Przeminęła Wielkanoc. Kolejny rok, w którym prawie w ogóle nie odczuwam tego czasu, pomijając te krótkie momenty, w których spotkałem się z ludźmi z dawna nie widzianymi i rozprawiałem z nimi o zwykłych, życiowych sprawach. Przewinęło się przez ten czas sporo życzeń. Wiele z nich zainicjowałem sam, wiele przyszło tak po prostu, ale nie potrafiłem na nie konstruktywnie odpowiedzieć lub nie chciałem, za co przepraszam(pomijam tutaj moją osobistą awersję do wierszowanych gotowców z internetu). Nie wiem, czemu tak się dzieje :(.
Udało mi się jedynie w piątek uczestniczyć w liturgii wielkopiątkowej. Oczywiście udało się jakoś w miarę skupić, ale nie uniknąłem mimowolnego zarejestrowania paru żenujących momentów w wykonaniu zarówno coniektórych księży, jak i kolegów z LSO. To okazało się niewiele warte w zestawieniu z homilią księdza Krystiana, która choć długa(trwała jakieś 30 minut), to zostawiła trwały ślad...
W niedzielę "ni z gruchy ni z pietruchy" przypomniał mi się po wielu latach stary film z 1961 roku pt: "Król Królów". I na 100% twierdzę, że dobrze zrobiłem, odświeżając sobie jego treść, szczególnie skupiając się na postaci Judasza, granego przez Ripa Torna. Naszły mnie tu pewne luźne, może nieco niespójne i niekoniecznie akceptowane przez was refleksje...
Judasz stał się niechcący dla mnie królem tego filmu, być może przez jego skromny opis w narracji, prowadzonej przez Orsona Wellesa. Koncentruję się tu na jego pewnego rodzaju rozdarciu wewnętrznym, które zostało tu wspaniale pokazane. Największa i wyniszczająca walka toczy się wewnątrz tego człowieka, który idąc za Jezusem współpracował jednocześnie z drugim frontem- żydowskimi powstańcami pod wodzą Barabasza(żeby nie było, odnoszę się do filmu). Rozdarcie, konflikt pomiędzy dalszymi próbami rozwiązania sprawy za pomocą miecza, czy poprzez Słowo Miłości, które propagował Chrystus. Można by zasugerować, że ten człowiek podjął próbę połączenia tych dwóch radykalnych sposobów, ale, jak się okazało, nie jest to możliwe. Trzeba dokonać wyboru, jedno z tych dwóch poświęcić.
Wiemy, jakiego "wyboru" dokonał Judasz i jaki to przyniosło rezultat. Nawet po wydaniu Jezusa czuł, oprócz goryczy swego postępowania to charakterystyczne rozdarcie, niejasność, niepewność, która zaprowadziła go "ze sznurem na drzewo". Chciałoby się powiedzieć, że był on jednym z pierwszych samobójców, tych, którzy chcąc zakończyć wewnętrzny konflikt lub wstyd i żal z powodu jakiejś tragedii, czy złego wyboru odbierają sobie życie, jako, że jest najłatwiejszy sposób na ulżenie temu cierpieniu. Nie sposób jednak uniknąć myśli, że to wszystko działo się i dzieje nadal za przyzwoleniem Bożym...
I czasem tak jest, że nie mogąc znaleźć recepty na poukładanie niespójnych wartości i naprawę postępowania, odbieramy sobie życie. I czasem tak jest, że w konflikcie dwóch radykalnych postaw wybieramy jedną, która pozornie daje spokój(chociaż, kto to wie...). Chyba każdy z nas w jakimś stopniu jest Judaszem...
Czy Bóg wybrał Judasza wyłącznie po to, by towarzyszył, a potem zdradził Jezusa?
Czy może zostawił nam przykład tego, że na potęgę może być szargane konfliktami ludzkie wnętrze(jest mi to w pewnym stopniu bliskie)?
A może chce nam powiedzieć, że większe jest światło tych, którzy największe walki toczą wewnątrz siebie, niż tych skonkretyzowanych i spokojnych? Bo przecież ci, którzy walczą, zabiegają o coś, szukają, czasem dopuszczając się nieprzemyślanych decyzji...
I zostają tymi złymi, jak Judasz, ale to jest w każdym z nas. Taka CHWIEJNOŚĆ, która prowadzi w różne, często niechciane rejony...
Nie będę nikomu składał żadnych życzeń, bo wielu z was już to dawno zrobiłem. Po cichu jednak liczę, że każdemu udało się coś z tych świąt wyjąć(co roku pojawia się zawsze jakaś nowa myśl, dla każdego inna)... Oprócz corocznego uświadamiania sobie prawdy zmartwychwstania jednym ze standardowych haseł w stylu "Chrystus zmartwychwstał, Prawdziwie powstał"(wypowiadanym w kościołach częściej żałobnym barytonem, zamiast radosnym sopranem).
Osobiście sądzę, na podstawie przemyśleń podczas filmu, że postać Judasza ma ogromne znaczenie. Wskazuje, że sens rozdarcia zawsze sprowadza się do poszukiwania rozwiązania, tudzież do dokonania wyboru, choć czasem nietrafnego. Potwierdza, że są jeszcze ludzie, którzy trwając w rozdarciu nie otrzymują pomocy, zostają sami i koniec końców sami znajdują dla siebie "lekarstwo". Pod różnymi postaciami przychodzi do nich zmartwychwstały Chrystus, czasem Jego obecność jest ledwo odczuwalna, a przynosi efekty. Potem resztę człowiek dopracowuje sam. Zawierzenie w zamian za STABILNOŚĆ...
A jeśli zawierzenie się źle kojarzy, warto znaleźć w sobie iskrę i kierować się dobrem... To też przynosi spokój.
A to wszystko wyłącznie dlatego, by nie być Judaszem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz