościołach zakonnych, najlepiej kapucyńskich i w sumie toleruję nadal… Dlaczego? Bo diecezjalni zapomnieli języka w gębie? Bo jeden z drugim co najwyżej każe Ci odmówić litanię i finał? Bo żaden z nich niczym Cię nie natchnie? Bo niby zakonnik taki super?  Jest jakaś prawda w tych spostrzeżeniach, ale…
Nie chodzi o spowiedź, którą trzeba odbębnić raz na miesiąc. Nie chodzi tym bardziej o spowiedź, w której liczysz na jakieś dobre słowo od kapłana, którym to słowem Cię pokieruje. Bo zdaje mi się, że zarówno moje jak i postrzeganie wielu z podobnego mi światopoglądu takie właśnie jest lub było. Chodzi o autentyczność, o szczerość wobec siebie („ja to teraz powiedziałem?”) i nie owijanie w bawełnę, a mam wrażenie (mam nadzieję - mylne), że większość z nas za wiele czasu przy konfesjonale kościelnym nie spędza. Pach! Regułka – wylegitymowanie się, recital grzechów, ten za drewnianymi kratami coś powie lub nie, walnie pokutę, krzyż na drogę i do widzenia.
Są tacy, którzy spowiadają się raz w roku i to w zupełności im wystarczy (co z resztą pokrywa się z jednym z 5 przykazań kościelnych). Czynią to przy okazji ważnych wydarzeń, jak np. pielgrzymka, spotkania wspólnotowe i młodzieżowe lub prywatne wyjazdy do jakiegoś dobrego miejsca (ja bym chciał jeszcze w tym roku jechać do krakowskiej Olszanicy na weekend, na „totalny off” – coś w rodzaju prywatnych dni skupienia). Dla przykładu podam tu spotkanie młodych w Wołczynie, na którym prócz dyżurów ojców spowiedników jest wyznaczony dzień na nabożeństwo pokutne, którego częścią jest spowiedź w warunkach często ekstremalnie „naturalnych”: pod kościołem, podczas spaceru, w pobliskim zagajniku. Ful serwis. I jest to na tyle potężne i szczere doświadczenie, że wystarczy na cały rok. Taka prawda. I czemu z tego jeszcze do tej pory nie skorzystałem… ?
Moc spowiedzi jest wielka, ale nie tylko dzięki przebaczeniu, jakie ona daje – poczuciu przebaczenia.
Spowiedź konstytuuje 5 elementów, które jak jedno ciało wpływają na jej prawidłowość. Należą do nich: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź, zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. Tak. Kościół Katolicki wymienia takich oto 5 warunków dobrej spowiedzi.  Ale można by je zawęzić do szczerego pragnienia tej spowiedzi oraz przysłowiowego „nie owijania w bawełnę”. Bo przecież ma to działać, jak katharsis i przynieść swoistą lekkość.
Zmienię nieco ranking ważności każdego z elementów spowiedzi, co zarazem nie oznacza, że będę nobilitował jeden, kosztem drugiego. Podzielę się tym, co odkryłem.
Rachunek sumienia, żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Pomimo tego, że je tutaj powiązuję ze sobą, to na piedestał stawiam rachunek sumienia. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest on z czysto ludzkiego punktu widzenia najważniejszy. Dlaczego? Bo najważniejszy jest dobry start... Niezależnie od czasu jego trwania dzięki niemu uświadamiasz sobie, jakim potrafiłeś być łachudrą przez ostatni okres, mimo tego, że w twoim odczuciu wszystko było w porządku. Jako żal za grzechy często wystarczy ból, cierpienie i dyskomfort z powodu tego, że dokonałeś złych wyborów… a może źle się układa w życiu i powodem tego są jakieś braki, bliżej nieuzasadniona rezygnacja z wcześniejszego stylu życia na rzecz takiego, który po czasie sprawia, że człowiek jałowieje… może ratując resztki swojego zdrowia i swojej cierpliwości paradoksalnie kogoś skrzywdziłeś… albo w przypływie szczerości niechcący obmówiłeś jakąś osobę… Czy można z tego wyprowadzić mocne postanowienie poprawy? Obowiązkowo! Nawet, jeśli wiesz, że pewnych rzeczy fizycznie naprawić się nie da (bo ludzie tak łatwo nie wybaczają, jak Pan Bóg)… Mi, nie chwaląc się, udało się poczynić chyba najbardziej szczery jak do tej pory rachunek sumienia przed spowiedzią…  Nigdy nie korzystałem tutaj z książeczki do nabożeństwa, jako pomocy, ale tym razem coś (lub Ktoś) pchnęło mnie ku temu. Normalnie oświeciło… Widocznie potrzeba oczyszczenia była bardzo silna…
Spowiedź i zadośćuczynienie. Tu warto być jednak elastycznym lub obrać sobie jakiś stały kierunek: spowiedź u kapłana diecezjalnego albo zakonnika.  Z tego, co zaobserwowałem, kapłan diecezjalny raczej wymaga formułki spowiedzi (za czym z kolei ja nie za bardzo przepadam, ale cóż), zakonnik niekoniecznie…  Po ostatnim doświadczeniu myślę, że w jednej i drugiej rzeczywistości da się odnaleźć, choć pomimo tego chyba będę musiał się w końcu określić, gdzie będzie moje stałe miejsce. Pamiętam z katechizmu do drugiej klasy w rozdziale o spowiedzi słowa, które traktują o tym, że „kapłan w razie potrzeby udziela rad”(paraf.). Wrosłem w jakieś dziwne przeświadczenie, że spowiedź ma być dialogiem od początku do końca, a przecież to nie o to chodzi – zresztą wiele zależy od tego, na kogo się trafi. Nieliczni wykazują się prowadzeniem dialogu, czy umiarkowanym rozwinięciem jakiegoś tematu w czasie spowiedzi, bo nie zawsze jest na to czas. Co jest pokutą? Litania, modlitwa „Ojcze Nasz” – to tak najprościej, co zresztą wielu wyśmiewa. Kapitalnym było, kiedy przed laty jeden zakonnik zadał mi za pokutę uczynienie czegoś dobrego w danym dniu. Pokuta to takie właśnie takie szeroko pojęte zadośćuczynienie.  Jeśli ma ona postać modlitwy – jest to zadośćuczynienie Bogu. Co do zadośćuczynienia bliźniemu (jak już wspomniałem) sprawa jest trudniejsza, ale warto się jej podjąć, chociażby człowiek miał się spotkać z murem nie do przebicia.
Nie zamierzam nikogo zachęcać, by zaraz w tej chwili biegł do spowiedzi, bo nie chcę słyszeć komentarzy w stylu „nie będzie mnie spowiadał jakiś pedofil” albo „po co mi gadanie do jakiegoś prawicowego klechy” bądź też zwyczajne „mi to niepotrzebne”. Chciałbym jednak, by każdy wiedział, że jest bardzo dużo ludzi ustosunkowanych do spowiedzi pozytywnie (choćby spowiadali się w okresie rekolekcji lub na ważne święta), natomiast w tym zbiorze mieści się dość wąska grupa tych, którzy wyjątkowo cenią intymność w konfesjonale. Świat mnie nie słyszy, jestem tylko ja i Bóg- Chrystus w osobie kapłana. Nielicznym spowiedź odmienia życie. A innych zniechęca, gdy w konfesjonale trafi się wyjątkowo nieprzyjemny i jałowy słuchacz :P. Naprawdę, bardzo różnie się tu może zdarzyć.
Istnieje jednak jeden constans: ulga. Ulga na duszy. Inna, niż zwykle. Inna niż po przyjacielskiej rozmowie w cztery oczy. Inna niż po terapii u psychoterapeuty. Inna. Nietypowa… Nieziemska… Będąca wyłącznie odpowiedzią na bolesną szczerość wobec siebie („nie mogę uwierzyć... tak właśnie powiedziałem?”) i wobec Pana…  Chociaż, czy jest taka konieczność wobec Niego? Przecież i tak wie…

piątek, 31 października 2014

Wszystkich Świętych, czy Halloween?


To odpowiedź na pytanie w sondzie, jaka toczy się od ładnych paru lat. Temat sondy: Wszystkich Świętych, czy Halloween.
Jako, że skłaniam się ku tradycjom, to zdecydowanie lobbuję okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Niechby to zdanie było naczelnym w tej wypowiedzi.
Trzeba na wstępie wspomnieć, że istnieje rozróżnienie pomiędzy dniem Wszystkich Świętych a dniem Zadusznym. Po pierwsze: Wszystkich Świętych. Prosty, laicki umysł kojarzy ten okres wyłącznie jako dzień wolny od pracy, w którym można się pobyczyć w domu. Inny na jego miejscu narzeka, bo tego dnia trzeba wyjeżdżać do rodziny na odwiedziny jakichś grobów, a przecież jest tyle piękniejszych rzeczy do zrobienia. Jeszcze ktoś będzie marudził o tłokach na cmentarzach, na ulicach. A w Kościele Katolickim to dzień, w którym czci się pamięć świętych i błogosławionych. Nazwa mówi wszystko, ale my uwielbiamy przeinaczać i przekształcać rzeczy istotne, dlatego utarło się, że we Wszystkich Świętych odwiedza się cmentarze i czci zmarłych (niektórzy czynią to jakby z przymusu albo z przyzwyczajenia). Kościoły lokalne (w sumie to nawet biskupi) niespecjalnie starają się zmienić tę tradycję, ale z drugiej strony ma to wszystko swoje uzasadnienie w polskich warunkach, w których spora część świąt jest ruchoma (wypada w różne dni tygodnia).
Po drugie: Dzień Zaduszny. Z reguły to taki dzień, w którym już trzeba „iść do roboty” (chyba, że wypada w sobotę, wtedy można się pobyczyć w domu; lub jeśli Wszystkich Świętych wypadnie w sobotę, wtedy można otrzymać zwrot dnia wolnego, jaki się wtedy należy). Sorry, ale takimi kategoriami się dziś myśli. W teorii Dzień Zaduszny powinien być tym dniem, w którym czci się pamięć zmarłych, w którym wypada się na moment zatrzymać i pomyśleć, ale w specyficznych polskich warunkach to jest raczej niemożliwe. Na pewno wpływ na to mają zakręcone, polskie prawo oraz świadomość Polaków, która została tak jakoś krzywo ukształtowana. Myślę też, że to kwestia wyboru dokonana przez tych, którzy po prostu zdecydowali się na nieuznawanie tych (nazwijmy to) „świąt”. Dobrze, że Kościół Katolicki precyzuje i kładzie nacisk na rozróżnienie tych dwóch dni od siebie, chociaż co do wprowadzania w czyn tego rozróżniania nieskromnie powiem, że z tego, co widziałem, to raczej bywa odwrotnie. Ot taka liturgika…
Natomiast Halloween to już ewidentnie nie jest polskie święto, chociaż traktuje się tu o pewnych odniesieniach do święta zmarłych. Największa częstotliwość świętowania tego czasu występuje w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii i Irlandii[1], ale ekspansja tego święta zaczyna podążać ku całemu światu. Jest to raczej typowa zabawa, maskarada, której stałymi elementami są zabawy w wywoływanie duchów, wykrajanie w dyni dziur na kształt demonicznych twarzy, czy bieganie dzieciaków od domu do domu i wyłudzanie cukierków, gdzie następstwem odmowy będzie psikus. W sumie dobra zabawa, można zbić na tym fajny kapitał w postaci cukierków, ale też dodatkowych kalorii i zepsutych zębów.
W Polsce zaczęło się robić głośno o Halloween w latach 90. W szkole opowiadano nam o tradycjach: o naszej, rodzimej – czyli Wszystkich Świętych, a na równi wspominano o Halloween, jako tradycji amerykańskiej (w ramach języka angielskiego). Zauważyłem jednak stopniową degradację świąt rodzimych, spłycanie ich znaczenia, a epatowanie tym, co jest obce – nazwijmy to wprost. Czemu nie schodzi mi z głowy ta myśl, że to działanie jest celowe i prędzej czy później skutecznie zamaże poczucie naszej tożsamości? Ja nie zamierzam celebrować amerykańskich świąt w polskim kraju.
A może to element totalnej liberalizacji „róbta, co chceta” (szczęść Boże, Panie Jurku)? W sumie nie ma co się dziwić, skoro największy autorytet kraju, prezydent Bronisław (nazwiska nie pamiętam) paraduje na tle czekoladowego orła.
Halloween to dla wielu synonim dobrej zabawy, dlatego tą nazwą operuje się coraz częściej, gdy chce się zorganizować zabawę w szkole. Podobnie jest w przypadku imprez w klubach. „Zabawa Halloweenowa w szkole podst. nr. 456”, „Wieczór Halloween w klubie Marakesh”…  Spotkasz takie hasła, o to się nie bój. Wzruszysz ramionami – tego jestem pewien. Spotkasz się też z bojkotem ze strony Kościoła wobec tych haseł – o to też się nie martw. Jeszcze lepiej: spotkasz się z kontrofensywą w postaci imprez alternatywnych a’la „Holy Wins” albo hasłami „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween”. To się dzieje dziś. Gdzieś się tam jednak przebija ta obiektywność, że czasem warto coś delikatnie wspomnieć o tradycji i korzeniach.  Albo np. jak dojechać na cmentarze kiedy będzie tyle korków na ulicach. Mam wrażenie, że coraz mniej jest miejsca na mówienie o dniu Wszystkich Świętych w przestrzeni publicznej i stąd ta walka. Święto spychane jest w granice mediów typowo katolickich. Ktoś powie, że tam jego miejsce, a od mediów publicznych wara. No i państwo ma być świeckie. Dajcie spokój...
Mówi się też tutaj, że niewinna zabawa w duchy kończy się nieciekawie. To tak naprawdę loteria. Wszystko zależy od człowieka, od jego siły, nastawienia, mentalności, a z drugiej strony od losu. Wielu traktuje to rzeczywiście jako czystą zabawę. Ale należy pamiętać, że często niewinne zabawy kładą się cieniem na dalsze życie. Już nie wspomnę o tym, że m.in. w ich wyniku może przyjść w życiu taki moment, że poczujesz się po prostu źle i ciężko będzie określić problem. Opętanie przez totalną niemoc? Skądś mi to jest znane…
Summa summarum jestem na NIE, jeśli chodzi o imprezy Halloween w Polsce. Owszem, eksperymentowałem w tej materii, głównie chodząc do klubów, w których odbywały imprezy pod tym tematem. Pomogło mi to stwierdzić, że do tego nie pasuję, że wolę swoje podwórko i tradycje. Pragnę, by je promowano bardziej, a nie mieszano integralnej tożsamości narodu z tym, co kompletnie tu nie pasuje, co nie jest polskie. Ciekawe, gdyby odwrócić role, to czy nasz wymysł, jeśli chodzi o tego typu święta by się też tak przyjął w innych krajach? Jakoś w to nie wierzę… Rzadkością dziś jest to, co w stu procentach działa w obie strony…
Na koniec ostatnia kwestia. Odkryłem wyjątkowe znaczenie polskiego święta Wszystkich Świętych i Dni Zadusznych. O ile te rzeczy można robić przy każdej możliwej okazji, tak w tym okresie palenie zniczy na grobach bliskich, dłuższa lub krótsza chwila refleksji, spotkania w tym czasie z rodziną, otwarte rozmowy, śmiech, wspomnienia, niejednokrotnie szczere rozmowy o stosunkach rodzinnych, doprowadzające często do pogodzenia nabierają wyjątkowego znaczenia i niebywałej mocy. Widziałem to, więc wiem, o czym prawię. Wszystko tu zależy od człowieka.
Ja tam osobiście wybieram Wszystkich Świętych.



[1] Źródło wikipedia, hasło: Halloween; http://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie cz.2


2.      Tolerancja, a rozmaitość światów.
Tolerancja jest pojęciem dyskusyjnym i elastycznym. Jak w prawie, gdzie są jasno ustalone zasady, gdzie wiadomo, co jest czarne, a co białe; elastyczność polega tu na tym, że tolerancję ustosunkować trzeba (NIE DOSTOSOWAĆ!!) do środowiska, ale… i tu uwaga: zachowawszy granice. To niby takie proste i banalne, ale w realizacji bardzo trudne. Poruszyłem część aspektów, w których warto rozważyć kwestię tolerancji, otwarcia się, akceptacji itp. Warto pamiętać, że tolerancja sama w sobie nie jest jednolita, ale musi się ona rozkładać na darującego i odbiorcę(pozwoliłem sobie tak określić dwie jednostki społeczne: tego, kto toleruje, akceptuje – darujący oraz tego, kto przyjmuje – odbiorca) w myśl szeroko pojętej równości. Zasada: 1. odbiorca nie może wymagać więcej, niż to, co jest mu dawane we właściwej dla darującego ilości. 2. darujący nie może w geście swojej ofiarności przekroczyć granicy, za którą istnieje możliwość zagubienia, zatracenia – także własnej tożsamości; darujący nie może dać się wciągnąć we wszystkie wymogi odbiorcy.
W zasadzie to w tej idei powinienem zamknąć rozważanie i nie ciągnąć dalej tematu. Wszystko jest jasne. Jednak podam kilka przypadków łamania tych zasad, nadużywania tolerancji, pewnego swoistego zagubienia (przez niewłaściwy ruch). Zasady te niby winny być stosowane w każdej ideologii, w każdym środowisku (dla każdego wyrażone w odpowiednim języku i dostosowane do zmiennych sytuacji), ale…


CDN

czwartek, 22 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie cz. 1


1.       Wstęp – definicja tolerancji.
Popatrz i uświadom sobie, jaki dziwny masz wokół siebie świat, parafrazując fragment sztandarowego utworu Czesława Niemena. Nie ma nic za darmo, każdy czegoś chce, każdy czegoś wymaga, potrzebuje. Każdy ma jakiś cel. Zdarzy się taki, który dąży do niego po trupach, wywróci wszystko do góry nogami, byle go osiągnąć. Egoista cholerny… Światłych umysłów, mówiących o tym, co widzą, jest mało – każdemu z nich odcina się głowę i wpycha z powrotem do szeregu marionetek, nie mających większych szans na oddech innym powietrzem. O takich często się mówi, że jątrzą i szerzą herezje. Gdzieś o tym już czytałem…
Bo widzisz…  Mieszają się wartości – nie mam pojęcia, dlaczego. Ich znaczenie stało się takie… użytkowe. Chciałbym tu położyć nacisk na tolerancję, póki co.
Historia mówi całą prawdę. Każda z wartości (głównie tych pozytywnych) to był ETOS, będący autorstwem każdego z ludzkich serc. Tym się żyło, tym się kierowało, liczył się człowiek.
Historia mówi całą prawdę. Teraz każda z wartości jest zepchnięta gdzieś w głąb, a górę wzięły pojęcia przeciwne albo pozornie dobre, noszące płaszcz i parasol nad prawdziwym swym znaczeniem. I stwierdził człowiek, że to jest dobre, bo wiele na tym zyskuje…
To taki ogólny wywód wprowadzający w temat. „Wokół tolerancji lekkie zamieszanie…” To określenie „zamieszanie” ma tu kluczowy sens, ponieważ daje się niestety zauważyć, że mając do czynienia z jakąkolwiek wartością i próbą jej określenia przez nam współczesnych, to… no właśnie… mamy małe zamieszanie. Czyżby ludzie rzeczywiście dostrzegali paradoksy rzeczywistości? Czyżby na tej kanwie dochodzili do wniosku, że bez sensu jest akceptować taki stan rzeczy, a wybierać to, co nam pasuje i co można wykorzystać na swój użytek?
A może po prostu człowiek sam zaczyna wywracać podstawowe pojęcie do góry nogami?
Jak to wygląda w przypadku tolerancji?
Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. W sensie najbardziej ogólnym oznacza on postawę wykluczającą dyskryminację ludzi, których sposób postępowania oraz przynależność do danej grupy społecznej może podlegać dezaprobacie przez innych pozostających w większości społeczeństwa. W okresie reformacji pojęcie to było stosowane w odniesieniu do mniejszości religijnych. Obecnie termin ten obejmuje również tolerancję różnych orientacji seksualnych oraz odmiennych światopoglądów[1].
Tolerancja to także otwarte, obiektywne i szanujące podejście wobec odmiennych od własnych postaw, zachowań i cech drugiego człowieka[2].
Od zawsze wiadomo, że zasada tolerancji jest kontrowersyjna i zmienna, co wskazuje na jej historyczność. Często wiąże się tolerancję z religią – tolerancja religijna.
Tylko, czy owa tolerancja i tak częste powoływanie się na nią nie wpędza nas w swoisty zamęt?

CDN