Dzisiaj wertując sieć zobaczyłem, że na jednym z
blogów powstał już taki tekst, ale nic nie szkodzi. Jego autor podłożył
fundament pod moje przemyślenia. Pozwolę więc sobie na posiłkowanie się.
Doszliśmy w końcu do tego etapu, w którym na
drodze do Pana Boga zamiast się jednoczyć, to dzielimy się coraz bardziej. Nie
ma już „razem”: są „my”, „oni”, „ci źli” i wielu innych. Jeśli miałbym być
szczery, to te podziały uwidaczniają się też w Kościele, tam jednak część ludzi
uczęszczał chyba do szkoły aktorskiej. Bo żeby coś dopatrzeć, to trzeba
poświęcić ładny kawał czasu. Ale przyznajmy: pozwoliliśmy sterować się przez
zbytni przesadyzm, brak wyważonego spojrzenia, co sprowadza się do nadużyć w
dziedzinie studiowania drugiego człowieka. Ja mam wrażenie, że też się czasem
na tym łapię, ale staram się jak zawsze wydzielać pewne kategorie. Bo komu by
się chciało, jak nie mi, prawda?
Słowo „katol” powinno mieć swoją stałą
definicję, a jak na razie każdy z nas dopisuje coraz to inną. Autor bloga, z
którego częściowo korzystam, powołuje się na taki fragment: Katolik stara się żyć zgodnie z naukami
Jezusa. Katol żyje natomiast zgodnie z naukami mocno upolitycznionego kościoła,
wierząc przede wszystkim w świętą wojnę z innowiercami i niewierzącymi i z
tymi, co chcą zdejmować krzyże. O ile katolik nadstawia drugi policzek, o tyle
katol z upodobaniem dokopie swemu bliźniemu. Katolik wybaczy, katol będzie się
sądził. Katolik wysłucha, katol zaknebluje. (prawdziwych katolików jest
niewielu, katoli – całe zastępy. W co wierzy katolik? Oczywiście w Boga. I ma
nadzieję, że po śmierci pójdzie do nieba. W co wierzy katol? Przede wszystkim w
kościół, jako instytucję. Zdarza się też, że w Boga. Jednak nie ma on – jak to
ma miejsce u katolika – nadziei, że pójdzie do nieba. ON TO WIE[1]! W komentarzu do
tego tekstu padło stwierdzenie, że sporo tu błędów. Nie wydaje mi się. To tylko
fundament, na którym można jeszcze coś zbudować i ewentualnie go zmodyfikować.
Oprócz mojego połowicznego przychylenia się do
powyższego wywodu chciałem dodać od siebie, że katol to NIESTETY fanatyczny
odłam katolicyzmu, tudzież ewolucja typowego katolika. Nie wiem, z czego
wynika: może ze ślepoty, braku wyważenia, braku dystansu czy zrodzeniu się w
nim właśnie fanatyzmu. Katologia(że tak to cynicznie ujmę) to ideologia, która
dąży do posiadania całkowitego monopolu(chociaż w sumie czy wszystkim
ideologiom o to nie chodzi?), co by, jak zostało powiedziane wyżej „zakneblować
wszystkim usta”. Jednostki, niosące tę ideologię na swoich ramionach zachowują
się dokładnie w taki sam sposób. W świetle przytoczonego tu tekstu oraz
komentarza autora bloga(dzielenie się obserwacjami swojego środowiska) katol to
pewnego rodzaju DWULICOWIEC. Albo też ktoś, kto stwierdził, że zwykły, ciepły,
miły i pokorny, dający się chlastać po ryju na prawo i lewo katolik to takie
kluchy do pomiatania i postanowił zmienić front myślenia. Strzał w latającą
ważkę z odległości 300 metrów.
Katolik za
podstawę swojej wiary uznaje Biblię. Katol woli Radio Maryja.
Katolik przestrzega przykazania miłości bliźniego. Katol pragnie wieszać
przeciwników politycznych „na drzewach, zamiast liści”. Katolik odrzuca, zakorzenioną w pogańskim sposobie myślenia, spiskową
wizję dziejów i życia. Katol jest głęboko przekonany o „ciągłości, nie
tylko ideologicznej, rządzących z sowieckimi okupantami”. Katolik wie, że Jezus, Maria i Józef byli
Żydami. Katol wyobraża sobie Świętą Rodzinę jako pochodzących spod Częstochowy
rodowitych Polaków o nieskazitelnie aryjskich rysach twarzy. Katolik uznaje
Zbawiciela w Jezusie Chrystusie. Katol skanduje: „Jarosław – Ty nas
zbaw”. Katolik za uosobienie zła
uznaje Szatana. Katol deklaruje: „Całe zło – to PO”[2]. Nie
wszystkie powyższe określenia mnie przekonują, ale stwierdzam na tej kanwie
jeszcze jedno: katol to może być ktoś, kto rozczarowany rzeczywistością stracił
po prostu cierpliwość i obwinia źródło, które w jego mniemaniu najbardziej się
do tego przyczyniło (w tym wypadku padło na PO) i upatruje ratunku w pierwszym,
lepszym i niekoniecznie wiarygodnym punkcie, z którego usłyszy pozorny „głos
nadziei”(a którym w tym przypadku jest Dżery Kaczyński).
W sumie to dobre są czasem takie tarcia,
wywoływane przez takie słowa, określenia i inne, bo sprawiają, że człowiek
mojego pokroju zaczyna myśleć, chcąc określić swoje miejsce i gdzie pomiędzy
tym wszystkim jest Bóg. Jednakowoż drażni mnie mylne pojęcie tych, którzy myślą
o dwulicowości czy fanatyźmie, a przyporządkowują to normalnemu, spokojnemu i
niczemu niewinnemu katolicyzmowi. Ot, choćby tutaj [3] .
Jedno, co jest pewne – to, że koleś, którego wypowiedź przytoczyłem w trzecim przypisie, przegina i narusza mój wizerunek i myślenie
jako zbliżone (podkreślam – ZBLIŻONE) do spokojnego katolicyzmu. Gdzieniegdzie
wyczuwam u siebie naleciałości tego „katolstwa”, ale staram się określać szybko
ich źródło, by je w miarę szybko zniwelować.
Na koniec rzeknę w ten sposób: prawdziwy,
głęboko wierzący katolik zdaje sobie sprawę ze swojej ludzkiej ułomności. Może
czas, by przypomnieć o tym także „katolowi”? Bliżej Boga jest się w takiej
postawie, czy może raczej dzięki ciszy i choć częściowej pokorze? Kto ma mózg,
niechaj myśli.
Pochwalony.
[1] w: http://patrze-i-komentuje.blog.onet.pl/Katolicy-i-katole,2,ID395396781,n
źródło przytoczonego fragmentu nie jest mi znane. Autor bloga wspomina o
przeczytanym artykule. Sam bym go odnalazł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz