poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wymieram...



                Od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie pewna wypowiedź, którą widziałem na jednym z forów internetowych. Nie jestem w stanie powiedzieć, czego ono dotyczyło, ale owa wypowiedź zawierała w sobie myśl na temat relacji międzyludzkich i miłościwie nam panującego rozluźnienia obyczajów, głupoty, manipulacji, niszczenia prawdy i wypaczonych „wartości”. „Romantyzm wymiera”… A wraz z nim romantycy, Ci, którzy jeszcze miłują i prezentują prawdziwie radykalne, ludzkie wartości, będąc w opozycji do antywartości. Romantycy i dekadenci… Co po nich zostanie? Nie pytaj…
                Nie pytaj, co zostanie po mnie, jako po jednym z przedstawicieli tego „odłamu”. Może nie stuprocentowym, wzbogaconym o pewne cechy inne od romantyzmu, ale jednak. Przyznaję się do takiego romantyzmu, będącego moim podstawowym fundamentem, który budował się latami.
                Skrajny romantyzm reprezentowali Słowacki, Mickiewicz… Ja się czuję w tej sferze taki troszkę zmodyfikowany. Po jednej stronie są:
·         Pewien rodzaj buntu wyraźnie nakierowany na zdewartościowaną rzeczywistość
·         Dekadentyzm
·         Naiwna, choć głęboka wiara w dobre rzeczy
·         Wyważona troska o człowieka
·         Bogaty i nadal ubogacany światopogląd
·         Miłość
·         Cierpliwość
·         Ofiarność
·         Dobroć
·         Świadomość samego siebie
·         Wrażliwość
Ale istnieje też druga strona medalu, a na niej wyryte cechy negatywne, takie jak:
·         Zgryźliwość
·         Chamstwo
·         Wredota
·         Obleśny i cięty humor
·         Kpina(często ukrywana)
·         Wulgarność
Konflikt następował, gdy nie byłem w stanie kontrolować jednych i drugich. Choć dziś czuję się wyniszczony tarciami, spowodowanymi przez wyżej wymienione, to i tak jestem w miarę zadowolony. Wewnątrz pozytywny, romantyczny fundament, lecz na zewnątrz czasem jestem zmuszony nakładać maskę zgryźliwości i jej podobnych, gdy mam do czynienia ze sprawami, wprowadzającymi mętlik. Co i tak nie zmienia faktu, że romantyzm wymiera, a ja wraz z nim.
Pytam się: gdzie się podziała miłość do człowieka, jako do człowieka, a nie do tego, co on posiada? Gdzie jest towarzysząca owej miłości rozwaga, kontrola i ostrożność mimo wszystko? Dlaczego oddajemy się wyłącznie naszym popędom? Skąd i po co podziały, fanatyzm, wypaczenia wartości i naturalnych praw? I dlaczego niby, kurwa mać, mam się zamknąć?
Że niby weltschmerz? Moja diagnoza jest inna…
Idę tylko za cytatami, których autorstwo można chyba przypisać ostatniemu  pokoleniu normalnych ludzi… Bo jeśli ktoś mówi, że „trzeba korzystać, póki ci wartościowi ludzie jeszcze są, bo potem już nie będzie z kogo czerpać”, to coś to jednak znaczy. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ktoś stwierdził, że, choć nieliczni, to jesteśmy alternatywą na panująca modę na głupotę, manipulację i bylejakość, to również coś to oznacza. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ja osobiście słyszę, że tacy ludzie, jak ja wymierają… Taka kolej rzeczy: lepiej przystosowany gatunek(czyt. kłamliwy, pożądliwy, oszukańczy, zmanipulowany i wiele innych) przetrwa, a słabszy musi odejść. Podziękuję wtedy, gdy:
1.        Odejdę wraz z innymi podobnymi, a nie sam.
2.        Odejdę z poczuciem, że byłem potrzebny i kochany z wzajemnością.
To wystarczające lekarstwo na lęk przed zakończeniem tej ery… Wystarczające lekarstwo na lęk przed całkowitym wymarciem…

1 komentarz:

  1. Jaruś smutny ten post, ale niestety takie czasy nastają i w pełni się z Toba zgadzam. Pozdrawiam i zycze wytrwalosci i nie za szybkiego "wymierania" : P

    OdpowiedzUsuń