Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Wszystkich Świętych, czy Halloween?


To odpowiedź na pytanie w sondzie, jaka toczy się od ładnych paru lat. Temat sondy: Wszystkich Świętych, czy Halloween.
Jako, że skłaniam się ku tradycjom, to zdecydowanie lobbuję okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Niechby to zdanie było naczelnym w tej wypowiedzi.
Trzeba na wstępie wspomnieć, że istnieje rozróżnienie pomiędzy dniem Wszystkich Świętych a dniem Zadusznym. Po pierwsze: Wszystkich Świętych. Prosty, laicki umysł kojarzy ten okres wyłącznie jako dzień wolny od pracy, w którym można się pobyczyć w domu. Inny na jego miejscu narzeka, bo tego dnia trzeba wyjeżdżać do rodziny na odwiedziny jakichś grobów, a przecież jest tyle piękniejszych rzeczy do zrobienia. Jeszcze ktoś będzie marudził o tłokach na cmentarzach, na ulicach. A w Kościele Katolickim to dzień, w którym czci się pamięć świętych i błogosławionych. Nazwa mówi wszystko, ale my uwielbiamy przeinaczać i przekształcać rzeczy istotne, dlatego utarło się, że we Wszystkich Świętych odwiedza się cmentarze i czci zmarłych (niektórzy czynią to jakby z przymusu albo z przyzwyczajenia). Kościoły lokalne (w sumie to nawet biskupi) niespecjalnie starają się zmienić tę tradycję, ale z drugiej strony ma to wszystko swoje uzasadnienie w polskich warunkach, w których spora część świąt jest ruchoma (wypada w różne dni tygodnia).
Po drugie: Dzień Zaduszny. Z reguły to taki dzień, w którym już trzeba „iść do roboty” (chyba, że wypada w sobotę, wtedy można się pobyczyć w domu; lub jeśli Wszystkich Świętych wypadnie w sobotę, wtedy można otrzymać zwrot dnia wolnego, jaki się wtedy należy). Sorry, ale takimi kategoriami się dziś myśli. W teorii Dzień Zaduszny powinien być tym dniem, w którym czci się pamięć zmarłych, w którym wypada się na moment zatrzymać i pomyśleć, ale w specyficznych polskich warunkach to jest raczej niemożliwe. Na pewno wpływ na to mają zakręcone, polskie prawo oraz świadomość Polaków, która została tak jakoś krzywo ukształtowana. Myślę też, że to kwestia wyboru dokonana przez tych, którzy po prostu zdecydowali się na nieuznawanie tych (nazwijmy to) „świąt”. Dobrze, że Kościół Katolicki precyzuje i kładzie nacisk na rozróżnienie tych dwóch dni od siebie, chociaż co do wprowadzania w czyn tego rozróżniania nieskromnie powiem, że z tego, co widziałem, to raczej bywa odwrotnie. Ot taka liturgika…
Natomiast Halloween to już ewidentnie nie jest polskie święto, chociaż traktuje się tu o pewnych odniesieniach do święta zmarłych. Największa częstotliwość świętowania tego czasu występuje w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii i Irlandii[1], ale ekspansja tego święta zaczyna podążać ku całemu światu. Jest to raczej typowa zabawa, maskarada, której stałymi elementami są zabawy w wywoływanie duchów, wykrajanie w dyni dziur na kształt demonicznych twarzy, czy bieganie dzieciaków od domu do domu i wyłudzanie cukierków, gdzie następstwem odmowy będzie psikus. W sumie dobra zabawa, można zbić na tym fajny kapitał w postaci cukierków, ale też dodatkowych kalorii i zepsutych zębów.
W Polsce zaczęło się robić głośno o Halloween w latach 90. W szkole opowiadano nam o tradycjach: o naszej, rodzimej – czyli Wszystkich Świętych, a na równi wspominano o Halloween, jako tradycji amerykańskiej (w ramach języka angielskiego). Zauważyłem jednak stopniową degradację świąt rodzimych, spłycanie ich znaczenia, a epatowanie tym, co jest obce – nazwijmy to wprost. Czemu nie schodzi mi z głowy ta myśl, że to działanie jest celowe i prędzej czy później skutecznie zamaże poczucie naszej tożsamości? Ja nie zamierzam celebrować amerykańskich świąt w polskim kraju.
A może to element totalnej liberalizacji „róbta, co chceta” (szczęść Boże, Panie Jurku)? W sumie nie ma co się dziwić, skoro największy autorytet kraju, prezydent Bronisław (nazwiska nie pamiętam) paraduje na tle czekoladowego orła.
Halloween to dla wielu synonim dobrej zabawy, dlatego tą nazwą operuje się coraz częściej, gdy chce się zorganizować zabawę w szkole. Podobnie jest w przypadku imprez w klubach. „Zabawa Halloweenowa w szkole podst. nr. 456”, „Wieczór Halloween w klubie Marakesh”…  Spotkasz takie hasła, o to się nie bój. Wzruszysz ramionami – tego jestem pewien. Spotkasz się też z bojkotem ze strony Kościoła wobec tych haseł – o to też się nie martw. Jeszcze lepiej: spotkasz się z kontrofensywą w postaci imprez alternatywnych a’la „Holy Wins” albo hasłami „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween”. To się dzieje dziś. Gdzieś się tam jednak przebija ta obiektywność, że czasem warto coś delikatnie wspomnieć o tradycji i korzeniach.  Albo np. jak dojechać na cmentarze kiedy będzie tyle korków na ulicach. Mam wrażenie, że coraz mniej jest miejsca na mówienie o dniu Wszystkich Świętych w przestrzeni publicznej i stąd ta walka. Święto spychane jest w granice mediów typowo katolickich. Ktoś powie, że tam jego miejsce, a od mediów publicznych wara. No i państwo ma być świeckie. Dajcie spokój...
Mówi się też tutaj, że niewinna zabawa w duchy kończy się nieciekawie. To tak naprawdę loteria. Wszystko zależy od człowieka, od jego siły, nastawienia, mentalności, a z drugiej strony od losu. Wielu traktuje to rzeczywiście jako czystą zabawę. Ale należy pamiętać, że często niewinne zabawy kładą się cieniem na dalsze życie. Już nie wspomnę o tym, że m.in. w ich wyniku może przyjść w życiu taki moment, że poczujesz się po prostu źle i ciężko będzie określić problem. Opętanie przez totalną niemoc? Skądś mi to jest znane…
Summa summarum jestem na NIE, jeśli chodzi o imprezy Halloween w Polsce. Owszem, eksperymentowałem w tej materii, głównie chodząc do klubów, w których odbywały imprezy pod tym tematem. Pomogło mi to stwierdzić, że do tego nie pasuję, że wolę swoje podwórko i tradycje. Pragnę, by je promowano bardziej, a nie mieszano integralnej tożsamości narodu z tym, co kompletnie tu nie pasuje, co nie jest polskie. Ciekawe, gdyby odwrócić role, to czy nasz wymysł, jeśli chodzi o tego typu święta by się też tak przyjął w innych krajach? Jakoś w to nie wierzę… Rzadkością dziś jest to, co w stu procentach działa w obie strony…
Na koniec ostatnia kwestia. Odkryłem wyjątkowe znaczenie polskiego święta Wszystkich Świętych i Dni Zadusznych. O ile te rzeczy można robić przy każdej możliwej okazji, tak w tym okresie palenie zniczy na grobach bliskich, dłuższa lub krótsza chwila refleksji, spotkania w tym czasie z rodziną, otwarte rozmowy, śmiech, wspomnienia, niejednokrotnie szczere rozmowy o stosunkach rodzinnych, doprowadzające często do pogodzenia nabierają wyjątkowego znaczenia i niebywałej mocy. Widziałem to, więc wiem, o czym prawię. Wszystko tu zależy od człowieka.
Ja tam osobiście wybieram Wszystkich Świętych.



[1] Źródło wikipedia, hasło: Halloween; http://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween 

środa, 1 maja 2013

Franciszek i reszta świata



Minął już ponad miesiąc od wyboru nowego papieża Franciszka na Stolicę Piotrową. I nie dzieje się nic konkretnego. Nie powstała żadna encyklika, żadna instrukcja, bo przecież na tym miała polegać „praca” papieża, jak to kiedyś usłyszałem. W sumie ten ktoś, kto tak stwierdził, wie lepiej, co powinien zrobić papież, jakie oczekiwania winien spełnić. Cóż… Franciszek chyba nie wie, co do niego należy. Ktoś z zewnątrz musi mu tłumaczyć jego zadania.
Takie mam odczucia, wynikające po części z szumu medialnego wokół jego postaci. I kwestii, jakie są do naprawienia i przekazania. Nie ukrywam – sam uważam, że trzeba to i owo poprawić, ale zostawię Następcy Piotrowemu wolność czynu. Wierze jednocześnie w miłą niespodziankę i zaskoczenie, a zarazem obalenie wszelkich wątpliwości, które wprowadzają media – CZASEM przychylne papieżowi.
Aczkolwiek sądzę też, że tej medialności jest trochę za dużo. Fakt, świat się rozwija, technika idzie naprzód, czego dowodem jest zdjęcie z Internetu, porównujące lata 2005 i 2013(wybory kolejno Benedykta XVI i Franciszka). Na jednej części zdjęcia przedstawiona jest masa ludzi i ich względny spokój, skupienie, cisza, a na drugiej ogromna ilość telefonów komórkowych, smartfonów i innych kuromysłów, (z funkcją nagrywania), skierowanych w stronę okna bazyliki św. Piotra. W podobny sposób zachowują się ludzie, filmujący artystę na koncercie albo słonia w cyrku, tańczącego na uszach. Ktoś powie, że to dobra zabawa, ale ja się pytam, co to jest?
Patrzymy i nic się nie dzieje. Gdyby „przełączyć się” na widzenie, to odbiór byłby zupełnie inny. Czasem tego przełącznika brak.
Nie umiem powiedzieć, jaki jest Franciszek(kard. Bergolgio), bo gościa nie znam. Powiesz: "człowiek z Kościoła i dla Kościoła", ale ja nie wiem do końca, kto to jest. Znikoma ilość informacji docierała do mnie o sytuacji tamtejszego Kościoła, nawet nie wiedziałem, że taki ktoś istnieje. Może to nawet lepiej, bo nie byłbym tak mile zaskoczony... 
I w sumie co bym nie powiedział, to będzie albo za mało albo za dużo, albo źle albo nazbyt dobrze.
1.        „Hi” , „Buenos Noches”, machanie ręką i koniec karnawału.
W przeciwieństwie do swych wielkich poprzedników w momencie wyboru na papieża, Franciszek z uśmiechem machał ręką do fanów i powiedział: „Hi”. Przynajmniej tak można rozczytać z pewnego internetowego mema, który wbrew pozorom zostawia pozytywną refleksję. Tak naprawdę papież powiedział wtedy zwyczajne „Buenos Noches” – Dobry Wieczór. Ubrany w papieskie minimum: białą tunikę, piuskę i krzyż, miał wcześniej zaproponować żartobliwie swojemu ceremoniarzowi, by sam założył sobie czerwoną pelerynę, bo karnawał się skończył. To prawda, skończył się karnawał. Skończyła się zabawa – mam nadzieję. Jest w tych słowach i wydarzeniach jakaś metafora i ja w to wierzę.
                Na pewno nie boję się stwierdzić, że papieżowi udało się zwrócić na siebie uwagę. W końcu jest to pożądana technika, gdy chodzi o PR czy jakiś „lewy” interes. Oczywiście obawiam się manipulacji, ale mamy taki świat, w którym nikt nie ułatwia wiary w człowieka i idee. Ja nie ufam niemal nikomu i nikt nie ufa mi (są wyjątki). Obieram jednak ten pozytywny wariant, w którym Franciszek tak naprawdę wychodzi od siebie i opiera się na trwałych fundamentach Chrystusowych. O ile pozdrowienie chrześcijańskie kieruje się do wybranej grupy ideologicznej, zjednoczonej w Chrystusie, to zwyczajne „dobry wieczór’ jednoczy cały świat i setki poglądów. Jest to pewna elastyczność, partyzantka ze strony papieża.
                Ja jestem uraczony skromnością we wszystkich wymiarach zachowania Franciszka, nazywanych innowacjami. To wszystko nie jest nowe, ale już kiedyś było. Jest zapomniane, a mówi o tym Biblia. Sam jestem zwolennikiem postaw, w których wyraża się na przykład brak przepychu, granice, jakie stawia sobie człowiek w posiadaniu(także ubóstwo, ale nie skrajne). Papieżowi owo zachowanie dyktuje fakt charyzmatu jezuickiego, w końcu był on zakonnikiem z zasadami i regułami. Moje postrzeganie i sympatię do takich zachowań warunkuje silne piętno duchowości kapucyńskiej, jaką chłonąłem przez lata, która to duchowość „przeczy” innym aspektom.
                Takimi zachowaniami papież będzie przeszkadzał reszcie świata, czy kapłanom, trwającym w wypaczonych przekonaniach. Ale karnawał nie może trwać wiecznie…
2.        „Kombinacje alpejskie”, by kogoś „obsmarować”, a nasza łatwowierność.
Wraz z wyborem nowego następcy Piotra pojawiły się MOMENTALNIE pierwsze próby podważenia jego wizerunku. Już na starcie znalazł się ktoś, kto z byle jakiego źródła wyciągnął „fakt” z historii papieża o jego współpracy z wojskową juntą w Argentynie i wydawaniu współbraci. Promotor tego „faktu” wdał się w dość ostrą dysputę z Szymonem Hołownią w studiu TVP, relacjonującym wydarzenia z Watykanu z tamtego dnia. Dziesiątki takich informacji znalazło się w Internecie. Jedną z nich wyłowił mój kolega i opatrzył ją ironicznym komentarzem o „kolejnym krystalicznym człowieku” u władzy, w roli nowego pasterza. To był ruch rażący na pierwszy raz kogoś, kto trzyma się pewnej dobrej idei i zasad. A ludzie – ateiści i antyklerykałowie- zawsze będą trzymać się takich niesprawdzonych nowinek, być może dla zapewnienia swojej postawy i by być jeszcze bardziej „anty”. Jest to możliwe do zrozumienia i uszanowania.
O dziwo po tej drugiej stronie (tak podejrzewam) znalazło się też multum ludzi tak łatwo wątpiących i szybko ufających byle jakim informacjom. Razem z panem Hołownią z chęcią powtórzyłbym słowa o weryfikacji i upewnieniu się co do sprawy. Nie zrobię tego jednak choćby dlatego, że sam początkowo „łyknąłem” ten niejasny fakt z życia papieża. Przyjąłem jednak postawę taką samą, jak wobec Benedykta XVI (po czasie co prawda): zneutralizowałem przeświadczenie o jego przeszłości i zastąpiłem tym, co widzę teraz. A widzę człowieka, który reprezentuje jakiś kodeks, któremu zależy na jakimś dobru i ma świadomość wykonania pewnych zadań na ile to możliwe. Ma to związek z rzekomą junta? Nie.
Zresztą, gdybając… Jeśli nawet ten fakt miał miejsce tak, jak było w przypadku Benedykta XVI i jego związku z Wermachtem, to zachowajmy powściągliwość. Dziś stoi człowiek, któremu wszystko zostało wybaczone, który miał jakiś przełom w życiu, dzięki czemu jest inną osobą. Gdyby to wszystko było prawdą, to zapewne zespoliłbym się z papieżem duchowo poprzez przypomnienie sobie swojej niechlubnej przeszłości wyzyskiwacza, manipulatora, wykorzystującego fakt słabości fizycznej do wizerunku cierpiętnika i innych prywatnych celów. To takie gdybanie…
Zawsze liczy się to, co teraz, a przeszłość, choć mająca znaczenie, zostaje odsunięta na bok…
3.        Medialność.
Przyznam szczerze, że momentami mam wrażenie o silnym parciu na media, jakie dokonuje papież.
Prawdopodobnie jest to mylne, bo dostrzegam z drugiej strony czepianie się przez media każdego momentu z życia papieża. A to, że nie opuścił Domu Świętej Marty, a to, że jeździ autobusem z kardynałami, a to, że podhaczył się o równą posadzkę podczas mszy świętej w bazylice. Jeszcze troszkę i byłby temu poświęcony cały serwis informacyjny – cóż, zrozumiałe, że ważna postać. Pamiętam, jak podczas pontyfikatu Jana Pawła II każda informacja na jego temat obiegała cały świat. Kwestię zamachu pomijam, bardziej odniósłbym się tu do sytuacji, w której poprzednik Franciszka i Benedykta poślizgnął się w łazience i stłukł sobie głowę. Z sarkazmem dodam, że brakowałoby jeszcze przytoczenia łazienkowym, czy posadzkowym wpadkom pewnej symboliki przez media. Moment. Stop.
                Rad jestem jednak z tego, że pomimo tego znaczna część mediów praktykuje zwracanie uwagi na to, CO i O CZYM mówi papież. Stawiają te dwie rzeczywistości obok siebie: to, jakie padły słowa od tego, o czym tak naprawdę traktują.
Być może mediom, wywodzącym się spoza pewnych kręgów myślowych przydałby się pewien zmysł moralno – teologiczno – duchowy , by móc odważnie i z rozsądkiem komentować (i krytykować, oczywiście z granicami) słowa Franciszka. Byłoby to na pohybel tym, którym papież wyraźnie przeszkadza.
Sądzę, że Następca Piotra wie, jak wykorzystać media i jak sprawić, by nie stały się one jego piętą achillesową. Oczywiście jestem pełen uznania dla papieskich słów (sądzę, że chwilami powielanych od poprzedników) o wolności mediów i o ich roli w walce o pełnowymiarową prawdę. Mam tylko nadzieję, że papież przejawia świadomość podziału także wśród mediów na część, która się sprzedała i część, która pozostała po tej właściwej stronie. Myślę, że niektóre sytuacje, zwracające uwagę na postać Nowego Piotra Naszych Czasów są prowokowane przez niego samego. Dbałość o PR? Gwiazdorzenie? Byłbym tu bliżej tego pierwszego określenia, choć też nie w 100%. Wszystko czemuś służy. Zachowania papieża, jak już wspominałem - niekonwencjonalne, już kiedyś zaistniały, ale świat o nich zapomniał. Papież chce, by go widziano w takich, a nie innych gestach; w takich, a nie innych okolicznościach, bo czasem zwykłe takie zachowanie, jako świadectwo wystarcza bardziej, niż tysiąc słów. A motywatorem takiego zachowania jest Ewangelia.
4.        Na ratunek upadłej Europie.
Jeśli elementami postępu (pozytywnego rozwoju cywilizacji) są przyzwolenia na bezkarność za krzywdzące dewiacje, zabójstwa w każdym tego słowa znaczeniu, korupcje, niszczenie godności, wszelakie wypaczenia wolności, manipulacje, wymieszanie mentalności i wiele innych, to ja jestem doktorem Burskim z Leśnej Góry. Nie cierpię(i chyba nie jestem w tym jedyny), gdy prawdziwy świat, jaki poznałem zawala mi się przed oczami, a jego miejsce, jako dominanta zajmują głupota, bylejakość i manipulacja. To nie jest po kolei - w Matriksie było na odwrót. Czego innego mnie uczono, na innym fundamencie zostałem wychowany i nie życzę sobie, by tego typu rzeczywistości na siłę wpychano w moją przestrzeń życiową, próbując wymusić jeszcze ich normę prawną, którą to pewnie mam przestrzegać pod groźbą sankcji. Niedoczekanie.
Bądźmy szczerzy – Europa podupadła dość poważnie, ale to chyba ludzie sami są sobie winni. Jedni zwalają na drugich, ale to my razem niesiemy ten ciężar. Ciężar własnej głupoty! Pokładamy pewnie nadzieję we Franciszku, w to, że posprząta ten cały syf w pojedynkę. Tak przynajmniej sądzę na podstawie tego, co do tej pory zaobserwowałem. A do nas należy trzymanie rąk w kieszeni, przyglądanie się i przyjście na gotowe?
4.1     Kościół ubogi i dla ubogich.
Naczelna idea pontyfikatu, dotycząca kościoła dla ubogich nie powinna być nikomu obca, a warto zauważyć, że pozostawia ona szerokie pole interpretacyjne. Na pewno chodzi o zwrot w stronę nisz społecznych, także przez restrykcje, jakie mogłyby być wprowadzone w niektórych strukturach instytucji kościelnej. O co zresztą najbardziej chodzi ludziom.
Ogólnie przyjęło się, że „pieniądz zbałamucił kler”. Przychyliłbym się do określenia, ale nie podejmowałbym się generalizowania, co zresztą jest naczelną cechą naszego narodu – znajdować wśród grup ludzi czarne owce i na podstawie ich zachowania podsumowywać negatywnie całość. Wiele kontrowersji krąży wokół tego hasła i jeszcze trochę czasu minie, nim zostanie ono w pełnym wymiarze zinterpretowane. Być może skrajne ubóstwo kościoła, jak ubóstwo zakonników w okresie średniowiecza w dzisiejszych czasach odbierane by było, jako coś chorego. Ja osobiście sugerowałbym zrezygnowanie z przesadyzmu (normalne, „ludzkie” środki komunikacji, a nie limuzyny, czy krążowniki – najlepiej autobus, niech za przykład służy sam Franciszek), powściągliwość (np. w strojeniu kościołów, WIĘCEJ PROSTOTY!). Jeśli chodzi o kościoły, to mam czasem wrażenie, że wchodzę do galerii sztuki na aukcję dzieł nowoczesnych, zamiast chwilę posiedzieć i się wyciszyć. I zgadzałbym się tu z mościm Cejrowskim – to mnie czasem wkurza.
Paradoksalnie jednak wierzę i wyrażam nadzieję na powściągliwość środowiska kapłańskiego, byleby tylko nie była ona udawana. Słuchałem ostatnio wypowiedzi, w których wytykało się niedorzeczności związane z ideą papieża. Chwilami miałem wrażenie, że towarzyszyły im emocje takie jak strach, szczególnie przed zmianą albo kompletne niezrozumienie. Przypominam tu o wieloznaczeniowości tego aspektu, podczas, kiedy wielu biskupów(nie chcę przytaczać nazwisk) wyjmuje tylko jeden, góra dwa wątki i bez większego zrozumienia próbuje je tłumaczyć, często stawiając kontry, jakby papież nie znał świata lub chciał go na siłę zmieniać. A według mnie to nie o świat chodzi, przynajmniej w pierwszej kolejności.
4.2     „Odbuduj mój Kościół…”
Chcesz cokolwiek zmienić na świecie, to zacznij od siebie. Choć to parafraza uniwersalnej maksymy, to często ją słyszałem nawet i w domu, co odcisnęło już swoiste piętno. Owa myśl jest kierowana do każdego człowieka, który trwa w ułudzie, że wszystko jest z nim i w nim jak należy. Prosto jest zmieniać wszystko wokoło – podobno. Rozczarowanie przychodzi, gdy nam kompletnie się to nie udaje. A to dlatego, że mało kto ma „przyjemność” stanąć z sobą twarzą w twarz i zacząć zmianę wpierw od siebie, by stać się świadectwem. Łatwiej jest widzieć zło gdzieś, a nie w sobie…
Kościół jest organizmem, na który składa się wiele członków. Podobnie, jak człowiek. W tej sytuacji porównanie do osoby, której trudno jest wszelkie zmiany zacząć wpierw od siebie, jest jak najbardziej trafne. Potrzebny jest tylko solidny impuls.
Impuls w postaci kogoś, kto przypomina o znaczeniu kościoła, jako:
- pielgrzyma i przewodnika w drodze
- opiekuna mniejszych
- wspólnoty, serwującej Dobrą Nowinę, a nie skrajnej instytucji.
Chodzi tu przede wszystkim o umniejszenie znaczenia instytucjonalności kościoła lub chociaż zmianę postrzegania, jako wyłącznie instytucji, korporacji, organizacji. Słyszy się często, że urzędnicze zachowanie w tym środowisku sięga zenitu. Prymat objęły terminy, dokumentacje, potwierdzenia, akty, norma, prawo (gdzieś tam się słyszy o opłatach i cennikach)… A jak prawo, to też dziury do wykorzystania, dzięki czemu można sobie pozwolić na korupcję i biurokrację. Niestety, ale o tym się mówi i to jest. Prosty przykład: afera Watileaks.
A przecież paradoksalnie z drugiej strony istnieją środowiska kościelne, trzymające się jakichś zasad normalności z naciskiem na pomoc człowiekowi i życie radami ewangelicznymi. Postawić warto pytanie: co kraj, rejon, to obyczaj? Dlaczego wszędzie tego nie ma? Dlaczego wszędzie nie jest jednakowo?
Może tak ma być?
Może wszystko zależy od ludzi, dzierżących w rękach jakiś urząd, prymat, a próbujących wypierać fakt tego, że są grzesznikami; nie zauważających w ogóle przerostu ambicji, zamkniętym w sobie „posągom”, gubiącym rzekomo właściwy kierunek, który obrali…
Odbudowanie Kościoła oznaczałoby tutaj przywrócenie miejsca tym, u których priorytetem jest przekazanie człowiekowi czegoś dobrego, którzy w pierwszej kolejności żyją Ewangelią i duchowymi potrzebami człowieka. A dzisiaj tacy ludzie są spychani gdzieś na bok, jeśli nie poddadzą się „zasadom” tam panującym… Dobrze by było zwracać uwagę i strofować tych, którzy idą do kapłaństwa, bo „nie mają pomysłu na siebie” albo „bez problemu się utrzymają i będą mieli zysk”. Twierdzi się, że dziś takie czarne owce przeważają, ale po raz kolejny skłonię się ku zasadniczej wadzie generalizowania na podstawie zaobserwowanych kilku przypadków.
Był już jeden Franciszek, który przypomniał właściwą drogę kościołowi w czasach jego zagubienia, zatracenia się w mentalnościach świata. Podobnie wygląda to dziś. Pozostaje jeszcze kwestia tego, jaki wkład w odbudowę będą mieli zwykli ludzie, bo przecież nie samym Franciszkiem żyje kościół.
4.3     Mowa prosta i kilka radykalnych postaw.
Faktem jest, że papież dotychczas nie napisał żadnego dokumentu kościelnego, podczas, kiedy jego poprzednicy w tym czasie przynajmniej nad tym pracowali. Przekorny Franek jednak „niestety” robi dobrze.
                Przecież mowa ma być prosta, jak najprostsza, odważna, pełna porównań do prostych problemów a zarazem występująca w roli propozycji… Ja osobiście za to pokochałem środowisko zakonne (np. kapucynów). Za słowo proste, „lajtowe” i szybko dające się zaabsorbować…
Transcendentnie immanentny  Trójjedyny Logos i Paradoks, a Bóg, to jest ta sama Osoba, a jednak ludzie wolą krócej, bo lepiej to do nich przemawia. Domeną nauki jest szukanie nowych pojęć, ale tylko lub przeważnie dla nauki samej w sobie, dla dalszych jej osiągnięć. A ludzie czekają wyłącznie na świadectwo, na zwykłe pokrzepienie, na porównania, na przykłady w jakimś stopniu zintegrowane z ich życiem. NA PROSTĄ MOWĘ.
Nie ma co się dziwić, gdy z ambony zamiast prostego i urzekającego kazania, płynie wykład z teologii i ludzie śpią albo patrzą mętnie i liczą żarówki na żyrandolach.
Jednym z fundamentów, na których stanął pontyfikat Franka jest Miłosierdzie, ale wraz z nim występuje też upomnienie braterskie. Nota bene upomnienie braterskie zawsze wynika z Miłosierdzia i zatroskania: „co ty wyprawiasz ze swoim życiem? Gdzieś ty do cholery zbłądził?”.
Dlatego papież neguje postawy środowisk lewicowych, podpuszczających homoseksualistów i innych „dziwnych” do wywalczenia większych praw i ochrony (na tym miejscu zboczeńcy mieliby prawne przyzwolenie na dokonywanie krzywd)… Tylko, że to nie jest dążenie do praw, ale nieumotywowana lub fałszywie motywowana chęć znalezienia się w sferze, która jest zarezerwowana wyłącznej grupie ludzi, obalenia pewnych schematów, fundamentów, których nie wolno ruszać oraz granic, których nie należy przekraczać. Doprowadzi to do całkowitego wyniszczenia. Każdy ma swoje ustalone miejsce i lepiej, by się go trzymał lub poruszał się w jego obrębie… Człowiek tego typu, jako jednostka jest akceptowalna i godna tego miłosierdzia, jeśli wie, że jej miejsce nie jest „po tej drugiej stronie”. Chciałoby się powiedzieć: „upomnienie braterskie żyjących i myślących inaczej(?)”… Zamierzam za jakiś czas rozszerzyć tą kwestię więc sugeruję się wstrzymać z bezsensownym linczem…
I może dlatego tak ogromne jest zdziwienie, gdy papież np. podczas liturgii Wielkiego Czwartku myje nogi dwóm kobietom. Albo jeszcze gorzej, gdy chce dopuścić z powrotem do komunii ludzi, będących niegdyś w sakramentalnym związku małżeńskim, a którzy się rozeszli. Przypominam, że fundamentem jest Miłosierdzie. Miłosierdzie kieruje papieżem. To ono kusi do łamania pewnych sztywnych schematów i daje o sobie świadectwo. To Miłosierdzie jest tym, za przyczyną czego dzieją się rzeczy niedorzeczne, nieprawdopodobne i pozornie niegodne na pierwszy rzut oka. To tylko Miłosierdzie. To samo Miłosierdzie kierowało Chrystusem, co tak oburzało faryzeuszy, oszustów, dwulicowców… Pewne symbole lubią się powtarzać.
Oby tylko Franciszka nie uraczyła gościną naiwność, szczególnie, gdy co niektórzy będą tego Miłosierdzia próbować nadużywać.
5.        Zakończenie
Jakiś czas temu zaczął się pontyfikat, wobec którego wielu zagubionych w mentalnościach kościoła i świata ludzi, wyraża nadzieję, że go choć odrobinę odmieni. Zaczynając od źródła, czyli od Kościoła. Papież na start prosił świat o modlitwę.
I to już jest znak, by nie być biernym, nie przyglądać się wyłącznie papieżowi i nie zaśmiewać się, gdy się potknie albo klepać po plecach, kiedy powie coś, co mi pasuje. Bo tak zapewne w tej chwili myśli spora część z nas, także tych mających się za… Pozwolę sobie nie dokańczać – adresaci wiedzą, że to do nich.
Pożyczyłbym Frankowi zdrowia i cierpliwości dla tej reszty świata. I choć mam do niego dystans, jako do człowieka i Następcy Piotra, to na pewno o wiele mniejszy, niż do Benedykta XVI u początku. A może naprawdę ideologicznie jest mi bliżej do środowisk zakonnych, niż do takich tradycyjnych i zwykłych kapłańskich. Stąd też duże pokrzepienie myślą, że Kościół, kiedy jest w kryzysie, gdy dzieje się coś z nim źle, kieruje się po pomoc do zakonników, aby przypomnieli mu o Jego miejscu.
To nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli my się w to nie włączymy…

sobota, 29 grudnia 2012

Moja pierwsza recenzja(tak sadzę). "Hobbit. Niezwykła podróż"..

Wczoraj wieczorem wróciłem z seansu Hobbita i byłem w ciężkim szoku. Dziś w momencie pisania tych słów nadal jestem w szoku, choć już na tyle opadły emocje, że można zebrać myśli.
Nie jestem fanem tolkienowskich powieści, aczkolwiek mi, jako próbującemu tworzyć opowiadania, powieści posłużyły one za pewien wzór na kreowanie świata, z którego mogę czerpać. Przyznam się jednak z ręką na sercu, że „Hobbita” czytałem, jakieś 7-8 lat temu i nie pamiętam z niego prawie nic, dlatego nie zamierzam całkowicie, jak coniektórzy, zestawiać filmu z książką(część wątków powieści jednak kojarzę, więc być może się pokuszę o takie zestawienie). Dodam, że u mnie w szkole prawdopodobnie była to jedna z dodatkowych lektur!
Istnieje możliwość, że spotkam się z linczem fanów, ale taki lincz nic nie znaczy dla kogoś, kto chce się podzielić prywatnymi wrażeniami.
Fabuła chyba wszystkim znana. Hobbit Bilbo Bagginsz Shire za namową czarodzieja Gandalfa wyrusza wespół z trzynastoma krasnoludami na wyprawę, której celem jest wygnanie z Samotnej Góry smoka Smauga i odzyskanie zagarniętych przez niego skarbów. Po drodze przeżywa wiele niesamowitych przygód: spotkanie z elfami, krasnoludami, ludźmi, trollami i innymi dziwnymi stworzeniami, a nade wszystko staje się uczestnikiem i naocznym świadkiem jednej ze znaczących bitew, zapisanych na kartach historii Śródziemia.
W zasadzie to nie wiem, od czego zacząć… Pokuszę się najpierw o stwierdzenie, że reżyser Peter Jackson stworzył najlepszy świat fantasy na świecie. Dziwne trochę zdanie, ale cóż. Po dekadzie od ekranizacji „Władcy Pierścieni” nie zmieniło się nic z magii, która oczarowała mnie już wtedy. Takiemu samemu oczarowaniu uległem wczoraj. Jest rajski świat elfów, pełen ciepłych barw, do którego zawsze dociera słońce – mimo, że znajduje się między górami. Są mroczne podziemia orków i troli, mogące być analogią piekła. Są też bardziej naturalne rejony, uczęszczane przez ludzi, krasnoludy, hobbity i inne(być może) spokojne stworzenia. Słowem: nie zmieniło się nic – jest piękno i barwne kategorie świata, do którego każdy może na chwilę uciec i zabrać coś dla siebie. W moim sercu i pamięci ten czar odcisnął solidne piętno.
Wsłuchuję się w opinie, że Jackson przekombinował z ekranizacją. Nie znam się, to się wypowiem. Sam się nad tym zastanawiałem. Trudny do skomentowania wydaje mi się podział „Hobbita” na trzy części, podobnie, jak z „Władcą Pierścieni”, ale zostawię to reżyserowi. Jako, że prawie nie pamiętam książki, to ciężko mi stwierdzić, które wątki w pierwszej części zostały potraktowane z należytą czcią, a co zostało dodane. Generalnie ekranizacja stanęła gdzieś w połowie książki. Wszystkie zdarzenia, jakie tam miały miejsce(przybycie Gandalfa do Shire, wizyta krasnoludów, wędrówka, spotkanie trolli, odpoczynek u Elronda, gra w zagadki z Gollumem) zostały zawarte. Fani na pewno dopatrzyli się kilku bonusów. Ja zresztą też – szczególnie w jednej z ostatnich scen. Wartości filmu to jednak nie odejmuje, jeśli celem jest rozrywka(ktoś powie: KASA), oczarowanie widza i wgniecenie go w fotel. Sam Jackson być może stęsknił się za ekranizacjami tolkienowskimi. Miał świadomość, że to najlepsze, co mógł stworzyć. A jeśli dzieło w fazie pracy przysparza twórcy najwięcej radości i spokoju, to można się spodziewać czegoś niebanalnego.
A w fotel człowiek jest wgnieciony. I nie dzieje się to wyłącznie za przyczyną Śródziemia, emanującego swym pięknem, ale swój wkład daje tu też akcja, okraszona humorem, wynikającym z niby niepozornych scen(co niektóre z nich widzowie śmiechem odpowiednio przypisali dzisiejszym sytuacjom). Rację mają ci, którzy mówią, że ekranizacja trwa 2,5 godziny, a wciąga na tyle szybko, że czas mija, jak mrugnięcie oka. Potwierdzam: czas mija, jak mrugnięcie oka, a po seansie akcja toczy się nadal. Jest niedosyt. „Trwaj chwilo, jesteś wieczna”. Bądź wieczna. Prawda?
To film z cyklu „w drodze”. Sceny batalistyczne nie są takie stricte batalistyczne. Nie ma w nich takiego rozmachu, jak w poszczególnych częściach „Władców”(szczególnie w ostatniej), ale „Hobbit” to coś innego. Inna fabuła, inne wymagania. To, co zostało pokazane w ekranizacji(nawet, jeśli to jakiś bonus) i tak robi wrażenie(mówię tu np. o pielgrzymce-przedzieraniu się krasnoludów przez hordy orków w ich podziemiach, czy tez jedna z ostatnich scen, będąca pierwszym starciem dwóch antagonistów).
Charakteryzacja postaci jest bardzo dojrzała i ambitna. Ale, gdybym miał się czepić… Fryzury krasnoludów – tutaj troszkę przesadyzmu(ale to ja tak myślę). Warkoczyki, fikuśne i wymyślne brody. Najbardziej naturalnie spośród nich prezentował się sam wódz krasnoludów. Trolle i orki wyglądają szkaradnie, jak zwykle(chwilami tej szkaradności jest ciut więcej niż w ekranizacjach z lat 2001-2003). Czarodziej wygląda skromnie, acz dostojnie, a hobbit jak prawdziwy wędrowiec.
Muzyką ponownie zajął się Howard Shore, tworząc oprawę, która błyskiem wpada w ucho, wywołuje uśmiech na twarzy, prowokuje do wybicia się w górę, jak ptak, a ponad to pasuje pod klimat wędrówki, choć czuję, że niektórzy powiedzą coś zupełnie innego. Wsłuchując się w nią(nawet w tej chwili) wyobrażam sobie poszczególne sceny.
Co do aktorów… Nie ma szans, by uchwycić i opisać grę każdego z nich. Wybrałem tych, którzy z różnych względów są mi bliscy(jako aktorzy lub/i grane przez nich postacie). Zacznę od najbliższych memu sercu.
Gandalf, grany przez Iana McKellena(po raz kolejny zresztą) kreuje postać dobrego ducha Śródziemia, który czuwa niemal nad każdym na ile potrafi. Poczciwy, spokojny, niepozorny staruszek, wymachujący nie raz dziarsko mieczem, gdzie popadnie, przywołując czasem przy tym moc swej magii, skoncentrowaną w lasce. Takiego Gandalfa, kreowanego przez McKellena pamiętamy, oglądaliśmy i oglądać będziemy w kolejnych częściach.
Tytułowy Hobbit. O ile w książce wydał mi się on postacią nieco tchórzliwą i rzeczywiście uciekająca od trudności, to w filmie Martin Freeman i kreowana przez niego postać pokazali jak to się może zmieniać. Gra tego aktora bardzo mnie przekonała. Stworzony przez niego hobbit, jako mała, nic nie znacząca postać, początkowo się nie liczy. I może dobrze, że bo przecież kocha ciepło domowego ogniska i spokój. Ale z biegiem czasu zaczyna dostrzegać pewne wartości oraz staje przed arcytrudnym zadaniem: udowodnieniem, że istnieje i jest coś wart. Musi to udowodnić zarówno sobie, jak i innym, by zostać docenionym. To walka o wiele trudniejsza i zbierająca większe żniwo, niż jakakolwiek bitwa między dwiema armiami.
Do pozostałych, choć oddalonych już troszkę od mojego serca zaliczam wpierw Thorina(Richard Armitage). Gniew, chęć zemsty i upór dominują nad wodzem krasnoludów, ale po drugiej stronie stoi też honor i lojalność wobec pobratymców – z czasem też wobec małego hobbita. Następnie Fili(Dean O’Gorman) i Kili(Aidan Turner) – dwójka młodych, bojowych i narwanych krasnoludów, celnie strzelających z łuków z odległości najmniej kilkuset metrów(musieli brać lekcje u Legolasa). Elrond(Hugo Weaving) i Galadriela(Cate Blanchett), jako ostoje spokoju i troski, a zarazem dumy i piękna. Na koniec należy wspomnieć o postaci kultowej. Gollum. To, że Andy Serkis jest do tej roli stworzony, to wiemy nie od dziś. O ile we „Władcach” grał naturalnie, to w „Hobbicie”… Hm… Gdzieś tam słyszę opinię, że przeholował. A może tak miało być? Dostał więcej czasu na pokazanie postaci Golluma – schizofrenika, która bardziej wywoływała pozytywne emocje, niż antypatię. Ten wyraz twarzy, zachowanie i głos… Filmowy Gollum to już zapewne klasyka. Tutaj wszystko mamy raptem w jednej tylko scenie. Wybaczcie, że nie przyjrzałem się reszcie aktorów.
Można by już w sumie skończyć, bo słyszę głosy, że przedłużam. Iść na „Hobbita” do kina? Obowiązkowo. Ja się zbierałem ponad pół roku. Pokuszę się o stwierdzenie, że póki co ekranizacja, mimo, że trochę przekształcona, bardziej mnie przekonuje od książki. Przemycone są tu wartości, które w naszych realiach trudno jest znaleźć z uwagi na panujący bałagan. A człowiek ucieka w fantazję, bo szuka ratunku, szuka nadziei na lepsze lub fundamentów na których mógłby się oprzeć. W tym świecie jasno jest przedstawione, co jest dobre, a co złe. Od człowieka zależy, co wybiera.
A dzięki takim książkom, czy filmom możemy być tylko lepsi, bo tam w  metaforach i uosobieniach znajdujemy ratunek dla siebie i na to, co jest dziś. Tego, czego człowiek nie odnajdzie w realiach z pewnością znajdzie tutaj, jeśli się głębiej przyjrzy. Starczy tylko uruchomić wyobraźnię i dać się ponieść fantazji. Witamina, pomagająca dalej znosić życie.