Kiedy
byłem trochę mniejszy, niż teraz, to miałem marzenie, by zostać bandytą,
pedofilem, złodziejem i pijakiem w jednym. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego,
ale dostrzegałem w tym pragnieniu jakiś ubogacający ideał. Na pewno chciałem
przez tego rodzaju służbę być blisko ludzi.
Myślisz, że zwariowałem. Nie. Po prostu,
kiedy miałem te 12 lat i służyłem do ołtarza, jako ministrant, to rozbudziło
się we mnie pragnienie bycia księdzem.
Ponownie myślisz, że zwariowałem. Znów
pudło. W tamtych latach to w naszym środowisku była to dość częsta tendencja,
choć zwykle krótkotrwała. Dużo osób z grupy czuło ogromne przywiązanie do
atmosfery i funkcji w tej „rodzinie”. Z kolei z tej ilości co najmniej
jedna osoba odczuwała ten związek w sposób szczególny.
A, że synonimami zwrotu „ksiądz” są dziś
słowa: „pedofil”, „złodziej”, „zbrodniarz”, „bandyta”… i wiele innych, to
powyżej postanowiłem się nimi przewrotnie posłużyć. Jakie to ma znaczenie? Dla
mnie ważne, bo to moje wspomnienia – tamte czasy. To dobre wspomnienia i czas
osobistej podróży, z której chciałem zdać relację. I denerwują mnie
niejednokrotnie nieprzemyślane do końca ataki na to środowisko, świadczące
raczej o atakujących, niż o poszkodowanych/atakowanych. Lub winnych…
Nie mam zamiaru tu na nikogo
nacierać ani bronić. Postawię na własne świadectwo. Zacznę od tego, że chyba
jestem typowym Polakiem: zawistnym, dwulicowym hipokrytą a z drugiej strony przesadnym
idealistą, uzurpującym jak najwięcej przestrzeni dla mojego „JA”. Teoretycznie
te cechy powinny dyskwalifikować realizację moich dziecinnych marzeń o byciu
księdzem, ale praktyka pokazało co innego. A może to normalna rzecz dla
dzieciaka w wieku tych kilkunastu lat. Na pewno sporo było w tych czasach
popisywania się i oszukiwania, a z drugiej strony ważnej nauki. Okłamywałem
innych i siebie (wtedy jeszcze nie miałem tej świadomości, bo przecież „jestem
JA”), by potem w wyniku różnych przewrotów stopniowo „bastować”, mówiąc
kolokwialnie.
Sporo było tych przewrotów. Mógłbym
tu wymienić na pewno dojrzewanie, relacje (szczególnie wobec dziewczyn i kobiet
– tu bywało bardzo różnie), zetknięcie się z różnymi osobami, motywującymi do
tego, bym był lepszym człowiekiem, a i z tymi, którzy swym stylem życia skutecznie
mnie powstrzymywali (myślę tu szczególnie o księżach, dających co najmniej wątpliwy przykład życia). Kontakt z tymi ostatnimi
nie był przymusem, bowiem często wystarczyła sama obserwacja.
Różne osoby pod wieloma względami zapadały
mi w pamięć. Ksiądz Romek podczas odwiedzin duszpasterskich poniżył mnie w domu
przy rodzicach, twierdząc, że „opuściłem się” w chodzeniu do kościoła. Chwilę
potem wpadł niespodziewanie ksiądz Piotrek i kulturalnie „zjechał” księdza
Romka, podnosząc mnie jednocześnie na duchu. Jakiś czas później wespół z księdzem Markiem „daliśmy” (w
zasadzie to ksiądz Marek udzielał) ślub wielu parom. Tak… Ksiądz Marek to był
człowiek, jakich mało: szczery i uczciwy, z krwi i kości. Niedługo potem wybitne
zainteresowania ks. Seby, kierowane w stronę młodych dam stopniowo gasiły
mojego idealistycznego ducha. Mimo to miałem dwóch dobrych przyjaciół mojej
rodziny: ks. Tadzia i ks. Krzyśka, którzy (być może przez wzgląd na mojego ś.p.
dziadka i jakieś jego nadzieje, pokładane we mnie) sprawowali nade mną pewnego
rodzaju duchową opiekę. Podupadałem mimo to, zacząłem się gubić – nie tylko w
tej sferze. Nawet wtedy, gdy z pomocą przyszli mi bracia kapucyni. Szczególnie
wspominam tu braci Marcina i Radara.
Był czas, kiedy starałem się uciec
od kościoła. Tłumaczyłem to tym, że widziałem za dużo złego, a i także w
mediach było pokazane to, co złe („prawdziwe”). Głośne sprawy molestowań,
dokonywanych przez pewnego gdańskiego biskupa, malwersacje finansowe pochodnych
mu postaci, treści „Faktów i Mitów”, przepych i bogactwo, antypatia do
kościoła, będąca efektem stereotypowego patrzenia np. pod kątem inkwizycji i
kwestii majątkowych. A kiedy zdarzało mi się mimo tego być na mszy (zawsze się
gdzieś tam przymusiłem, by z łaski iść), to odczuwałem wstręt, duchotę.
Wychodziłem i już nie wracałem. Jednakże mimo tych złych aspektów, krążyły mi
po głowie słowa jednego z braci kapucynów: „przepraszam”…
„Przepraszam za księży. Przepraszam
za kościół”. Ten brat zostawił mi po sobie słowa, które długo huczały mi w
głowie. Pierwsze, co pomyślałem, to to, iż może moje oczekiwania są do
spełnienia? Jeśli tak, to jakie? A może…
Może pierwej trzeba było oczyścić
się ze wszystkich kwasów i „sformatować” – zacząć od zera? Być może dzięki temu udało mi się spojrzeć na
to wszystko od nowa, bez emocji, na chłodno, bardziej… przestrzennie.
Być może dzięki temu wróciłem,
aczkolwiek nie jestem stuprocentowym praktykiem. Wróciłem na pewno mentalnie i
duchowo, a cieleśnie… różnie bywa. Jednak według konstytucji Soboru
Watykańskiego II „Lumen Gentium” i wskazanych tam kryteriów przynależności do
Ludu Bożego uważam, że spokojnie mieszczę się w granicach[1].
Wróciłem, bo mam tu wspomnienia,
szczególnie te dobre; bo czuję się tu, jak w domu, który zawsze nim będzie –
nawet, gdy jest źle w jego wnętrzu. Wróciłem, bo nabrałem odwagi do
obiektywnego patrzenia (z lekką dozą subiektywizmu) na pewne niuanse: na to, co
dobre i to, co złe – obie kwestie weryfikując po równo. Wróciłem, bo jestem
człowiekiem przywiązanym bądź co bądź do tamtego świata i miałem już dosyć
błąkania się jak bezpański pies. I żeby nie było – czuję się wolny.
Wciąż wiem i wierzę, że ponad nami
jest tajemniczy Projektant, który trzyma nad tym wszystkim „łapę”, a to, co się
dzieje zmierza ku jakiemuś konkretnemu celowi. Tutaj z mojej strony nie ma co
zakładać, nie ma co dociekać, jaki to cel, bo to może zgubić. Ale pokładanie
ufności w tym Projektancie, myślenie o Nim, świadomość Jego obecności pomaga w
zniesieniu zła w ludziach i cieszyć się mimo tego. Pomaga to w przyjęciu ich
dziwnych mentalności i zachęcaniu do pracy nad sobą, a także w oddzielaniu od
siebie dobrych i złych. A, że dobre świadectwa ludzkie są coraz rzadsze, to
wydaje mi się, że nie są one już aż tak potrzebne. Wystarczysz ty…
Kościół to Boży zamysł, zrealizowany
na różnych płaszczyznach, natomiast ludzie… Ludzie są bardzo różni. Łatwo jest
krytykować Kościół pod kątem ludzi. Jeszcze łatwiej jest z niego uciekać po
spotkaniu z antyświadectwami czy negatywnymi postawami. Owszem,
wszystkiemu są winni źli ludzie, ale dodatkowo myślę, że tego typu ucieczki świadczą o
tchórzostwie tych, którzy mają lub mieli z tego rodzaju złem styczność, którzy się wyrzekają i nie przyznają się do swych korzeni we
wspólnocie Kościoła. Ze złem(jeśli się ujawni) należy walczyć – nawet tu w
środku, w domu – w Kościele. Nie ucieka się od niego, bo wtedy otrzymuje ono
przyzwolenie na dalsze działanie. A najgorsze jest przymknąć oczy i udawać, że
wszystko jest w porządku.
Ja też kiedyś stchórzyłem i dziś sądzę,
że popełniłem błąd.
Bycie tu, wewnątrz- w tym wielkim paradoksie, będącym ŚWIĘTYM KOŚCIOŁEM GRZESZNYCH LUDZI
to wyzwanie. Może kiedyś, gdy wiele informacji było zatajonych, to takie
trwanie było łatwiejsze. Dziś mówi się o wszystkim i pod każdym kątem.
Niejednokrotnie informacje są przemilczane, manipulowane, fałszywe, ale są też
te prawdziwe, zatajane niegdyś przez tego(to), kogo(czego) dotyczą. A nasza
zatwardziałość, bezsensowny gniew, obojętność itp. nie pozwala nam na to
trzeźwo spojrzeć ( i chyba przez to m.in. jesteśmy tak skłóceni i podzieleni)
ani nikomu uwierzyć. Nie pozwala to przede wszystkim przebaczyć.
To prawda. Pewnie są problemy
homoseksualne u księży w kościele, za które i mi jest wstyd. Są jednostki wśród
kleru i biskupstwa „łase” na kasę i bogactwo – to też prawda. Są jednostki
fanatyczne wśród ludzi świeckich, które popadają w skrajności, będące często
ofensywne w stosunku do innych. Są jednostki, które dopuszczają się gwałtów, a
potem manipulują opinią publiczną, by się oczyścić z winy oraz obarczyć nią
ofiary. Dodam, że to przecież DZIEJE SIĘ WSZĘDZIE, a nie tylko w tym
środowisku.
Ale pomiędzy nimi są tacy, którzy oddali
całych siebie, by, będąc kapłanami, trwać przy ludziach mentalnie oraz
zapraszać i prowadzić ich do Boga. Oni są moimi przyjaciółmi i nie mówią nic.
Przyjmują TWÓJ atak, w którym ty wrzucasz wszystko do jednego worka z szambem.
Przyjmują go bez słowa. Mimo braku win po swojej stronie czują się
współodpowiedzialni i jest im wstyd. Pokutują za „czarne owce” w swoim stadzie.
Czy o to nam chodzi? Czy ty masz na to wzgląd? Czy to nie jest płytkie działanie
z Twej strony?
A jacy my jesteśmy? Czy jesteśmy
inni? Nieskazitelni? A jaki ja jestem?
Jeśli trzeba, to podobnie, jak ten
wielki brat kapucyn zachował się wobec mnie, tak ja zachowam się wobec Ciebie. Przepraszam
Cię więc za ten kościół i za takich księży. Przepraszam za gwałty, o których
się mówi(także za te, o których się nie mówi i za te, stworzone na potrzeby
podtrzymania klimatu nagonki), za „odjechane” samochody, pychę, materializm.
Przepraszam za… No właśnie. Przeprosiny są często domeną tych, którym na czymś
zależy.
Mogę Cię zapewnić, że mam wiarę, ale nie
jestem ślepy ani też naiwny (taką mam nadzieję). Kiedy o czymś słyszę lub
czytam, to po weryfikacji informacji rachunek jest prosty: albo mi się to
podoba albo nie. Jest jeszcze opcja środkowa, w której można trwać jakiś czas,
ale potem, niestety, trzeba wybrać. Na wynik tego rachunku trzeba czasem bardzo
długo poczekać, przestudiować wszystkie argumenty, by mógł on być prawdziwy.
Popieram papieża Franciszka, który
powoli dąży do redukcji „dóbr” kapłańskich i biskupich. Popieram dążenia do
współpracy kanonicznego i świeckiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii sądzenia
UDOWODNIONYCH przestępstw biskupów i księży np. w sprawie pedofilii. Tym samym
popieram surowsze kary dla wszystkich tego rodzaju przestępców z różnych
środowisk. Popieram jeszcze wiele innych rewolucji i potencjalnych zmian
(jednak nie wszystkich), o których trudno mówić, bo propozycji jest dużo. W
ostatnim czasie wspieram dyskusję (podkreślam: DYSKUSJĘ) nad problemem komunii
dla rozwiedzionych. I tu uwaga: jest kilka życiowych sytuacji, w których szala
mojego wsparcia przechyla się na korzyść rozwodników, ale z zachowaniem pewnego
rodzaju powściągliwości. Ojciec Knabit powiedział mi tu do słuchu w kilku zdaniach[2]. Może
jeszcze kiedyś uda mi się do tego wrócić i rozwinąć kwestię.
Bóg
jest Miłością, ale to człowiek rozmienił Go na drobne, stworzył doktrynę i
niechcący pogmatwał tak banalną sprawę. Bóg jest Miłością, ale to
człowiek poprzez swoje wybory popełnia dość często błędy. Dlatego mamy to, co
mamy.
Zachęcam do mówienia o tych sprawach,
ale bez zawziętości i nienawiści. Zachęcam do podchodzenia do nich z dystansem,
a nie popadania w skrajności: atak lub ucieczka. Przestrzegam przed
generalizowaniem, bo razem ze wszystkimi śmieciami wrzucamy nieopatrznie do
wora coś dobrego, przydatnego i naprawdę wartościowego.
Nie wiem tylko, co ty zrobisz z tym
słowem… Nie wiem, czy chcę to wiedzieć… Zebrałem tu moje doświadczenia i myśli
ostatnich wielu lat (i może jeszcze dalej). Jedynie to jest pewne – jak na
razie tylko dla mnie. Czy dla ciebie także?
[1] Konstytucja dogmatyczana o
Kościele „Lumen Gentium” (KK 13 – 16) w: http://archidiecezja.lodz.pl/pliki/sobor/kk2.html
sugeruję zajrzeć.
[2] http://wpolityce.pl/lifestyle/216888-ojciec-leon-ucina-spekulacje-lewicowych-mediow
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz