niedziela, 24 marca 2013

I po trzech dniach...



Za tydzień święta Wielkiej Nocy. Wiemy, co ten czas oznacza – szanuję tych, którzy nie chcą tego wiedzieć. Ofiarowanie, męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. To jest w zasadzie jedyne znaczenie tego czasu, ale w moim osobistym odczuciu chodzi tu o coś jeszcze. Choć wpadłem na to w ciągu ostatnich kilku lat poprzez pewne doświadczenia i przeżycia; choć nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze; choć nie wykluczam, że może to być potraktowane, jak jakaś herezja to obok pamiątki Paschy Chrystusa i Jego Zmartwychwstania ważne jest dla mnie jeszcze jedno znaczenie tych świąt.
Dla nas- żyjących, powinny one przypominać nie tylko o męce i śmierci Chrystusa i o tym, że i my po swojej śmierci zmartwychwstaniemy, dzięki Krzyżowi. Obok tego istnieje jeszcze jedna kwestia. Kwestia śmierci i zmartwychwstania dotyczy też tego, co ŻYJE W NAS: naszych pragnień, celów, marzeń, uczuć, duszy i wielu innych. Druga strona idei zmartwychwstania mogłaby dotyczyć tzw: „ciemnych dni”, które na pewno miał każdy z nas. Jeśli jest ktoś, kto się tego wypiera, to dla mnie znaczy to, że żyje w zakłamaniu.
Zgoda z prawdą wobec siebie, samoświadomość jest najważniejsza zaraz po wierze. Także w sytuacji, w której upadamy. Dlaczego?
Bo ktoś nas zawodzi. Bo ktoś nas opuszcza. Bo życie nam się nie układa. Przydałoby się dodać nieustannie nękające „demony przeszłości”. Błahostki, które stopniowo nie usuwane, razem mogą stanowić ogromną siłę destrukcyjną. A ciemne dni są czasem potrzebne, by lepiej docenić to, co jest jasne.
Paradoksalnie: po jednej tronie mamy oddalenie się od Chrystusa i bezgraniczne zawierzenie człowiekowi, jako jedną z przyczyn tego ciężkiego czasu, a z drugiej strony mamy głęboką wiarę, idealizm i wynikające z tego wrażliwość, podatność na złe doświadczenia(czy nawet opętania -> „Egzorcyzmy Emily Rose”[1]) i rosnącą w związku z tym nienawiść.
Wiecie… Umierałem wiele razy… Wiele było myśli, by już to definitywnie zakończyć, a jednak siedzę i piszę te słowa. Może dlatego, że każdorazowo znajdowałem sposób na uwolnienie i dystans(chociaż jego próbę). Raz były to rekolekcje, na których tą Bożą obecność wreszcie poczułem. Innym razem była to poezja, którą tworzę od 8 lat(dziś ponoć o wiele lepsza, bardziej „zakręcona” niż kiedyś). Teraz muzyka reggae(zaznaczam tu duży wpływ tekstów i wibracji Rastamańka), odnowienie celów(pierwszy raz od dłuższego czasu mam plan na siebie, a na drugim miejscu zostawiam tarcia motywacji z lenistwem), odnowienie więzi z Kościołem, rehabilitacja wobec pewnych ludzi i restauracja zerwanych kontaktów z ukróceniem innych(chyba rzeczywiście poczułem, że jestem sam). Ogromny wpływ miał chyba tym razem ten jeden, konkretny człowiek…
Ostatni kryzys, ostatnie „ciemne dni” zniosłem dużo gorzej, niż za pierwszym razem, dlatego w tej chwili boję się o wiele bardziej, gdyby miało mnie to dopaść po raz trzeci w myśl przysłowia „do trzech razy sztuka”… Tfu tfu... Być może to kwestia wieku, wtedy miałem 18 lat, a dziś prawie 26 – różnica w problemach, w wymaganiach i stosunku do wszystkiego. Poddałem się, zeszmaciłem, tak jakby godząc się na niechęć, lenistwo duchowe, acedię[2], na zlekceważoną miłość. „Jeśli dla kogoś jestem zwierzem, jeśli ktoś preferuje bylejakość od konkretnej wartości, to niech tak będzie”. I przegrałem wszystko…
Choć „ciemne dni” trwały teraz wyjątkowo długo(rok, może dwa); choć pozbawiły mnie niemal wszystkiego, co zyskałem; choć tyle czasu byłem naprawdę słaby, to gdzieś w podświadomości miałem nadzieję, że się znów uwolnię. Czasem warto po prostu przeczekać i uwierzyć, że zaświeci to słońce, które uruchomi Cię do działania, mogącego jako pierwsze zacząć Cię oczyszczać… Potem będzie już tylko z górki, niezależnie ile czasu by miało to trwać. Wystarczy się wtedy dobrze pilnować. Nic na siłę. Oto proces zmartwychwstania za życia. Oto prezent w postaci podarowanego czasu na samorealizację, na poprawę siebie. Świadomość tego, że to ja także nawaliłem i, że daleko mi do świętości, bardzo pomaga! Paradoksalnie dzięki temu wiem, co zrobić by być lepszym dla samego siebie oraz innych, o co walczyć, co powiedzieć, z jakim stopniem nacisku… A przede wszystkim w jaki sposób dojść do spokoju jeszcze za życia, by człowiek, zanim umrze nie tyle zapomniał, czym jest gniew i wojna, ale wyzwolił się z nich całkowicie. Powiesz pewnie, że to szukanie problemu na siłę… Niekoniecznie i ja o tym wiem.
„Czy możliwe jest życie przed śmiercią?” Radosława Milczarka. Zapraszam do przeczytania.
Życzę Wam na ten czas Wielkiej Nocy, oprócz tego, co się tradycyjnie życzy, abyście uświadomili sobie tą powyższą prawdę. Po trzech mrocznych dniach każdy z nas może powstać z martwych, by wykorzystać resztę energii do życia…




[1] Oglądałem przed laty „Egzorcyzmy Emily Rose”.  Prócz ogromnego przerażenia, jakie on wywołał, to zostawił po sobie piętno w postaci stwierdzenia o ataku demonów na osoby wrażliwe, pogrążone w bezpośredniej relacji z Bogiem. Trzeba być ostrożnym na każdym kroku.
[2] Duchowa niemoc, tzw. „ósmy grzech główny”, którego od pozostałych siedmiu dzieli przepaść – sugeruję wielką ostrożność. Zamierzam wrócić do jej tematu, a póki co odsyłam tutaj: http://www.kaplani.com.pl/mysli/czytelnia/art_duchowa_depresja.php .

niedziela, 3 marca 2013

Stosunek Szaman - BXVI


Sede vacante. Kościół bez papieża. Czuję się chyba tak samo, jak większość. Nawet ateiści dostrzegli, że coś w historii tąpnęło, zaznaczyło się bardzo wyraźnie w kalendarzu dziejów. Nie chcę wymieniać ani przypominać, że oto po 700 latach, we współczesnych czasach bla bla bla… Temat jest klepany od ponad 2 tygodni na utrapienie, a wiadomo, że gdzie drwa rąbią, tam lecą wióry. Z tym, że niektórym to rąbanie kompletnie nie wychodzi, a innym owe wióry lecą w oczy. Nie rozwijam tej metafory – kto ma uszy i myśli, wie, o co chodzi.
Wydaje mi się, że ostatnio skrystalizował się pewien ogląd na rzeczywistość. Dzieje się tak zawsze, gdy dociera do nas, że ktoś odchodzi, że następuje jakaś zmiana. Nagle podsumowujemy, nagle myślimy, rozważamy… Wcześniej mało kto słucha, mało kto zwraca uwagę, a czasem wręcz przeciwnie. Próbuje zakrzyczeć. Robi to zawsze ten, którego prawda najbardziej boli i chce się jej wyprzeć – o tym należy pamiętać! Robi to ten, kto najnormalniej w świecie pieprzy bzdury, robiąc wszystko, by nabrały one statusu niepodważalnego aksjomatu – dogmatu.
Benedykt XVI trafił na okropny czas nadużyć, manipulacji, naginania wartości prawdy, błędnego przypisywania twierdzeń, nadinterpretowywania słów a nade wszystko kompletnie wywróconych wartości i rozluzowanych obyczajów. Na pohybel tym, którzy marzą, aby nowy papież przymykał oczy i tolerował wymienione wyżej przeze mnie pojęcia, a do tego nadał im moc prawną. Przytaczam tu słowa, wielokrotnie mówiące o tym, że papież to sługa Boga i obrońca tradycji Kościoła, a nie „wykonawca” poleceń człowieka(przyp.). Ale o co mi konkretnie chodzi…?
Przyznam się bez bicia, że początkowo nie byłem zadowolony z wyboru Ratzingera na papieża. „Każdy, ale nie Niemiec”. Bardzo mi się nie podobał jego wyraz twarzy, „wilcze spojrzenie”. Miałem wrażenie, że kompletnie zrujnuje to, co zbudował sobą Jan Paweł II. Brakowało tego ciepła spojrzenia, tej werwy, tego ludzkiego podejścia, widzianego gołym okiem. On się kompletnie nie nadawał do tej roli. No ale cóż.
Teraz nieliche zaskoczenie. Hipokryci, dwulicowcy przyklaskują każdemu słowu, a za plecami mierzą, gdzie wbić nóż. Hipokryci to tacy, którzy kogoś gnębią, a potem nagle głaszczą po plecach, szczycąc się, że jesteś. Hipokryci to tacy, którzy pomijają fakt swojej pomyłki i przechodzą do porządku dziennego. Mnie od takowych odróżnia to, że umiem się do pomyłki przyznać. W przypadku Josepha Ratzingera tak było. Bez litowania się nad sobą przyznaję się do pomyłki. Stało się tak z kilku znaczących powodów.
Pierwsza pielgrzymka papieża do Polski i odwiedziny w Auschwitz. Chyba każdy to widział i każdy dostrzegł sens i głęboki symbol tego wydarzenia. Choć znajdą się tacy, dla których to będzie za mało i będą potrzebowali rekompensaty(także materialnej), to gest papieski wtedy był bez precedensu. Wymieniam to, jako pierwszy powód.
Drugi i bardziej przełomowy dla mnie powód to otwarte przyznanie przez papieża faktu, że w kościele jest grzech. Wcale nie wykluczam, że jego poprzednicy też stwierdzili ten fakt, ale do mnie to jakoś nie dotarło. Ratzinger musiał nadać temu stwierdzeniu charakterystyczny ton. Otóż prawdą jest, że w kościele jest grzech. I nie ma tu mowy wyłącznie o nas, jako o zwykłej wspólnocie – Kościele, ale bardziej o instytucji, w której jest hierarchia… Miałem wrażenie, że papież swoje słowa skierował właśnie do hierarchii, aby uznała swoją MAŁOŚĆ i przyznała się do swej w 100% służebnej, a nie momentami władczej roli oraz do tego, że wszyscy są tam tylko ludźmi i mają obowiązek żałować i przepraszać, a nie unikać win, jeśli takowe nastąpiły. Obawiam się(w pozytywnym tego słowa znaczeniu), że papież tymi słowami uderzył w część środowiska kardynalskiego, które kieruje się ambicją i niczym więcej. Nie oszukujmy się – TAM TEŻ SĄ PODZIAŁY! W istocie dojdzie do tego, że cofniemy się do czasów małych grupek chrześcijańskich, poszukujących Bożego ducha w każdym miejscu, gromadzących się na modlitwie, jak to opisują Dzieje Apostolskie. Niewykluczone, że cofniemy się do tych czasów, w których wiara miała ogromne znaczenie i stanowiła coś indywidualnego, doświadczalnego, a dziś wymieszała się z mentalnościami świata. I to też stwierdził Benedykt XVI! W dodatku, jako kardynał – rozejrzyj się jeden z drugim za wypowiedzią z 1969 roku. Powód ten jest dodatkowym motywatorem dla trzeźwego i krytycznego spojrzenia, jakie próbuję w sobie od pewnego czasu rozbudzić, jeśli chodzi o tą kwestię. Nie dlatego, by coś obalić, ale by przypomnieć, jaki jest fundament.
Ostatni powód to zdecydowane potępienie pedofilii w środowisku kapłańskim i pierwsze kroki do uregulowania tego problemu. Benedykt XVI zaczął drobnymi kroczkami realizować prośby o to, by kapłani, którzy dopuścili się tego czynu, zostali postawieni też przed sąd świecki. Nawet pod te drobne kroczki były podrzucane liczne kłody, dlatego zamiar nie został zrealizowany. Nie podobało mi się przedstawianie papieża w negatywnym świetle, kiedy chciał nawrotu do bardziej konserwatywnych wartości, jako, że chciał on całkowicie zanegować naukę Jana Pawła II. Bzdura. W wielu aspektach poszedł w innym kierunku. Cechował go nacisk na chrystologię, podczas, gdy Jan Paweł II był personalistą.
Żałowałem swojej pomyłki i żałuję jej nadal. Oto jak trzeba się człowiekowi dobrze przyjrzeć, by dokonać oceny a i tak to będzie pewnie za mało. Nie boję się stwierdzenia, że były papież jest przynajmniej tak samo wielki, jak jego poprzednik. Chwilami pokusiłbym się o słowa, że „większy”(tak czuję po tym, co zaobserwowałem przez te kilka lat), ale zostawiam ocenę ekspertom – ja do nich nie należę. Oby tylko ci eksperci uszanowali prywatne zdanie, a nie naskakiwali bez sensu. Obaj wielcy papieże na pewno mieli spore problemy, z którymi musieli się zmierzyć, ale dziś ze świadomością linczu stwierdzam, że Benedykt XVI miał „do ogarnięcia” trudniejszy świat, bardziej niepoukładany, bez zasad, bez wartości[1]. Świat, w którym o wiele trudniej wypatrzeć to, co dobre, a wszystko przez MANIPULACJE.
Na pewno drażnią mnie zakłady buckmacherskie, spekulacje, wyobrażenia co do konklawe i tego, jaki będzie nowy papież. Drażnią mnie stanowiska tych, którzy marzą, by poklepał po plecach reprezentantów wszelkich negatywnych nurtów i nadał im przywileje. Drażnią mnie wróżby odnośnie czarnego papieża i końca świata. Drażnią mnie opinie o „schodzeniu z krzyża”, tchórzostwie itp. Nie da się na tym świecie być indywidualistą, człowiekiem… Nikt na to nie pozwoli…
Joseph, masz już spokój. Rób teraz to co lubisz, a wybór nowej osoby na tron Piotrowy zostaw tchnieniu Ducha Świętego. Wszystko dzieje się po coś…

niedziela, 10 lutego 2013

Cierpliwość...


Myślisz, że jeśli spotykasz człowieka cierpliwego, to możesz uczynić z nim i przy nim wszystko. Masz o nim mniemanie, że daje sobie wejść na głowę, „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy”, wykorzystujesz go, jak worek treningowy, wyżywasz się emocjonalnie w jakiejkolwiek formie i niby wiesz, że będzie to tolerował.
Poświęcasz komuś czas, słuchasz go wytrwale, znosisz każde marudzenie, gorycz, każdy żal. Źle, jeśli druga osoba tego nie docenia i nie jest w stanie się w jakikolwiek sposób tobie zrewanżować. Winno to być w niej pewnego rodzaju poczuciem do tego, aby „dotankować” tobie tej cierpliwości więcej. Może to robić poprzez obecność, poprzez miłość, chęć bycia, wszelkiego rodzaju inicjacje.
To taki troszkę mój punkt widzenia. W relacji z drugą osobą zawsze okazywałem dużo cierpliwości, a zarazem ubywało mi jej, gdy dochodził do mnie emanowany przez nią egoizm, bo „ja od tego jestem”. Od słuchania, znoszenia, kiwania głową, akceptacji. I na tym koniec…
Ale ja… też mam wymagania. Chcę „nagrody” za cierpliwość.
Cierpliwość, która (mam takie wrażenie) spychana jest do rangi obowiązku wobec człowieka. Aspekt cierpliwości, jako cnoty, wartości, prawie się już nie liczy, bo jest albo słabo albo w ogóle niezauważany. Co z tego, skoro ofiarowuję ją komuś, mając na względzie miłość, jako naczelną zasadę, skoro potem przez kolejny miesiąc następuje cisza, milczenie; co, jeśli ta cierpliwością chcę pokazać, że jestem naprawdę wiele wart (bo np. w tym momencie kogoś ratuję od zniechęcenia i śmierci), a dana osoba na to nie patrzy, nie docenia tego i dalej rozgląda się gdzieś zupełnie indziej?
Sam się sobie dziwię, że wypowiadam się na temat tych wymogów. Ale to chyba dlatego, by uświadomić sobie i tobie, czytelniku, pewien paradoks. O ile teraz za cierpliwość wymagam jakiegoś dobra, tak przed laty często jej nadużywałem, jeśli chodzi o innych i zachowywałem się dokładnie tak samo, jak dziś część moich odbiorców. Naleciałości tego obserwuję w swym aktualnym życiu.
Należałoby wpierw zwrócić uwagę, że cnota cierpliwości stanowi o wielkiej sile człowieka, a zarazem może być jego zgubą. Tym bardziej, że obecna kondycja ludzka stawia przed nami bardziej liczne i niejednokrotnie sprzeczne ze sobą wymagania. To może oznaczać, że ludzie się pogubili, ale przecież są tacy (choć to wymagający gatunek), którzy jeszcze walczą i trzymają się pewnych zasad, w tym – cierpliwości.
Cierpliwość, jako zguba, to może tzw. „lekka przeginka”, ale niestety. Zewnętrznie postrzega się takiego człowieka, jako miskę do wylewania pomyj. Jest to mylna definicja i świadczy tylko o wąskim rozumowaniu jej użytkowników. Przyznaj, że drugi człowiek cierpliwie znosi twoje obelgi, wiedząc, że gdyby tylko spróbował podnieść głos, to zrobisz mu krzywdę. Przyznaj, że upatrzyłeś sobie kogoś do nękania, a ten ktoś w twym postrzeganiu nie ma prawa głosu i obrony.
A ty, który cierpliwie znosisz to wszystko, nie musisz tego robić.
Cierpliwość, to cnota i zasada, z tym, że będąc zasadą, ma ona prawo do pewnych odstępstw. Nie trzeba się bać i czasem wręcz należy je stosować, pozwalać sobie na nie. Nie broni ona wetowania i powiedzenia w odpowiednim momencie, że „czegoś już wystarczy” i, że „masz dość”. To naturalne, kiedy się walczy i potrzeba odpoczynku, określenia innej „taktyki”.
Cierpliwość, to cnota, jedna z doskonałości i owoców Ducha(por. KKK 1832), choć w ujęciu czysto ludzkim jest to jednocześnie pewnego rodzaju sprawność, polegająca na wytrwałym znoszeniu przykrych stanów psychicznych, towarzyszących człowiekowi w realizowaniu określonego celu[1]. Stanowi ona naturalną dyspozycję człowieka, podstawę harmonii, szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Pismo Święte wskazuje na nią, jako na postawę ludzką, a zarazem jeden z głównych przymiotów Boga, określanych, jako makrothymia[2] oraz hypomoce, które oznacza wytrzymałość, wytrwałość, chart ducha w trudnych okolicznościach[3]. Jest też ona sprawnością moralną, pomagającą w osiągnięciu dobra[4]. Powiedziano o niej też, że jest częścią męstwa(kobiet też się ono tyczy). Obecny papież, Benedykt XVI, opisał ją kiedyś, jako „codzienną formę miłości”, a że miłość to cecha Boża… Św. Augustyn w swym traktacie o cierpliwości określił cierpliwość, jako „tak wielki dar Boga, że powinna być ona ogłoszona jako przebywający w nas ślad Boga”[5].
Cierpliwość prowadzi do cierpienia w milczeniu, do znoszenia przeciwności wynikających ze zmęczenia, z cudzego charakteru, z niesprawiedliwości, i tak dalej. (...)Jest ściśle spokrewniona z wytrwałością[6].
Osobę cierpliwą charakteryzuje łagodność, grzeczność i stałość w każdych okolicznościach. Prawdziwą próbą cierpliwości nie jest czekanie, ale to jak człowiek zachowuje się czekając. "Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków." (Jk 1,4)[7]. I może właśnie dlatego cierpliwość wiernie towarzyszy mądrości(św. Augustyn)…[8]
Jeśli cierpliwość prowadzi do znoszenia cierpienia w milczeniu, to jaką jej moc potrafił okazać Chrystus, idąc na śmierć krzyżową. Jeśli cierpliwość jest częścią męstwa, to ile energii musimy dokładać w relacjach z człowiekiem, na którym nam zależy. Jeśli życie, to cierpliwe czekanie na śmierć…
To ile musimy siebie dać, byśmy przy końcu niczego nie żałowali.
Tak jest. Miłość wyraża się w cierpliwości, której niedoścignionym wzorcem jest sam Bóg. Prawda to, że dziś nie chcemy o tym słuchać, bo przecież trzymamy świat i życie w garści. Wielu osiągnęło coś, jak twierdzi „bez pomocy Absolutu”, dzięki cierpliwości. Warto jednak pamiętać, że cierpliwość, to synonim tegoż Absolutu, więc tak czy inaczej, Jego udział w tym jest. Tak – są postawy, które niezależnie od wszelkich deklaracji i ideologii, zbliżają do Boga[9].
To prawda, że ważna jest też nasza własna praca. Słyszałem o marzeniach innych, którzy chcieli być lepszymi ludźmi. Słyszałem marzenia takich, którzy chcieli się porównywać do mnie(nie mam pojęcia, czemu – przecież nie jestem święty i raczej na to stanowisko nie aplikuję). Słyszałem, że ktoś chce powalczyć o lepsze wartości w swoim życiu, bo to mu doda otuchy.
Nikt tego nie zrobi, jeśli nie da swojego wkładu. Kłania się cierpliwość w osiąganiu zamierzonego efektu.
Nikt z nas nie rodzi się doskonale cierpliwym. Tej cennej cnoty nabywamy systematyczną pracą, gdyż – jak mówi biblijny Mędrzec – "cierpliwy i opanowany więcej może niż siłacz" (Prz 16, 32)[10]. I chodzi tu zarówno o cierpliwość w stosunku do siebie, do świata i do drugiego człowieka.
Idealną niemal myśl stawia tu święty Franciszek, twierdząc, że tyle ktoś ma w sobie cierpliwości, ile jej okaże w przeciwnościach[11]. Gdyby Biedaczyna z Asyżu żył w dzisiejszych czasach zobaczyłby, jak jego napomnienie nadal odnajduje słuszność, choć w niektórych momentach tak, jakby nie pasowało. Zwracam tu uwagę na sytuacje, w których chcemy na ludziach, mających brak wzorców i kompletnie rozluzowane obyczaje wzbudzić poczucie wzajemności lub świadomość trwania w błędzie.
Owego Biedaczynę zapewniam: w dzisiejszym świecie cierpliwość szybko się kończy, ale tylko dlatego, że potrzeba jej odpoczynku. Dokonała ona ewolucji w wartość nieustannie odnawiającą się.
Może dlatego, że przeżywając to wszystko i tak zmierzamy do Boga, jako źródła niekończącej się cierpliwości? A może… tak ma po prostu być?