Sede
vacante. Kościół bez papieża. Czuję się chyba tak samo, jak większość. Nawet
ateiści dostrzegli, że coś w historii tąpnęło, zaznaczyło się bardzo wyraźnie w
kalendarzu dziejów. Nie chcę wymieniać ani przypominać, że oto po 700 latach,
we współczesnych czasach bla bla bla… Temat jest klepany od ponad 2 tygodni na
utrapienie, a wiadomo, że gdzie drwa rąbią, tam lecą wióry. Z tym, że niektórym
to rąbanie kompletnie nie wychodzi, a innym owe wióry lecą w oczy. Nie rozwijam
tej metafory – kto ma uszy i myśli, wie, o co chodzi.
Wydaje
mi się, że ostatnio skrystalizował się pewien ogląd na rzeczywistość. Dzieje się tak zawsze, gdy dociera do nas, że ktoś odchodzi, że
następuje jakaś zmiana. Nagle podsumowujemy, nagle myślimy, rozważamy…
Wcześniej mało kto słucha, mało kto zwraca uwagę, a czasem wręcz przeciwnie.
Próbuje zakrzyczeć. Robi to zawsze ten,
którego prawda najbardziej boli i chce się jej wyprzeć – o tym należy pamiętać!
Robi to ten, kto najnormalniej w świecie pieprzy bzdury, robiąc wszystko,
by nabrały one statusu niepodważalnego aksjomatu – dogmatu.
Benedykt
XVI trafił na okropny czas nadużyć, manipulacji, naginania wartości prawdy, błędnego
przypisywania twierdzeń, nadinterpretowywania słów a nade wszystko kompletnie
wywróconych wartości i rozluzowanych obyczajów. Na pohybel tym, którzy marzą,
aby nowy papież przymykał oczy i tolerował wymienione wyżej przeze mnie
pojęcia, a do tego nadał im moc prawną. Przytaczam tu słowa, wielokrotnie mówiące
o tym, że papież to sługa Boga i obrońca tradycji Kościoła, a nie „wykonawca”
poleceń człowieka(przyp.). Ale o co mi konkretnie chodzi…?
Przyznam
się bez bicia, że początkowo nie byłem zadowolony z wyboru Ratzingera na
papieża. „Każdy, ale nie Niemiec”. Bardzo mi się nie podobał jego wyraz twarzy,
„wilcze spojrzenie”. Miałem wrażenie, że kompletnie zrujnuje to, co zbudował
sobą Jan Paweł II. Brakowało tego ciepła spojrzenia, tej werwy, tego ludzkiego
podejścia, widzianego gołym okiem. On się kompletnie nie nadawał do tej roli.
No ale cóż.
Teraz
nieliche zaskoczenie. Hipokryci, dwulicowcy przyklaskują każdemu słowu, a za
plecami mierzą, gdzie wbić nóż. Hipokryci to tacy, którzy kogoś gnębią, a potem
nagle głaszczą po plecach, szczycąc się, że jesteś. Hipokryci to tacy, którzy
pomijają fakt swojej pomyłki i przechodzą do porządku dziennego. Mnie od
takowych odróżnia to, że umiem się do pomyłki przyznać. W przypadku Josepha
Ratzingera tak było. Bez litowania się nad sobą przyznaję się do pomyłki. Stało
się tak z kilku znaczących powodów.
Pierwsza
pielgrzymka papieża do Polski i odwiedziny w Auschwitz. Chyba każdy to widział
i każdy dostrzegł sens i głęboki symbol tego wydarzenia. Choć znajdą się tacy,
dla których to będzie za mało i będą potrzebowali rekompensaty(także
materialnej), to gest papieski wtedy był bez precedensu. Wymieniam to, jako
pierwszy powód.
Drugi
i bardziej przełomowy dla mnie powód to otwarte przyznanie przez papieża faktu,
że w kościele jest grzech. Wcale nie wykluczam, że jego poprzednicy też
stwierdzili ten fakt, ale do mnie to jakoś nie dotarło. Ratzinger musiał nadać
temu stwierdzeniu charakterystyczny ton. Otóż prawdą jest, że w kościele jest
grzech. I nie ma tu mowy wyłącznie o nas, jako o zwykłej wspólnocie – Kościele,
ale bardziej o instytucji, w której jest hierarchia… Miałem wrażenie, że papież
swoje słowa skierował właśnie do hierarchii, aby uznała swoją MAŁOŚĆ i przyznała się do swej w 100%
służebnej, a nie momentami władczej roli oraz do tego, że wszyscy są tam tylko
ludźmi i mają obowiązek żałować i przepraszać, a nie unikać win, jeśli takowe
nastąpiły. Obawiam się(w pozytywnym tego słowa znaczeniu), że papież tymi
słowami uderzył w część środowiska kardynalskiego, które kieruje się ambicją i
niczym więcej. Nie oszukujmy się – TAM
TEŻ SĄ PODZIAŁY! W istocie dojdzie do tego, że cofniemy się do czasów
małych grupek chrześcijańskich, poszukujących Bożego ducha w każdym miejscu,
gromadzących się na modlitwie, jak to opisują Dzieje Apostolskie.
Niewykluczone, że cofniemy się do tych czasów, w których wiara miała ogromne
znaczenie i stanowiła coś indywidualnego, doświadczalnego, a dziś wymieszała
się z mentalnościami świata. I to też stwierdził Benedykt XVI! W dodatku, jako
kardynał – rozejrzyj się jeden z drugim za wypowiedzią z 1969 roku. Powód ten jest
dodatkowym motywatorem dla trzeźwego i krytycznego spojrzenia, jakie próbuję w
sobie od pewnego czasu rozbudzić, jeśli chodzi o tą kwestię. Nie dlatego, by
coś obalić, ale by przypomnieć, jaki jest fundament.
Ostatni
powód to zdecydowane potępienie pedofilii w środowisku kapłańskim i pierwsze
kroki do uregulowania tego problemu. Benedykt XVI zaczął drobnymi kroczkami
realizować prośby o to, by kapłani, którzy dopuścili się tego czynu, zostali
postawieni też przed sąd świecki. Nawet pod te drobne kroczki były podrzucane
liczne kłody, dlatego zamiar nie został zrealizowany. Nie podobało mi się
przedstawianie papieża w negatywnym świetle, kiedy chciał nawrotu do bardziej
konserwatywnych wartości, jako, że chciał on całkowicie zanegować naukę Jana
Pawła II. Bzdura. W wielu aspektach poszedł w innym kierunku. Cechował go
nacisk na chrystologię, podczas, gdy Jan Paweł II był personalistą.
Żałowałem
swojej pomyłki i żałuję jej nadal. Oto jak trzeba się człowiekowi dobrze przyjrzeć,
by dokonać oceny a i tak to będzie pewnie za mało. Nie boję się stwierdzenia,
że były papież jest przynajmniej tak samo wielki, jak jego poprzednik. Chwilami
pokusiłbym się o słowa, że „większy”(tak czuję po tym, co zaobserwowałem przez
te kilka lat), ale zostawiam ocenę ekspertom – ja do nich nie należę. Oby tylko
ci eksperci uszanowali prywatne zdanie, a nie naskakiwali bez sensu. Obaj
wielcy papieże na pewno mieli spore problemy, z którymi musieli się zmierzyć,
ale dziś ze świadomością linczu stwierdzam, że Benedykt XVI miał „do ogarnięcia”
trudniejszy świat, bardziej niepoukładany, bez zasad, bez wartości[1].
Świat, w którym o wiele trudniej wypatrzeć to, co dobre, a wszystko przez MANIPULACJE.
Na
pewno drażnią mnie zakłady buckmacherskie, spekulacje, wyobrażenia co do
konklawe i tego, jaki będzie nowy papież. Drażnią mnie stanowiska tych, którzy
marzą, by poklepał po plecach reprezentantów wszelkich negatywnych nurtów i nadał
im przywileje. Drażnią mnie wróżby odnośnie czarnego papieża i końca świata. Drażnią
mnie opinie o „schodzeniu z krzyża”, tchórzostwie itp. Nie da się na tym
świecie być indywidualistą, człowiekiem… Nikt na to nie pozwoli…
Joseph,
masz już spokój. Rób teraz to co lubisz, a wybór nowej osoby na tron Piotrowy
zostaw tchnieniu Ducha Świętego. Wszystko dzieje się po coś…
O tak - do tego jeszcze jego zasługi odnośnie liturgii są nie do przecenienia! :-) Nacisk na Komunię na klęcząco; Summorum Pontificum; przyhamowanie z przegięciami ekumenicznymi... Oby przyszły papież był przynajmniej równie konserwatywny! :-)
OdpowiedzUsuńDzięki Jarku za ten tekst. Przeczytałam go z uwagą, podobnie jak inne, które zamieszczasz. Pozdrawiam ! Basia R.
OdpowiedzUsuń