Ciekawy jestem, ilu jest prawdziwych facetów na
świecie? PRAWDZIWYCH. Pyta frajer (z wyglądu), który w młodszych latach był
daleko poza schematami męskich zachowań.
W czasie, kiedy wszyscy pokazywali, jacy to oni nie są, to ja stałem z
boku i być może w oczach wielu uchodziłem za frajera i odmieńca. Zaskoczę
jednak tym, że po latach niewielką część spraw udało mi się nadrobić, a w
innych przyjąłem swoją postawę, niepodlegającą pod żadną normę. Pomimo, że
nadal nie odnosi to szczególnych skutków, to wygrałem. Wygrałem świadomość tego, że jestem mężczyzną walczącym o siebie do
ostatka siebie.
Dlatego pytam o liczbę PRAWDZIWYCH facetów… Nie tych,
którzy dokazują na okrągło, na siłę chcą zwrócić na siebie uwagę, którym mózg
rozlał się w mięśnie po faszerowaniu się sterydami. Nie egoistów, kpiarzy,
cyników, bestii, którzy rzucą czasem kobietą o ścianę i(będąc bezczelnie
dosadnym) zaczną ją rżnąć na wskroś i w pionie. Wymieniłbym jeszcze wiele
innych epitetów i określeń, ale po co – resztę dopowiedzta sobie sami. A ja
tymczasem stanę na głowie(parafraza jednego z moich pierwszych postów), może
wtedy wszystko wróci do przyzwoitej normy…
O
męskości słów kilka… Czyli prawie, jak kazanie w kościele z lekką nutką
pikanterii i zapachu cebuli. Może jakaś definicja? Powiem w ten sposób: wg. mnie, nie ma takiej. A jeśli jest, to wypływa
ona od każdego z nas i jest co najmniej inna. Wpływ na nią mają też rzeczywistość i
postępujące zmiany, ale jej fundamenty gdzieś się tam jednak nadal przewijają –
mocno przysłonione i momentami fałszywie pojmowane. Jeśli chodzi o mnie…
SIŁA
– pierwsza w rankingu starego Szamana, a jednocześnie z taką trudnością przez
niego zdobywana. Mężczyzna to ktoś, kto uderzy, kiedy trzeba. Bardziej jednak
skupiłbym się na uderzeniu w życie.
To umiejętność sprostania jego pokręconym meandrom (szczególnie dzisiaj) i
samemu sobie. „Bądź silny, bądź męski, by ktoś przy tobie czuł się pewnie. Bądź
chłop, nie baba”! Często to słyszałem… Męska siła oraz związana z nią ODWAGA to
nie tylko cechy zewnętrzne: dobra postura, bohaterskie wyczyny, „hardcorowość” itp. Ogrom z tego dzieje się wewnątrz nas, tylko nie każdy chce się do tego przyznać. To
uświadomienie sobie swojego zadania i wykrzesanie z siebie mocy na jego
wypełnienie. Realizacja celu, planu na życie. To umiejętność parcia pod wiatr, bycie dla drugiej osoby jednocześnie parasolem.
Dziwne, że mówi o tym gość, który często upadał i rezygnował. Ale…
WALKA,
to druga w mym rankingu nieodłączna cecha mężczyzny, czasem wyniszczająca. Mimo
wszystko ma sens. Jest ona jakby przeznaczeniem samym w sobie. Bo dajmy na to
nie sztuką jest wygrać czyjąś miłość, czyjeś odwzajemnione uczucia. Sztuką jest
to zachować na jak najdłuższe lata. Tak samo nie może mi wystarczyć wygranie z
własnymi słabościami, demonami, ale sztuką jest zachowanie tego, co wtedy
osiągnę. Zachowanie długo oczekiwanej, swoistej doskonałości, ostatecznej
formy. Praca nad sobą jest rodzajem walki, trwającym nieraz całe życie. Konfrontacje
światopoglądowe, osobowościowe też są walką. Z takiej walki wynika…
PRZYZNANIE
SIĘ do samego siebie. To trzeci w rankingu element
męskości „w moim wydaniu”, jednak mocniej zwracam na niego uwagę i żyję nim bardziej, niż dwoma poprzednimi. To element, który nabierał formy od
wielu lat i nabiera jej nadal. Stawiam go, jako kontrę do spaczonego, męskiego
ego, prezentowanego w słowach „co to nie ja”, „ja taki jestem? Bredzisz!”, czy
„to wszystko twoja wina”. Niedobre jest branie przykładu z Piłata i umywanie
rąk, zrzucając jednocześnie własne brudy na drugą osobę. Generalnie ten element
nie powinien się tyczyć wyłącznie mężczyzny, lecz także kobiety, człowieka w
ujęciu ogólnym. Ale to o mężczyźnie póki co…
Określiłbym
to tak troszkę niedbale i niepewnie, jako wynik
konfrontacji światopoglądowej lub osobowościowej z drugim człowiekiem,
poprzedzony weryfikacją i retrospekcją, spojrzeniem we własne życie.
Fundamentem tego określenia mogłoby być też niedawno zasłyszane przeze mnie
stwierdzenie: „przejrzyj się w lustrze z oczu drugiego człowieka – zobaczysz
siebie”.
Zatem
to wynik zwyczajnej szczerej rozmowy, w której wytykanie naszej natury przez
przyjaciela, czy ukochaną kobietę poddajemy analizie, której wynikiem jest
przyznanie racji lub nie. Gdy okazuje się, że w tych sprawach, w których
zostaliśmy wytknięci, występuje zgodność z rzeczywistością, to mamy motywację
do poprawy. I to tylko w wypadku, gdy chcemy być wobec siebie szczerzy, a nie
dominuje nad nami ego lub poczucie niemożności. Inaczej zamiast zyskiwać –
tracimy, zamiast naprawiać samych siebie – robimy krok wstecz…
ŚWIADOMOŚĆ
SŁABOŚCI. Brzmi troszkę, jak zaprzeczenie modelu męskiej siły i krążącym wokół
niego ideałom. Nieprawda. Bo to właśnie świadomość
słabości motywuje do walki, każąc zdobywać na nią potrzebne siły. Pisałem w
jednym ze swoich tekstów hip hopowych: „Bezsilne dni są tutaj, jak kilo soli w
oku/Miej tego świadomość, nie wyrzekaj się tych myśli”. Nie da się uciec i
wykorzenić poczucia, że pewnego dnia czegoś nawarstwi się za dużo i dopadnie nas
słabość. Nie da się ciągle tylko żyć podług reguły, że ja – mężczyzna – jestem
oparciem, bezpieczeństwem, zbiornikiem na pomyje, zbieraczem ciosów na klatę,
wiecznym słuchaczem itp. A słyszeli państwo o męskiej depresji? Ja – mężczyzna
– też potrzebuję…
Kieruję
to do niektórych panienek bez wartości, dla których mężczyzna jest dominującym
samcem, wodzem, sterem, przewodnikiem lub nawet wołem stworzonym do pracy. Taka
panienka bez wartości jeszcze wskakuje mu na plecy i wrzeszczy „wio!”. Kiedy
przychodzi co do czego i owy mężczyzna okazuje chwile niemocy, to ona go
opuszcza i szuka sobie nowego, bo tamten jest już nieprzydatny. Przesłanie do
ciebie, kobieto: „Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam. Uczynię więc
odpowiednią dla niego pomoc”(Rdz 2, 19). Odpowiednią
pomoc. Ty jesteś tą pomocą.
Przesłanie
do ciebie, mężczyzno: nie uciekaj, gdy pewnego dnia się ugniesz pod ciężarem,
bowiem „moc w słabości się doskonali”(2 Kor 12, 9b). Paradoks? Nie. Niepodważalny dogmat tego, że po chwilach
słabości wstajesz dwukrotnie silniejszy.
WRAŻLIWOŚĆ.
To bardzo bliska mi cecha, która w mojej opinii winna być męską. To pewnego rodzaju
słabość, która jest zarazem wielką, przyciągającą siłą. Ale zanim co…
Mógłbym
tu powiedzieć, że nim stanę się mężczyzną, musze zaznać kobiecości – tak, jakby
stać się kobietą. Coś jest nie tak z moją płcią? Wszystko w porządku, ale
wrażliwość… Niby typowo kobiece, a jednak powinienem też to umieć wypracować. I kontrolować.
Dawniej
w momentach panującego wokoło mnie dokazywania i szaleństw ja uczyłem się
wrażliwości. Nie potrafię wskazać źródła, początku ten nauki, ale jej efektem
stało się uwrażliwienie na drugiego człowieka, na krzywdy, jakie doznają
zwierzęta, nawet na światowe kryzysy. Przerodziło się to w swoisty romantyzm,
idealizm, który prawie mnie zabił. Wrażliwość stała się chorobą – nadwrażliwością,
biletem w jedną stronę. Wrażliwość stała się tak samo sprzymierzeńcem, jak i
wrogiem. Trzeba było więc zacząć ją oswajać, tresować, kontrolować… Uwierzcie –
to nie jest łatwe zadanie, szczególnie po tylu latach trwania w tego typu „stanie”…
Męska wrażliwość, to wrażliwość
kontrolowana. Trzeba umieć wykazać
się w odpowiednim momencie dla bliskiej osoby współczuciem, by potem zaraz ją
podnieść na duchu. Trzeba się umieć wykazać konstruktywnym językiem, konkretną
argumentacją, by do tej osoby coś dotarło(wszystkim mężczyznom, jak i sobie
polecam czytanie książek). Nie wystarczy powiedzieć, że „wszystko będzie dobrze”,
bo samo z siebie dobrze nigdy nie będzie. By zbudować szczęście, trzeba „ubrudzić
ręce”(Przemysław „Hans” Frencel).
I
ostatni: SAMOKONTROLA.
Dlaczego
się on tu znalazł? Odpowiedzią jest pewien obrazek bodaj na stronie kwejk.pl albo
demotywatory.pl, na którym kobieta całuje śpiącego mężczyznę w policzek. Obrazek
opatrzony jest napisem: „śpię obok ciebie, to znaczy, że ci ufam”(przepraszam
za brak dosłowności). Myślę, że stanowiłby on doskonały opis owej samokontroli.
Warto jednak opanować zwierzęce odruchy, pociąg do seksu, nadmiar testosteronu –
wtedy zyska się coś więcej niż tylko chwilę orgazmu, prawda? Zostawię tą
kwestię do otwartej interpretacji...
Nim napisałem te słowa, to zapoznałem się z kilkoma publikacjami internetowymi, które miały posłużyć za pomoc w opisaniu powyższych aspektów. Jednak stwierdziłem, że znaczna część z nich jest oparta na własnym, wyrobionym zdaniu, a tylko niewielka jest jakby „książkowa”. Do części z nich się przychyliłem, pozostałych nie mogłem strawić...
Nim napisałem te słowa, to zapoznałem się z kilkoma publikacjami internetowymi, które miały posłużyć za pomoc w opisaniu powyższych aspektów. Jednak stwierdziłem, że znaczna część z nich jest oparta na własnym, wyrobionym zdaniu, a tylko niewielka jest jakby „książkowa”. Do części z nich się przychyliłem, pozostałych nie mogłem strawić...
Na tej kanwie sądzę, że o męskości nie da się
przeczytać z książek i się jej nauczyć. Nie da się jej wyrobić na potrzeby
kogoś, uczynić z siebie podległego ideału. Męskość to coś, co trzeba
zaobserwować, doświadczyć na swój sposób. To określenie własnych zasad i
wartości, wynikających po części z celu, jaki obierasz. Dlatego tylu jest
różnych facetów, nieco mniej samców, tyleż niedźwiedzi z przerośniętymi karkami,
trochę mniej od samców jest chłopaczków z klasą i portfelem, w statystykach
przewinie się też jakiś gej, snob, a i mężczyzna ma tu swoje miejsce. Wystarczy
tylko… poszukać.
A
oto artykuły, o których wspominałem:
Oraz
książka:
Joanna
i Bogdan Pszczoła, Żyj na maxa. Tylko
dla mężczyzn, wyd. Aetos
O tak... Zapłakałam...
OdpowiedzUsuń