niedziela, 10 lutego 2013

Cierpliwość...


Myślisz, że jeśli spotykasz człowieka cierpliwego, to możesz uczynić z nim i przy nim wszystko. Masz o nim mniemanie, że daje sobie wejść na głowę, „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy”, wykorzystujesz go, jak worek treningowy, wyżywasz się emocjonalnie w jakiejkolwiek formie i niby wiesz, że będzie to tolerował.
Poświęcasz komuś czas, słuchasz go wytrwale, znosisz każde marudzenie, gorycz, każdy żal. Źle, jeśli druga osoba tego nie docenia i nie jest w stanie się w jakikolwiek sposób tobie zrewanżować. Winno to być w niej pewnego rodzaju poczuciem do tego, aby „dotankować” tobie tej cierpliwości więcej. Może to robić poprzez obecność, poprzez miłość, chęć bycia, wszelkiego rodzaju inicjacje.
To taki troszkę mój punkt widzenia. W relacji z drugą osobą zawsze okazywałem dużo cierpliwości, a zarazem ubywało mi jej, gdy dochodził do mnie emanowany przez nią egoizm, bo „ja od tego jestem”. Od słuchania, znoszenia, kiwania głową, akceptacji. I na tym koniec…
Ale ja… też mam wymagania. Chcę „nagrody” za cierpliwość.
Cierpliwość, która (mam takie wrażenie) spychana jest do rangi obowiązku wobec człowieka. Aspekt cierpliwości, jako cnoty, wartości, prawie się już nie liczy, bo jest albo słabo albo w ogóle niezauważany. Co z tego, skoro ofiarowuję ją komuś, mając na względzie miłość, jako naczelną zasadę, skoro potem przez kolejny miesiąc następuje cisza, milczenie; co, jeśli ta cierpliwością chcę pokazać, że jestem naprawdę wiele wart (bo np. w tym momencie kogoś ratuję od zniechęcenia i śmierci), a dana osoba na to nie patrzy, nie docenia tego i dalej rozgląda się gdzieś zupełnie indziej?
Sam się sobie dziwię, że wypowiadam się na temat tych wymogów. Ale to chyba dlatego, by uświadomić sobie i tobie, czytelniku, pewien paradoks. O ile teraz za cierpliwość wymagam jakiegoś dobra, tak przed laty często jej nadużywałem, jeśli chodzi o innych i zachowywałem się dokładnie tak samo, jak dziś część moich odbiorców. Naleciałości tego obserwuję w swym aktualnym życiu.
Należałoby wpierw zwrócić uwagę, że cnota cierpliwości stanowi o wielkiej sile człowieka, a zarazem może być jego zgubą. Tym bardziej, że obecna kondycja ludzka stawia przed nami bardziej liczne i niejednokrotnie sprzeczne ze sobą wymagania. To może oznaczać, że ludzie się pogubili, ale przecież są tacy (choć to wymagający gatunek), którzy jeszcze walczą i trzymają się pewnych zasad, w tym – cierpliwości.
Cierpliwość, jako zguba, to może tzw. „lekka przeginka”, ale niestety. Zewnętrznie postrzega się takiego człowieka, jako miskę do wylewania pomyj. Jest to mylna definicja i świadczy tylko o wąskim rozumowaniu jej użytkowników. Przyznaj, że drugi człowiek cierpliwie znosi twoje obelgi, wiedząc, że gdyby tylko spróbował podnieść głos, to zrobisz mu krzywdę. Przyznaj, że upatrzyłeś sobie kogoś do nękania, a ten ktoś w twym postrzeganiu nie ma prawa głosu i obrony.
A ty, który cierpliwie znosisz to wszystko, nie musisz tego robić.
Cierpliwość, to cnota i zasada, z tym, że będąc zasadą, ma ona prawo do pewnych odstępstw. Nie trzeba się bać i czasem wręcz należy je stosować, pozwalać sobie na nie. Nie broni ona wetowania i powiedzenia w odpowiednim momencie, że „czegoś już wystarczy” i, że „masz dość”. To naturalne, kiedy się walczy i potrzeba odpoczynku, określenia innej „taktyki”.
Cierpliwość, to cnota, jedna z doskonałości i owoców Ducha(por. KKK 1832), choć w ujęciu czysto ludzkim jest to jednocześnie pewnego rodzaju sprawność, polegająca na wytrwałym znoszeniu przykrych stanów psychicznych, towarzyszących człowiekowi w realizowaniu określonego celu[1]. Stanowi ona naturalną dyspozycję człowieka, podstawę harmonii, szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Pismo Święte wskazuje na nią, jako na postawę ludzką, a zarazem jeden z głównych przymiotów Boga, określanych, jako makrothymia[2] oraz hypomoce, które oznacza wytrzymałość, wytrwałość, chart ducha w trudnych okolicznościach[3]. Jest też ona sprawnością moralną, pomagającą w osiągnięciu dobra[4]. Powiedziano o niej też, że jest częścią męstwa(kobiet też się ono tyczy). Obecny papież, Benedykt XVI, opisał ją kiedyś, jako „codzienną formę miłości”, a że miłość to cecha Boża… Św. Augustyn w swym traktacie o cierpliwości określił cierpliwość, jako „tak wielki dar Boga, że powinna być ona ogłoszona jako przebywający w nas ślad Boga”[5].
Cierpliwość prowadzi do cierpienia w milczeniu, do znoszenia przeciwności wynikających ze zmęczenia, z cudzego charakteru, z niesprawiedliwości, i tak dalej. (...)Jest ściśle spokrewniona z wytrwałością[6].
Osobę cierpliwą charakteryzuje łagodność, grzeczność i stałość w każdych okolicznościach. Prawdziwą próbą cierpliwości nie jest czekanie, ale to jak człowiek zachowuje się czekając. "Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków." (Jk 1,4)[7]. I może właśnie dlatego cierpliwość wiernie towarzyszy mądrości(św. Augustyn)…[8]
Jeśli cierpliwość prowadzi do znoszenia cierpienia w milczeniu, to jaką jej moc potrafił okazać Chrystus, idąc na śmierć krzyżową. Jeśli cierpliwość jest częścią męstwa, to ile energii musimy dokładać w relacjach z człowiekiem, na którym nam zależy. Jeśli życie, to cierpliwe czekanie na śmierć…
To ile musimy siebie dać, byśmy przy końcu niczego nie żałowali.
Tak jest. Miłość wyraża się w cierpliwości, której niedoścignionym wzorcem jest sam Bóg. Prawda to, że dziś nie chcemy o tym słuchać, bo przecież trzymamy świat i życie w garści. Wielu osiągnęło coś, jak twierdzi „bez pomocy Absolutu”, dzięki cierpliwości. Warto jednak pamiętać, że cierpliwość, to synonim tegoż Absolutu, więc tak czy inaczej, Jego udział w tym jest. Tak – są postawy, które niezależnie od wszelkich deklaracji i ideologii, zbliżają do Boga[9].
To prawda, że ważna jest też nasza własna praca. Słyszałem o marzeniach innych, którzy chcieli być lepszymi ludźmi. Słyszałem marzenia takich, którzy chcieli się porównywać do mnie(nie mam pojęcia, czemu – przecież nie jestem święty i raczej na to stanowisko nie aplikuję). Słyszałem, że ktoś chce powalczyć o lepsze wartości w swoim życiu, bo to mu doda otuchy.
Nikt tego nie zrobi, jeśli nie da swojego wkładu. Kłania się cierpliwość w osiąganiu zamierzonego efektu.
Nikt z nas nie rodzi się doskonale cierpliwym. Tej cennej cnoty nabywamy systematyczną pracą, gdyż – jak mówi biblijny Mędrzec – "cierpliwy i opanowany więcej może niż siłacz" (Prz 16, 32)[10]. I chodzi tu zarówno o cierpliwość w stosunku do siebie, do świata i do drugiego człowieka.
Idealną niemal myśl stawia tu święty Franciszek, twierdząc, że tyle ktoś ma w sobie cierpliwości, ile jej okaże w przeciwnościach[11]. Gdyby Biedaczyna z Asyżu żył w dzisiejszych czasach zobaczyłby, jak jego napomnienie nadal odnajduje słuszność, choć w niektórych momentach tak, jakby nie pasowało. Zwracam tu uwagę na sytuacje, w których chcemy na ludziach, mających brak wzorców i kompletnie rozluzowane obyczaje wzbudzić poczucie wzajemności lub świadomość trwania w błędzie.
Owego Biedaczynę zapewniam: w dzisiejszym świecie cierpliwość szybko się kończy, ale tylko dlatego, że potrzeba jej odpoczynku. Dokonała ona ewolucji w wartość nieustannie odnawiającą się.
Może dlatego, że przeżywając to wszystko i tak zmierzamy do Boga, jako źródła niekończącej się cierpliwości? A może… tak ma po prostu być?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz