Wczoraj wieczorem wróciłem z seansu Hobbita i byłem w ciężkim szoku. Dziś w momencie pisania tych słów nadal jestem w szoku, choć już na tyle opadły emocje, że można zebrać myśli.
Nie jestem fanem tolkienowskich powieści, aczkolwiek mi, jako próbującemu tworzyć opowiadania, powieści posłużyły one za pewien wzór na kreowanie świata, z którego mogę czerpać. Przyznam się jednak z ręką na sercu, że „Hobbita” czytałem, jakieś 7-8 lat temu i nie pamiętam z niego prawie nic, dlatego nie zamierzam całkowicie, jak coniektórzy, zestawiać filmu z książką(część wątków powieści jednak kojarzę, więc być może się pokuszę o takie zestawienie). Dodam, że u mnie w szkole prawdopodobnie była to jedna z dodatkowych lektur!
Istnieje możliwość, że spotkam się z linczem fanów, ale taki lincz nic nie znaczy dla kogoś, kto chce się podzielić prywatnymi wrażeniami.
Fabuła chyba wszystkim znana. Hobbit Bilbo Bagginsz Shire za namową czarodzieja Gandalfa wyrusza wespół z trzynastoma krasnoludami na wyprawę, której celem jest wygnanie z Samotnej Góry smoka Smauga i odzyskanie zagarniętych przez niego skarbów. Po drodze przeżywa wiele niesamowitych przygód: spotkanie z elfami, krasnoludami, ludźmi, trollami i innymi dziwnymi stworzeniami, a nade wszystko staje się uczestnikiem i naocznym świadkiem jednej ze znaczących bitew, zapisanych na kartach historii Śródziemia.
W zasadzie to nie wiem, od czego zacząć… Pokuszę się najpierw o stwierdzenie, że reżyser Peter Jackson stworzył najlepszy świat fantasy na świecie. Dziwne trochę zdanie, ale cóż. Po dekadzie od ekranizacji „Władcy Pierścieni” nie zmieniło się nic z magii, która oczarowała mnie już wtedy. Takiemu samemu oczarowaniu uległem wczoraj. Jest rajski świat elfów, pełen ciepłych barw, do którego zawsze dociera słońce – mimo, że znajduje się między górami. Są mroczne podziemia orków i troli, mogące być analogią piekła. Są też bardziej naturalne rejony, uczęszczane przez ludzi, krasnoludy, hobbity i inne(być może) spokojne stworzenia. Słowem: nie zmieniło się nic – jest piękno i barwne kategorie świata, do którego każdy może na chwilę uciec i zabrać coś dla siebie. W moim sercu i pamięci ten czar odcisnął solidne piętno.
Wsłuchuję się w opinie, że Jackson przekombinował z ekranizacją. Nie znam się, to się wypowiem. Sam się nad tym zastanawiałem. Trudny do skomentowania wydaje mi się podział „Hobbita” na trzy części, podobnie, jak z „Władcą Pierścieni”, ale zostawię to reżyserowi. Jako, że prawie nie pamiętam książki, to ciężko mi stwierdzić, które wątki w pierwszej części zostały potraktowane z należytą czcią, a co zostało dodane. Generalnie ekranizacja stanęła gdzieś w połowie książki. Wszystkie zdarzenia, jakie tam miały miejsce(przybycie Gandalfa do Shire, wizyta krasnoludów, wędrówka, spotkanie trolli, odpoczynek u Elronda, gra w zagadki z Gollumem) zostały zawarte. Fani na pewno dopatrzyli się kilku bonusów. Ja zresztą też – szczególnie w jednej z ostatnich scen. Wartości filmu to jednak nie odejmuje, jeśli celem jest rozrywka(ktoś powie: KASA), oczarowanie widza i wgniecenie go w fotel. Sam Jackson być może stęsknił się za ekranizacjami tolkienowskimi. Miał świadomość, że to najlepsze, co mógł stworzyć. A jeśli dzieło w fazie pracy przysparza twórcy najwięcej radości i spokoju, to można się spodziewać czegoś niebanalnego.
A w fotel człowiek jest wgnieciony. I nie dzieje się to wyłącznie za przyczyną Śródziemia, emanującego swym pięknem, ale swój wkład daje tu też akcja, okraszona humorem, wynikającym z niby niepozornych scen(co niektóre z nich widzowie śmiechem odpowiednio przypisali dzisiejszym sytuacjom). Rację mają ci, którzy mówią, że ekranizacja trwa 2,5 godziny, a wciąga na tyle szybko, że czas mija, jak mrugnięcie oka. Potwierdzam: czas mija, jak mrugnięcie oka, a po seansie akcja toczy się nadal. Jest niedosyt. „Trwaj chwilo, jesteś wieczna”. Bądź wieczna. Prawda?
To film z cyklu „w drodze”. Sceny batalistyczne nie są takie stricte batalistyczne. Nie ma w nich takiego rozmachu, jak w poszczególnych częściach „Władców”(szczególnie w ostatniej), ale „Hobbit” to coś innego. Inna fabuła, inne wymagania. To, co zostało pokazane w ekranizacji(nawet, jeśli to jakiś bonus) i tak robi wrażenie(mówię tu np. o pielgrzymce-przedzieraniu się krasnoludów przez hordy orków w ich podziemiach, czy tez jedna z ostatnich scen, będąca pierwszym starciem dwóch antagonistów).
Charakteryzacja postaci jest bardzo dojrzała i ambitna. Ale, gdybym miał się czepić… Fryzury krasnoludów – tutaj troszkę przesadyzmu(ale to ja tak myślę). Warkoczyki, fikuśne i wymyślne brody. Najbardziej naturalnie spośród nich prezentował się sam wódz krasnoludów. Trolle i orki wyglądają szkaradnie, jak zwykle(chwilami tej szkaradności jest ciut więcej niż w ekranizacjach z lat 2001-2003). Czarodziej wygląda skromnie, acz dostojnie, a hobbit jak prawdziwy wędrowiec.
Muzyką ponownie zajął się Howard Shore, tworząc oprawę, która błyskiem wpada w ucho, wywołuje uśmiech na twarzy, prowokuje do wybicia się w górę, jak ptak, a ponad to pasuje pod klimat wędrówki, choć czuję, że niektórzy powiedzą coś zupełnie innego. Wsłuchując się w nią(nawet w tej chwili) wyobrażam sobie poszczególne sceny.
Co do aktorów… Nie ma szans, by uchwycić i opisać grę każdego z nich. Wybrałem tych, którzy z różnych względów są mi bliscy(jako aktorzy lub/i grane przez nich postacie). Zacznę od najbliższych memu sercu.
Gandalf, grany przez Iana McKellena(po raz kolejny zresztą) kreuje postać dobrego ducha Śródziemia, który czuwa niemal nad każdym na ile potrafi. Poczciwy, spokojny, niepozorny staruszek, wymachujący nie raz dziarsko mieczem, gdzie popadnie, przywołując czasem przy tym moc swej magii, skoncentrowaną w lasce. Takiego Gandalfa, kreowanego przez McKellena pamiętamy, oglądaliśmy i oglądać będziemy w kolejnych częściach.
Tytułowy Hobbit. O ile w książce wydał mi się on postacią nieco tchórzliwą i rzeczywiście uciekająca od trudności, to w filmie Martin Freeman i kreowana przez niego postać pokazali jak to się może zmieniać. Gra tego aktora bardzo mnie przekonała. Stworzony przez niego hobbit, jako mała, nic nie znacząca postać, początkowo się nie liczy. I może dobrze, że bo przecież kocha ciepło domowego ogniska i spokój. Ale z biegiem czasu zaczyna dostrzegać pewne wartości oraz staje przed arcytrudnym zadaniem: udowodnieniem, że istnieje i jest coś wart. Musi to udowodnić zarówno sobie, jak i innym, by zostać docenionym. To walka o wiele trudniejsza i zbierająca większe żniwo, niż jakakolwiek bitwa między dwiema armiami.
Do pozostałych, choć oddalonych już troszkę od mojego serca zaliczam wpierw Thorina(Richard Armitage). Gniew, chęć zemsty i upór dominują nad wodzem krasnoludów, ale po drugiej stronie stoi też honor i lojalność wobec pobratymców – z czasem też wobec małego hobbita. Następnie Fili(Dean O’Gorman) i Kili(Aidan Turner) – dwójka młodych, bojowych i narwanych krasnoludów, celnie strzelających z łuków z odległości najmniej kilkuset metrów(musieli brać lekcje u Legolasa). Elrond(Hugo Weaving) i Galadriela(Cate Blanchett), jako ostoje spokoju i troski, a zarazem dumy i piękna. Na koniec należy wspomnieć o postaci kultowej. Gollum. To, że Andy Serkis jest do tej roli stworzony, to wiemy nie od dziś. O ile we „Władcach” grał naturalnie, to w „Hobbicie”… Hm… Gdzieś tam słyszę opinię, że przeholował. A może tak miało być? Dostał więcej czasu na pokazanie postaci Golluma – schizofrenika, która bardziej wywoływała pozytywne emocje, niż antypatię. Ten wyraz twarzy, zachowanie i głos… Filmowy Gollum to już zapewne klasyka. Tutaj wszystko mamy raptem w jednej tylko scenie. Wybaczcie, że nie przyjrzałem się reszcie aktorów.
Można by już w sumie skończyć, bo słyszę głosy, że przedłużam. Iść na „Hobbita” do kina? Obowiązkowo. Ja się zbierałem ponad pół roku. Pokuszę się o stwierdzenie, że póki co ekranizacja, mimo, że trochę przekształcona, bardziej mnie przekonuje od książki. Przemycone są tu wartości, które w naszych realiach trudno jest znaleźć z uwagi na panujący bałagan. A człowiek ucieka w fantazję, bo szuka ratunku, szuka nadziei na lepsze lub fundamentów na których mógłby się oprzeć. W tym świecie jasno jest przedstawione, co jest dobre, a co złe. Od człowieka zależy, co wybiera.
A dzięki takim książkom, czy filmom możemy być tylko lepsi, bo tam w metaforach i uosobieniach znajdujemy ratunek dla siebie i na to, co jest dziś. Tego, czego człowiek nie odnajdzie w realiach z pewnością znajdzie tutaj, jeśli się głębiej przyjrzy. Starczy tylko uruchomić wyobraźnię i dać się ponieść fantazji. Witamina, pomagająca dalej znosić życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz