czwartek, 31 stycznia 2013

Przejmująca cisza


Na początku były cisza i spokój, a gdy przyszła pora na człowieka, zrobił się harmider…
Ciekawa myśl, prawda? I w pewnym stopniu aktualna, bo bycie między ludźmi – paradoksalnie rzecz ujmując – z jednej strony daje komfort radość i spełnienie się(bo mam do kogo mówić i kogo kochać) a z innej uświadamia w poczuciu hałasu. A są przecież chwile, gdy chcemy po prostu uciec, być sami i się „przewietrzyć”. Nie wierzę, aby był ktoś, kto tego nigdy nie pragnął.
            Na zaduch, panujący w pokoju(nawet, gdy jest odkurzone), lekarstwem jest otworzenie okna. Zimą daje to efekt druzgocący. Pomyśl: rano otwierasz okno, nie ma cię cały dzień, wieczorem wracasz i zamykasz. Co czujesz poza zimnem? Kaloryfer włączysz za chwilę! Powiedz, co czujesz poza zimnem!? Świeżość. Wszystko się wywietrzyło, oddycha się zdecydowanie inaczej, lżej. Teraz możesz włączyć kaloryfer.
            Mieszkając w mieście coraz rzadziej możemy zaznać ciszy – blokowisko pełne jest różnorodnych dźwięków, lecz i człowiek żyjący w ciągłym stresie, ciągłej pogoni za czasem, konieczności rywalizacji z innymi, otoczony jest zewsząd kakofonią dźwięków, wiecznym hałasem o różnym natężeniu. Szum samochodu, gwar ulicy, sklepów i budynków powszechnej użyteczności, wciąż włączone radio lub telewizor, rozmowy z wyboru i konieczności,  tykanie zegarów, włączające się automatycznie różne urządzenia i stukanie o klawiaturę  z czasem stają się normalnością, na którą przestajemy reagować, co nie znaczy, że ich nie słyszymy, i że dźwięki te nie są rejestrowane przez nasz mózg, więc gdy nagle naprawdę zapadnie cisza, nieraz jesteśmy zdezorientowani, bo nawet noc nie gwarantuje nam, że przestaną do nas docierać bodźce dźwiękowe. To jednak tylko świadczy o tym, że odwykliśmy od niej i przestaliśmy jej pragnąć. Może to być sygnałem, że próbujemy uciec w świat dźwięków od momentu spotkania się sam na sam z sobą, ze swoim sumieniem, do którego potrzeba jest nam cisza. To w ciszy docierają do nas sygnały z głębi naszego serca… [1]
A jednak ludzie(…) z jakiegoś powodu, ludzie wprowadzają hałas aby tę ciszę odepchnąć. Dodam, że zazwyczaj są to działania bezwiedne takie przy okazji, z przyzwyczajenia, jak zaspokajanie głodu przez narkomana.
Wchodzimy do domu włączamy telewizor, wchodzimy do biura lub wsiadamy do samochodu - włączamy radio/mp3/płytę. Ludzie jadą nad wodę do lasu ale z radyjkiem, no żeby coś grało!
Mamy chwilę aby odpocząć, włączamy komputer (który także „hałasuje” może tylko inaczej).
A gdzie chwila dla ciszy? Na usłyszenie Boga (a jak ktoś nie wierzy w Boga to – kiedy ma czas usłyszeć siebie?)?
Boimy się ciszy? Głosu Boga(a może własnych przemyśleń?)?[2]
Olgierdowi ciągle przeszkadzano, gdy chciał się wyciszyć i poukładać w myślach kilka spraw. Reagował gwałtownie, choć nie powinien w ogóle zwracać to uwagi. Był dziwakiem. Dlaczego nie krzyczał? Dlaczego nie wygłupiał się, jak inni? Czemu tak często był sam?
Jak to wszystko poukładać? Dlaczego tak często nie respektujemy ciszy? Albo dlaczego mamy do niej taki obojętny stosunek?
Po pierwsze, chyba dlatego, że cisza to jedna z postaci Boga. Cisza to wartość, która do Niego zbliża. Pragnienie tych, którzy odczuwają dyskomfort życia w hałasie. Albo jedna z zasad istnienia świata, z której zawsze można czerpać. Wszystko zrodziło się z ciszy i w ciszy. W ogóle to wypisuję głupoty, bo najprościej jest powiedzieć: „wyjadę w góry, na łąkę, padnę na trawę, wyciszę się i będzie to samo”. I na tym koniec? Równie dobrze od tego można zacząć…
Bóg przychodzi w ciszy(lubi to robić) i może dlatego tak wielu ludzi niekoniecznie chce się jej poddać. Gdy chodzi o tych, którzy utrzymują z Nim jako taką więź, to wiedzą, co się wtedy czasem dzieje i czego się spodziewać. Potrafią zagłuszyć zewnętrzny świat, zamknąć się w sobie i pobyć tak po prostu, np. w pustym kościele. Osobiście polecam.
Będąc w pustym kościele, bez większych szans na zakłócenia przez otwierające się drzwi i wejście kogoś z zewnątrz, mamy większą możliwość podzielić się naszymi niepoukładanymi myślami z Panem, niż choćby w czasie adoracji(w kościele, po mszy). Osobiście zawsze uważałem, że adoracje winny w kościele czasem wyglądać tak, jak na różnego rodzaju rekolekcjach. Za przykład postawię znowu rekolekcje u kapucynów(nie wykluczam podobnych schematów w przypadku innych zakonów bądź świeckich grup ewangelizacyjnych). Na każdym takim wyjeździe był jeden lub dwa dni, przeznaczone na 20 lub 30-minutową wieczorną adorację Najświętszego Sakramentu w kaplicy w kompletnej ciszy lub przy cichej muzyce ambientowej, utworach gitarowych z żeńskim wokalem, puszczanymi z płyty w radiomagnetofonie. Rola ojca prowadzącego polegała na tym, że przynosił Najświętszy Sakrament do kaplicy(najbardziej klimatyczna jest w Krakowie-Olszanicy), a potem szedł do pobliskiej rozmównicy i czekał. Po wielu tego typu przeżyciach nabrałem niepodważalnego poczucia, że cisza prowokuje do rachunku sumienia. Przychodzi taki moment, w którym głos wnętrza uświadamia nam, że w ostatnim okresie narobiliśmy sporo bałaganu i wypadałoby o tym komuś opowiedzieć – uzyskać przebaczenie… I nabrać sił na sprzątanie…
Spowiedź. Na nią wtedy był czas, ale podczas tego typu adoracji miała ona szczególne znaczenie. Była gruntowna i dogłębnie renowacyjna.
Ile cudów uzdrowienia ciała i duszy dokonało się w świętej ciszy podczas adoracji,  wie o tym jedynie Bóg. Mamy wówczas możliwość złożenia przed Panem Jezusem wszystkiego, co „ugniata”  nasze serce jak niewygodny but podczas pielgrzymki pieszej, uniemożliwiający nam przez bolesne otarcia i zranienia dotarcie do celu. Lecz adoracja to nie tylko nasze wyznanie, ale i cisza, w której On przemawia do nas. To intymne spotkanie z Bogiem, w które nie powinien wkradać się ktoś z zewnątrz, bo staje się intruzem. I tu wcale nie chodzi o jakieś długie godziny adoracji, a chociaż o chwilę. Chwilę ciszy[3].
I może to jest prawidłowy wymiar… Nie taki, w którym np. po mszy świętej jest 10 minut na „odklepanie litanii”, „ciągłą nawijankę” bez możliwości podarowania ludziom chwili ciszy, czasu na przemyślenia, na rachunek sumienia.
Jakże o nią ciężko,  gdy ktoś prowadzący adorację ( np. przy Bożym Grobie lub podczas Godziny Świętej) skrupulatnie obliczy każdą minutę wystawienia Najświętszego Sakramentu, by przeznaczyć ją w całości na modlitwę wspólnotową. Wyśpiewywane po kolei wszystkie zwrotki kolejnych pieśni z modlitewnika nie służą tak naprawdę prawdziwemu spotkaniu z Jezusem ukrytym pod postacią Chleba, a osoby pragnące skupić się na modlitwie indywidualnej nie mają żadnej szansy odciąć się od tego „ świętego zgiełku”, bo trzeba przyznać, iż rzadko zdarza się, by grupka wiernych śpiewała naprawdę pięknie i dzięki tej poprawności w wykonywaniu danego tekstu i melodii wznosiła myśli osoby słuchającej lub także śpiewającej w grupie ku Bogu[4].
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty (Krl 19, 13).
Od jakiegoś czasu, mimo, że uczestniczę we mszy św., odczuwam dyskomfort. Mam takie wrażenie o sobie, że przeszkadzają mi ludzie, zagłuszają to, co chcę „wypowiedzieć”, nie dają mi się skoncentrować. Bez eucharystii, w pustym kościele i najlepiej jak najbliżej ołtarza takie skupienie przychodzi mi lepiej[5].
Dlaczego piszę o duchowym wymiarze ciszy, pomimo, że są inne?
Na pewno dlatego, że najczęściej taki wybierałem i w pewnym stopniu wybieram nadal. Od tego się zaczęło – od całkowitej ciszy. Podany wyżej fragment Księgi Królewskiej ma słuszność – Pan przyszedł w ciszy. Dlatego w swoim życiu dokonałem rozróżnienia między ciszą a Ciszą.
Jedno jest pustym wrażeniem, służącym odpoczynkowi, relaksowi i niczemu więcej, a drugie stanowi wyższą formę, doświadczenie, samorefleksję, rachunek sumienia, prowadzący czasem do płaczu oraz samego Boga. Obydwie można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od człowieka. Ja osobiście uhonorowałem pusty kościół, małe kaplice podczas adoracji(oj, jak mi tego brakuje), puste mieszkanie, w którym jestem absolutnie sam, kilka miejsc koło Oleśnicy, działających wyciszająco… Lubię muzykę, kino, rozmowy, koncerty i inne, ale pilnuję jednocześnie zdolności odcięcia się od tego, podczas, gdy wielu tego nie potrafi albo się tego boi. Są tacy, którzy uznają to wszystko za oczywiste, acz niepotrzebne albo nie mające takiego znaczenia, a inni szukają na siłę bądź wymyślają aspekty. Nikt niczego nie szuka ani nie wymyśla. To wszystko po prostu jest, trzeba tylko patrzeć i widzieć, a nie wyłącznie patrzeć… Czasem chyba wystarczy być cichą osobą i spokojną. Takim przychodzi to o wiele łatwiej.
Wracając jeszcze na moment do adoracji… Ucieszyłem się, gdy moja rodzinna parafia zainicjowała pomysł wprowadzenia nocnej adoracji przy Najświętszym Sakramencie końcem każdego miesiąca. To, że nie miałem jeszcze okazji uczestniczyć, to druga rzecz, ale przyjdzie taki dzień… Grunt, że został obrany jeden z pozytywnych elementów, wzbogacających dalszą działalność parafii.
Matka Teresa z Kalkuty kiedyś powiedziała: „Bóg jest przyjacielem ciszy. Cisza daje nam nowe spojrzenie na wszystko. W ciszy odnajdziemy nowe siły i prawdziwą jedność”. W ciszy człowiek słyszy samego siebie, dostrzega swoje serce, a nade wszystko odczytuje delikatny i subtelny głos mówiącego doń Boga[6]. Dlaczego taki wielki na to kładę nacisk i przypominam o tym – sobie zresztą także? Chyba dlatego, że występuje dziś dominacja przyziemności i bylejakości. Istnieje mała, choć krzykliwa grupa ludzi, próbująca wyjść naprzeciw i zawładnąć ciszą, nadać jej znikome znaczenie. Grupa która twierdzi, że – parafrazując klasyka: „ich racja jest najichsza”. Stanowią oni pewnego rodzaju zagrożenie, próbujące wyprzeć ciszę, spokój czy chęć ich poszukiwania z serc. W nas samych jednak siedzą przeszkody takie, jak: lęk, strach, pycha, rozmaite przyzwyczajenia i uzależnienia(od koncertów, imprez dyskotekowych, od rzeczy, zajęć i ludzi)[7].
Jesteśmy dziećmi hałasu szukającymi ciszy. Na naszych wakacyjnych szlakach spotykamy niejeden kościół i kaplicę, niejedną polanę leśną. A może będzie to dom naszych przyjaciół, ruchliwy dworzec, nasze mieszkanie. Uwierzmy, że wszędzie tam możemy odnaleźć strefę ciszy, pustynię w środku miasta. Odnajdziemy ją wtedy, gdy będziemy wewnętrznie wyciszeni i wolni. A wraz z nią odnajdziemy radość, odpoczynek, pokój, gdyż prawdziwa cisza jest naprawdę w nas, a nie poza nami. Jest w nas niezależnie od czasu, miejsca i ludzi[8].
Prawdziwa i przejmująca cisza, która może uratować życie…


[4] tamże
[5] Taki mimowolny apel o całkowite otwarcie kościołów w ciągu dnia, by każdy mógł wejść i się pomodlić przy ołtarzu, a nie w przedsionku. Daje to poczucie oddalenia, odcięcia od Pana Boga, a im bliżej ołtarza
[7] Por. tamże

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz