Do ciszy trzeba dojrzeć… Mija czasem wiele
lat, w ciągu których przewinie się wiele sposobów modlitwy – każdy na swój
sposób honorowany. Traktuje się tu o śpiewie, postawach, gestach, odpowiedziach
na wezwania kapłana, głównie w czasie eucharystii, modlitwa Słowem Bożym,
modlitwa wstawiennicza… Przez ostatnie 20 lat poznałem wiele z tych sposobów,
niektóre wpajano na siłę, zamiast zachęcić i pokazać. Poznałem je i na tym
koniec… Znaczną część z nich omijam szerokim łukiem… Może dlatego, że wiążą się
one ze wspólnotą, bądź z człowiekiem? Fałszywym, dwulicowym człowiekiem albo
prawdziwym, któremu nie jestem w stanie uwierzyć… ?
Znam
się z ciszą od urodzenia, ale dopiero jakoś od kilku lat dojrzalsze jest
postrzeganie jej kategorii. Co innego wyciszyć się na łące, czy na spacerze i „posłuchać
śpiewu ptaków”, analizując pewne rzeczy, a co innego wyciszyć się w pustym
kościele. Tylko w pustym kościele cisza
nabiera swojej wyraźnej głębi. Stanowi to niepodważalny dogmat od
rekolekcji w Sędziszowie.
I w tej właśnie
ciszy dzieje się najwięcej…
I w tej właśnie ciszy
modlę się najgorliwiej, bo wtedy każda sprawa, każda myśl, wspomnienie,
złorzeczenie, plany, kryjące się w głowie, docierają do Boga. Nie trzeba ich wypowiadać
na głos, bynajmniej ja nie muszę. Wolę to uczynić właśnie w ciszy. Mam wtedy
pewność, że dotrze wszystko, nawet chwilowe złorzeczenie samemu Bogu. Bo
przecież On zagląda także w nasze myśli. A może głównie w myśli?
Nie oczekuję od
tej ciszy niczego. I chyba to jest najważniejsze – wystarczy, że zostanie to
ode mnie zabrane. Najgorzej jest czekać na coś w zamian od Ciszy, od Boga,
stawiać Mu wymagania. Można się wtedy zdrowo sparzyć. A nie lepiej opuścić
ręce, być cierpliwym i poczekać na niespodziankę?
Jaki ja tu jestem…
? Na eucharystii najczęściej milczę, niemal się wcale nie udzielam. Staram się
oddać kontemplacji, wyciszeniu, ale nie jest to łatwe w otoczeniu ludzi,
mających nieraz skrajne cechy wymienione na początku. Idąc za stwierdzeniem, że
modlitwa ciszą realizuje się najpełniej w pustym kościele, wspomnę miejsca, w
których to doświadczenie doprowadziło do takiego poziomu, że naprawdę wyczuwało
się tą obecność. Mówiąc po ludzku: „nie byłem tu sam, czułem, że był ktoś
jeszcze”.
Sędziszów Małopolski.
Tam się to zaczęło. Mocne doświadczenie tej ciszy, które zaczęło porządkować
życie i porządkuje je po dziś dzień. Pusty kościół klasztorny, oszczędnie
oświetlony ołtarz…
Kaplica na
ostatnim piętrze seminarium wrocławskiego, kaplica na wydziale teologicznym tuż
koło katedry wrocławskiej, puste kościoły… Cisza jest tam cały czas obecna,
trzeba tylko dobrze trafić, by być z nią sam na sam. Obecność drugiego
człowieka stanowi często dyskomfort – bynajmniej dla mnie. A może to też zależy
od tego, jaki to człowiek?
Moim pobożnym,
choć nierealnym życzeniem jest, by wszystkie kościoły były otwarte na oścież w
ciągu dnia i ogólnodostępne, tak jak kościół na zakopiańskiej Olczy, czy parafia
wrocławska na skrzyżowaniu Bardzkiej i Pięknej we Wrocławiu – ostatnie miejsca,
w których doświadczyło się tej głębszej ciszy. Otwarte na oścież, by można było
podejść pod sam ołtarz, a nie tak, jak w mojej parafii… Otworzyć na oścież te
wszystkie blokujące przedsionki, szklane odrzwia itp., by nie oddzielały.
Bo im bliżej
ołtarza zbliżam się samotnie, tym cisza jest większa…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz