niedziela, 10 lutego 2013

Cierpliwość...


Myślisz, że jeśli spotykasz człowieka cierpliwego, to możesz uczynić z nim i przy nim wszystko. Masz o nim mniemanie, że daje sobie wejść na głowę, „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy”, wykorzystujesz go, jak worek treningowy, wyżywasz się emocjonalnie w jakiejkolwiek formie i niby wiesz, że będzie to tolerował.
Poświęcasz komuś czas, słuchasz go wytrwale, znosisz każde marudzenie, gorycz, każdy żal. Źle, jeśli druga osoba tego nie docenia i nie jest w stanie się w jakikolwiek sposób tobie zrewanżować. Winno to być w niej pewnego rodzaju poczuciem do tego, aby „dotankować” tobie tej cierpliwości więcej. Może to robić poprzez obecność, poprzez miłość, chęć bycia, wszelkiego rodzaju inicjacje.
To taki troszkę mój punkt widzenia. W relacji z drugą osobą zawsze okazywałem dużo cierpliwości, a zarazem ubywało mi jej, gdy dochodził do mnie emanowany przez nią egoizm, bo „ja od tego jestem”. Od słuchania, znoszenia, kiwania głową, akceptacji. I na tym koniec…
Ale ja… też mam wymagania. Chcę „nagrody” za cierpliwość.
Cierpliwość, która (mam takie wrażenie) spychana jest do rangi obowiązku wobec człowieka. Aspekt cierpliwości, jako cnoty, wartości, prawie się już nie liczy, bo jest albo słabo albo w ogóle niezauważany. Co z tego, skoro ofiarowuję ją komuś, mając na względzie miłość, jako naczelną zasadę, skoro potem przez kolejny miesiąc następuje cisza, milczenie; co, jeśli ta cierpliwością chcę pokazać, że jestem naprawdę wiele wart (bo np. w tym momencie kogoś ratuję od zniechęcenia i śmierci), a dana osoba na to nie patrzy, nie docenia tego i dalej rozgląda się gdzieś zupełnie indziej?
Sam się sobie dziwię, że wypowiadam się na temat tych wymogów. Ale to chyba dlatego, by uświadomić sobie i tobie, czytelniku, pewien paradoks. O ile teraz za cierpliwość wymagam jakiegoś dobra, tak przed laty często jej nadużywałem, jeśli chodzi o innych i zachowywałem się dokładnie tak samo, jak dziś część moich odbiorców. Naleciałości tego obserwuję w swym aktualnym życiu.
Należałoby wpierw zwrócić uwagę, że cnota cierpliwości stanowi o wielkiej sile człowieka, a zarazem może być jego zgubą. Tym bardziej, że obecna kondycja ludzka stawia przed nami bardziej liczne i niejednokrotnie sprzeczne ze sobą wymagania. To może oznaczać, że ludzie się pogubili, ale przecież są tacy (choć to wymagający gatunek), którzy jeszcze walczą i trzymają się pewnych zasad, w tym – cierpliwości.
Cierpliwość, jako zguba, to może tzw. „lekka przeginka”, ale niestety. Zewnętrznie postrzega się takiego człowieka, jako miskę do wylewania pomyj. Jest to mylna definicja i świadczy tylko o wąskim rozumowaniu jej użytkowników. Przyznaj, że drugi człowiek cierpliwie znosi twoje obelgi, wiedząc, że gdyby tylko spróbował podnieść głos, to zrobisz mu krzywdę. Przyznaj, że upatrzyłeś sobie kogoś do nękania, a ten ktoś w twym postrzeganiu nie ma prawa głosu i obrony.
A ty, który cierpliwie znosisz to wszystko, nie musisz tego robić.
Cierpliwość, to cnota i zasada, z tym, że będąc zasadą, ma ona prawo do pewnych odstępstw. Nie trzeba się bać i czasem wręcz należy je stosować, pozwalać sobie na nie. Nie broni ona wetowania i powiedzenia w odpowiednim momencie, że „czegoś już wystarczy” i, że „masz dość”. To naturalne, kiedy się walczy i potrzeba odpoczynku, określenia innej „taktyki”.
Cierpliwość, to cnota, jedna z doskonałości i owoców Ducha(por. KKK 1832), choć w ujęciu czysto ludzkim jest to jednocześnie pewnego rodzaju sprawność, polegająca na wytrwałym znoszeniu przykrych stanów psychicznych, towarzyszących człowiekowi w realizowaniu określonego celu[1]. Stanowi ona naturalną dyspozycję człowieka, podstawę harmonii, szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Pismo Święte wskazuje na nią, jako na postawę ludzką, a zarazem jeden z głównych przymiotów Boga, określanych, jako makrothymia[2] oraz hypomoce, które oznacza wytrzymałość, wytrwałość, chart ducha w trudnych okolicznościach[3]. Jest też ona sprawnością moralną, pomagającą w osiągnięciu dobra[4]. Powiedziano o niej też, że jest częścią męstwa(kobiet też się ono tyczy). Obecny papież, Benedykt XVI, opisał ją kiedyś, jako „codzienną formę miłości”, a że miłość to cecha Boża… Św. Augustyn w swym traktacie o cierpliwości określił cierpliwość, jako „tak wielki dar Boga, że powinna być ona ogłoszona jako przebywający w nas ślad Boga”[5].
Cierpliwość prowadzi do cierpienia w milczeniu, do znoszenia przeciwności wynikających ze zmęczenia, z cudzego charakteru, z niesprawiedliwości, i tak dalej. (...)Jest ściśle spokrewniona z wytrwałością[6].
Osobę cierpliwą charakteryzuje łagodność, grzeczność i stałość w każdych okolicznościach. Prawdziwą próbą cierpliwości nie jest czekanie, ale to jak człowiek zachowuje się czekając. "Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków." (Jk 1,4)[7]. I może właśnie dlatego cierpliwość wiernie towarzyszy mądrości(św. Augustyn)…[8]
Jeśli cierpliwość prowadzi do znoszenia cierpienia w milczeniu, to jaką jej moc potrafił okazać Chrystus, idąc na śmierć krzyżową. Jeśli cierpliwość jest częścią męstwa, to ile energii musimy dokładać w relacjach z człowiekiem, na którym nam zależy. Jeśli życie, to cierpliwe czekanie na śmierć…
To ile musimy siebie dać, byśmy przy końcu niczego nie żałowali.
Tak jest. Miłość wyraża się w cierpliwości, której niedoścignionym wzorcem jest sam Bóg. Prawda to, że dziś nie chcemy o tym słuchać, bo przecież trzymamy świat i życie w garści. Wielu osiągnęło coś, jak twierdzi „bez pomocy Absolutu”, dzięki cierpliwości. Warto jednak pamiętać, że cierpliwość, to synonim tegoż Absolutu, więc tak czy inaczej, Jego udział w tym jest. Tak – są postawy, które niezależnie od wszelkich deklaracji i ideologii, zbliżają do Boga[9].
To prawda, że ważna jest też nasza własna praca. Słyszałem o marzeniach innych, którzy chcieli być lepszymi ludźmi. Słyszałem marzenia takich, którzy chcieli się porównywać do mnie(nie mam pojęcia, czemu – przecież nie jestem święty i raczej na to stanowisko nie aplikuję). Słyszałem, że ktoś chce powalczyć o lepsze wartości w swoim życiu, bo to mu doda otuchy.
Nikt tego nie zrobi, jeśli nie da swojego wkładu. Kłania się cierpliwość w osiąganiu zamierzonego efektu.
Nikt z nas nie rodzi się doskonale cierpliwym. Tej cennej cnoty nabywamy systematyczną pracą, gdyż – jak mówi biblijny Mędrzec – "cierpliwy i opanowany więcej może niż siłacz" (Prz 16, 32)[10]. I chodzi tu zarówno o cierpliwość w stosunku do siebie, do świata i do drugiego człowieka.
Idealną niemal myśl stawia tu święty Franciszek, twierdząc, że tyle ktoś ma w sobie cierpliwości, ile jej okaże w przeciwnościach[11]. Gdyby Biedaczyna z Asyżu żył w dzisiejszych czasach zobaczyłby, jak jego napomnienie nadal odnajduje słuszność, choć w niektórych momentach tak, jakby nie pasowało. Zwracam tu uwagę na sytuacje, w których chcemy na ludziach, mających brak wzorców i kompletnie rozluzowane obyczaje wzbudzić poczucie wzajemności lub świadomość trwania w błędzie.
Owego Biedaczynę zapewniam: w dzisiejszym świecie cierpliwość szybko się kończy, ale tylko dlatego, że potrzeba jej odpoczynku. Dokonała ona ewolucji w wartość nieustannie odnawiającą się.
Może dlatego, że przeżywając to wszystko i tak zmierzamy do Boga, jako źródła niekończącej się cierpliwości? A może… tak ma po prostu być?

czwartek, 31 stycznia 2013

Przejmująca cisza


Na początku były cisza i spokój, a gdy przyszła pora na człowieka, zrobił się harmider…
Ciekawa myśl, prawda? I w pewnym stopniu aktualna, bo bycie między ludźmi – paradoksalnie rzecz ujmując – z jednej strony daje komfort radość i spełnienie się(bo mam do kogo mówić i kogo kochać) a z innej uświadamia w poczuciu hałasu. A są przecież chwile, gdy chcemy po prostu uciec, być sami i się „przewietrzyć”. Nie wierzę, aby był ktoś, kto tego nigdy nie pragnął.
            Na zaduch, panujący w pokoju(nawet, gdy jest odkurzone), lekarstwem jest otworzenie okna. Zimą daje to efekt druzgocący. Pomyśl: rano otwierasz okno, nie ma cię cały dzień, wieczorem wracasz i zamykasz. Co czujesz poza zimnem? Kaloryfer włączysz za chwilę! Powiedz, co czujesz poza zimnem!? Świeżość. Wszystko się wywietrzyło, oddycha się zdecydowanie inaczej, lżej. Teraz możesz włączyć kaloryfer.
            Mieszkając w mieście coraz rzadziej możemy zaznać ciszy – blokowisko pełne jest różnorodnych dźwięków, lecz i człowiek żyjący w ciągłym stresie, ciągłej pogoni za czasem, konieczności rywalizacji z innymi, otoczony jest zewsząd kakofonią dźwięków, wiecznym hałasem o różnym natężeniu. Szum samochodu, gwar ulicy, sklepów i budynków powszechnej użyteczności, wciąż włączone radio lub telewizor, rozmowy z wyboru i konieczności,  tykanie zegarów, włączające się automatycznie różne urządzenia i stukanie o klawiaturę  z czasem stają się normalnością, na którą przestajemy reagować, co nie znaczy, że ich nie słyszymy, i że dźwięki te nie są rejestrowane przez nasz mózg, więc gdy nagle naprawdę zapadnie cisza, nieraz jesteśmy zdezorientowani, bo nawet noc nie gwarantuje nam, że przestaną do nas docierać bodźce dźwiękowe. To jednak tylko świadczy o tym, że odwykliśmy od niej i przestaliśmy jej pragnąć. Może to być sygnałem, że próbujemy uciec w świat dźwięków od momentu spotkania się sam na sam z sobą, ze swoim sumieniem, do którego potrzeba jest nam cisza. To w ciszy docierają do nas sygnały z głębi naszego serca… [1]
A jednak ludzie(…) z jakiegoś powodu, ludzie wprowadzają hałas aby tę ciszę odepchnąć. Dodam, że zazwyczaj są to działania bezwiedne takie przy okazji, z przyzwyczajenia, jak zaspokajanie głodu przez narkomana.
Wchodzimy do domu włączamy telewizor, wchodzimy do biura lub wsiadamy do samochodu - włączamy radio/mp3/płytę. Ludzie jadą nad wodę do lasu ale z radyjkiem, no żeby coś grało!
Mamy chwilę aby odpocząć, włączamy komputer (który także „hałasuje” może tylko inaczej).
A gdzie chwila dla ciszy? Na usłyszenie Boga (a jak ktoś nie wierzy w Boga to – kiedy ma czas usłyszeć siebie?)?
Boimy się ciszy? Głosu Boga(a może własnych przemyśleń?)?[2]
Olgierdowi ciągle przeszkadzano, gdy chciał się wyciszyć i poukładać w myślach kilka spraw. Reagował gwałtownie, choć nie powinien w ogóle zwracać to uwagi. Był dziwakiem. Dlaczego nie krzyczał? Dlaczego nie wygłupiał się, jak inni? Czemu tak często był sam?
Jak to wszystko poukładać? Dlaczego tak często nie respektujemy ciszy? Albo dlaczego mamy do niej taki obojętny stosunek?
Po pierwsze, chyba dlatego, że cisza to jedna z postaci Boga. Cisza to wartość, która do Niego zbliża. Pragnienie tych, którzy odczuwają dyskomfort życia w hałasie. Albo jedna z zasad istnienia świata, z której zawsze można czerpać. Wszystko zrodziło się z ciszy i w ciszy. W ogóle to wypisuję głupoty, bo najprościej jest powiedzieć: „wyjadę w góry, na łąkę, padnę na trawę, wyciszę się i będzie to samo”. I na tym koniec? Równie dobrze od tego można zacząć…
Bóg przychodzi w ciszy(lubi to robić) i może dlatego tak wielu ludzi niekoniecznie chce się jej poddać. Gdy chodzi o tych, którzy utrzymują z Nim jako taką więź, to wiedzą, co się wtedy czasem dzieje i czego się spodziewać. Potrafią zagłuszyć zewnętrzny świat, zamknąć się w sobie i pobyć tak po prostu, np. w pustym kościele. Osobiście polecam.
Będąc w pustym kościele, bez większych szans na zakłócenia przez otwierające się drzwi i wejście kogoś z zewnątrz, mamy większą możliwość podzielić się naszymi niepoukładanymi myślami z Panem, niż choćby w czasie adoracji(w kościele, po mszy). Osobiście zawsze uważałem, że adoracje winny w kościele czasem wyglądać tak, jak na różnego rodzaju rekolekcjach. Za przykład postawię znowu rekolekcje u kapucynów(nie wykluczam podobnych schematów w przypadku innych zakonów bądź świeckich grup ewangelizacyjnych). Na każdym takim wyjeździe był jeden lub dwa dni, przeznaczone na 20 lub 30-minutową wieczorną adorację Najświętszego Sakramentu w kaplicy w kompletnej ciszy lub przy cichej muzyce ambientowej, utworach gitarowych z żeńskim wokalem, puszczanymi z płyty w radiomagnetofonie. Rola ojca prowadzącego polegała na tym, że przynosił Najświętszy Sakrament do kaplicy(najbardziej klimatyczna jest w Krakowie-Olszanicy), a potem szedł do pobliskiej rozmównicy i czekał. Po wielu tego typu przeżyciach nabrałem niepodważalnego poczucia, że cisza prowokuje do rachunku sumienia. Przychodzi taki moment, w którym głos wnętrza uświadamia nam, że w ostatnim okresie narobiliśmy sporo bałaganu i wypadałoby o tym komuś opowiedzieć – uzyskać przebaczenie… I nabrać sił na sprzątanie…
Spowiedź. Na nią wtedy był czas, ale podczas tego typu adoracji miała ona szczególne znaczenie. Była gruntowna i dogłębnie renowacyjna.
Ile cudów uzdrowienia ciała i duszy dokonało się w świętej ciszy podczas adoracji,  wie o tym jedynie Bóg. Mamy wówczas możliwość złożenia przed Panem Jezusem wszystkiego, co „ugniata”  nasze serce jak niewygodny but podczas pielgrzymki pieszej, uniemożliwiający nam przez bolesne otarcia i zranienia dotarcie do celu. Lecz adoracja to nie tylko nasze wyznanie, ale i cisza, w której On przemawia do nas. To intymne spotkanie z Bogiem, w które nie powinien wkradać się ktoś z zewnątrz, bo staje się intruzem. I tu wcale nie chodzi o jakieś długie godziny adoracji, a chociaż o chwilę. Chwilę ciszy[3].
I może to jest prawidłowy wymiar… Nie taki, w którym np. po mszy świętej jest 10 minut na „odklepanie litanii”, „ciągłą nawijankę” bez możliwości podarowania ludziom chwili ciszy, czasu na przemyślenia, na rachunek sumienia.
Jakże o nią ciężko,  gdy ktoś prowadzący adorację ( np. przy Bożym Grobie lub podczas Godziny Świętej) skrupulatnie obliczy każdą minutę wystawienia Najświętszego Sakramentu, by przeznaczyć ją w całości na modlitwę wspólnotową. Wyśpiewywane po kolei wszystkie zwrotki kolejnych pieśni z modlitewnika nie służą tak naprawdę prawdziwemu spotkaniu z Jezusem ukrytym pod postacią Chleba, a osoby pragnące skupić się na modlitwie indywidualnej nie mają żadnej szansy odciąć się od tego „ świętego zgiełku”, bo trzeba przyznać, iż rzadko zdarza się, by grupka wiernych śpiewała naprawdę pięknie i dzięki tej poprawności w wykonywaniu danego tekstu i melodii wznosiła myśli osoby słuchającej lub także śpiewającej w grupie ku Bogu[4].
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty (Krl 19, 13).
Od jakiegoś czasu, mimo, że uczestniczę we mszy św., odczuwam dyskomfort. Mam takie wrażenie o sobie, że przeszkadzają mi ludzie, zagłuszają to, co chcę „wypowiedzieć”, nie dają mi się skoncentrować. Bez eucharystii, w pustym kościele i najlepiej jak najbliżej ołtarza takie skupienie przychodzi mi lepiej[5].
Dlaczego piszę o duchowym wymiarze ciszy, pomimo, że są inne?
Na pewno dlatego, że najczęściej taki wybierałem i w pewnym stopniu wybieram nadal. Od tego się zaczęło – od całkowitej ciszy. Podany wyżej fragment Księgi Królewskiej ma słuszność – Pan przyszedł w ciszy. Dlatego w swoim życiu dokonałem rozróżnienia między ciszą a Ciszą.
Jedno jest pustym wrażeniem, służącym odpoczynkowi, relaksowi i niczemu więcej, a drugie stanowi wyższą formę, doświadczenie, samorefleksję, rachunek sumienia, prowadzący czasem do płaczu oraz samego Boga. Obydwie można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od człowieka. Ja osobiście uhonorowałem pusty kościół, małe kaplice podczas adoracji(oj, jak mi tego brakuje), puste mieszkanie, w którym jestem absolutnie sam, kilka miejsc koło Oleśnicy, działających wyciszająco… Lubię muzykę, kino, rozmowy, koncerty i inne, ale pilnuję jednocześnie zdolności odcięcia się od tego, podczas, gdy wielu tego nie potrafi albo się tego boi. Są tacy, którzy uznają to wszystko za oczywiste, acz niepotrzebne albo nie mające takiego znaczenia, a inni szukają na siłę bądź wymyślają aspekty. Nikt niczego nie szuka ani nie wymyśla. To wszystko po prostu jest, trzeba tylko patrzeć i widzieć, a nie wyłącznie patrzeć… Czasem chyba wystarczy być cichą osobą i spokojną. Takim przychodzi to o wiele łatwiej.
Wracając jeszcze na moment do adoracji… Ucieszyłem się, gdy moja rodzinna parafia zainicjowała pomysł wprowadzenia nocnej adoracji przy Najświętszym Sakramencie końcem każdego miesiąca. To, że nie miałem jeszcze okazji uczestniczyć, to druga rzecz, ale przyjdzie taki dzień… Grunt, że został obrany jeden z pozytywnych elementów, wzbogacających dalszą działalność parafii.
Matka Teresa z Kalkuty kiedyś powiedziała: „Bóg jest przyjacielem ciszy. Cisza daje nam nowe spojrzenie na wszystko. W ciszy odnajdziemy nowe siły i prawdziwą jedność”. W ciszy człowiek słyszy samego siebie, dostrzega swoje serce, a nade wszystko odczytuje delikatny i subtelny głos mówiącego doń Boga[6]. Dlaczego taki wielki na to kładę nacisk i przypominam o tym – sobie zresztą także? Chyba dlatego, że występuje dziś dominacja przyziemności i bylejakości. Istnieje mała, choć krzykliwa grupa ludzi, próbująca wyjść naprzeciw i zawładnąć ciszą, nadać jej znikome znaczenie. Grupa która twierdzi, że – parafrazując klasyka: „ich racja jest najichsza”. Stanowią oni pewnego rodzaju zagrożenie, próbujące wyprzeć ciszę, spokój czy chęć ich poszukiwania z serc. W nas samych jednak siedzą przeszkody takie, jak: lęk, strach, pycha, rozmaite przyzwyczajenia i uzależnienia(od koncertów, imprez dyskotekowych, od rzeczy, zajęć i ludzi)[7].
Jesteśmy dziećmi hałasu szukającymi ciszy. Na naszych wakacyjnych szlakach spotykamy niejeden kościół i kaplicę, niejedną polanę leśną. A może będzie to dom naszych przyjaciół, ruchliwy dworzec, nasze mieszkanie. Uwierzmy, że wszędzie tam możemy odnaleźć strefę ciszy, pustynię w środku miasta. Odnajdziemy ją wtedy, gdy będziemy wewnętrznie wyciszeni i wolni. A wraz z nią odnajdziemy radość, odpoczynek, pokój, gdyż prawdziwa cisza jest naprawdę w nas, a nie poza nami. Jest w nas niezależnie od czasu, miejsca i ludzi[8].
Prawdziwa i przejmująca cisza, która może uratować życie…


[4] tamże
[5] Taki mimowolny apel o całkowite otwarcie kościołów w ciągu dnia, by każdy mógł wejść i się pomodlić przy ołtarzu, a nie w przedsionku. Daje to poczucie oddalenia, odcięcia od Pana Boga, a im bliżej ołtarza
[7] Por. tamże

czwartek, 17 stycznia 2013

Szukając siebie. Maski.



Olgierd znał siebie dobrze. Obserwował dom, otoczenie i swoich bliskich oraz czerpał od nich to, co mogłoby być dla niego w życiu ważne. To długi proces, podlegający wielokrotnym weryfikacjom, poprawkom, analizom – szczególnie wtedy, gdy trafiają się wątpliwości i sprzeczności. Są one potrzebne, bo dzięki temu on „pracował mózgiem” cały czas, reflektując wszystkie swoje poglądy.
Z tego, co pamiętam, najpierwszym fundamentem Olgierda była miłość. Mama pokazała mu, jak być dobrym i uczyła, jak się modlić(choć czasem nie czuła się ku temu na siłach). Dzięki temu Olgierd w szkole był konkretnym człowiekiem, choć często nie był za to szanowany.
Wpierw jednak przyszedł czas pierwszego zauroczenia. Potem kolejnego. Każdy z nich kończył się zawodem. Na koniec szkoły okazało się, że kilku chłopców w szkole jest w homoseksualnym związku. Każda z tych rzeczy poważnie podważyła jego światopogląd.
Studia były dla niego okresem kompletnego odbicia się od tradycyjnych wartości. Przestał chodzić do kościoła, zaczął pić alkohol i palić papierosy. Czasem ze studentami spotykał się w kręgu sziszy – jedna z prostych metod odstresowania. Zniknęła też jego dawna szarmanckość i savoir vivre, co ujawniało się m.in. łapaniem dziewczyn za piękne części ciała, ale mające nieszlachetne synonimy swoich właściwych nazw. Wszystkim innym było tak dobrze. W taki sposób żyli i podobało im się. Olgierdowi też pasował taki styl, jednak do czasu.
Nie jestem w stanie powiedzieć, w jaki sposób i kiedy zaczęło mu to przeszkadzać, ale wiem jedno: chłopak poczuł, że ucieka mu grunt spod nóg. Na jednej z imprez towarzyskich zmieszał ze sobą kilka rodzajów alkoholi… I trafił do szpitala z objawami porządnego zatrucia alkoholowego. Wyszedł z tego bez większego problemu, ale  przyszedł taki dzień, że usiadł na kanapie i zaczął poważnie myśleć…
I tu nasuwa mi się przypomnienie niektórych, wcześniejszych treści, dotyczących objawienia, jako punktu zwrotnego oraz tego, że pokazuje ono, kim jesteśmy… Ale nie będę owych treści przypominał – tak tylko mi się teraz skojarzyło.
Chcę jednak mniej więcej opowiedzieć, co to znaczy szukać siebie. Chciałbym porozwodzić się nieco nad tym tematem.
Żyjemy w rzeczywistości, którą bardzo łatwo podzielić na kilka różnych światów. Każdy z nich jest w jakimś stopniu idealny, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy oddali się mu całkowicie, uznając, że tyle im wystarczy, że to wszystko, czego chcą od życia. „Maybe yes, maybe no” – jak to mawiał mój nauczyciel historii w gimnazjum.
Każdy z tych światów jest na swój sposób pokusą lub drogą wyboru albo tym i tym jednocześnie. Nasze preferencje(zachcianki) często zmieniają się jak w kalejdoskopie, a wybór czasem zależy nie od tego, czego chcę, ale od potrzeby zaistnienia, zwrócenia na siebie uwagi, rezygnacji, „bo tamto się już nie sprawdza”. Owszem, ważne są też tu i nasze chęci i pragnienia, ale trzeba być aż nadto ostrożnym, bo tu z kolei można trafić na wypaczenia, manipulacje i nadużycia.
Wszędzie, gdzie jest człowiek, tam są też grzechy i nadużycia.
Obrałem tą myśl, jako jedną ze swych naczelnych zasad i będę tutaj do niej często wracał. Może dlatego, że im bardziej będę świadomy istnienia takiego stanu rzeczy, tym będę tak naprawdę spokojniejszy i nic mnie tu nie zdziwi. Pomaga mi to też w utożsamieniu się w jakimś stopniu ze światem. Dzięki temu jestem ostrożniejszy, spokojniejszy(jak na razie) i może nieco odważniejszy w postępowaniu i w mówieniu. Pewne kwestie, dotyczące przytoczonego tutaj Olgierda były i są mi jednak bardzo bliskie…
Czas gniewu, szaleństwa, „tumiwisizmu” póki co, minął. Wróciłem do okresu sprzed studiów, kiedy robiłem wszystko, co mogłem, by postawić na wewnętrzny spokój, stonowane emocje, troskę na miarę swoich możliwości itp. Nie oznacza to wcale, ze studia(i do tego studia teologiczne) miały jakiś wpływ na moją stopniową destrukcję(w pewnym stopniu to się jednak zgadzało, chociażby ze względu na mój brak dystansu i zrozumienia), ale być może to moja osłabiona częstym bywaniem we Wrocławiu mentalność zaczęła się zmieniać na gorsze, na tyle, że w pewnym momencie, podobnie jak ów Olgierd, straciłem kontrolę.
Ktoś powie, że sobie to wszystko uroiłem, że to tylko etapy życia. Być może, ale są ci, dla których na pewnym etapie się kończy i może być to etap zły(osoba, której wtedy wydaje się, że jest wszystko w porządku, nie ma świadomości).
Być sobą i się nie zatracić… Czasem ciężko to wychodzi. Pracując na budowie lub w jakiejś korporacji można ulec mentalnościom, jakie tam panują. Jeśli nie da się dopasować do miejsca, które odpycha jakimś systemem(manipulacjami, oszukiwaniem klienta, wrednym postępowaniem, nadużywaniem pewnych środków), to nie można się zmuszać. Można delikatnie wspomnieć, że to nie jest w porządku, nawet bardzo delikatnie, by nie urazić czyjejś ambicji(tudzież pseudoambicji). Albo po prostu stulić uszy i wytrzymać, kiedy nie widać alternatywy…
Dobrze, że nie jestem np. marketingowcem. Nie pasowałbym do firmy, która czasem oszukuje klienta, czerpiąc z tego niemałe zyski. Ale są też takie, które postępują tutaj właściwie(pytanie o polot takich firm zostawiam otwarte…).
Nie wolno dodawać pracy, jako elementu światopoglądu. Już bardziej jako coś, co wpływa na światopogląd, ubogaca go bądź poddaje próbie, jakimś wątpliwościom. Praca klasyfikuje się pod źródło doświadczeń, do których się ustosunkowujemy. Ale fundament jest zawsze.
Wychowanie… Śmiało można powiedzieć, że rodzice zazwyczaj z troski uczą nas od małego, jak postępować, ale tym samym w pewnym stopniu narzucają nam tożsamość. W różnych latach życia przychodzą różne burze, zmiany… Ktoś by powiedział, że człowiek szuka wtedy tak jakby „innego siebie”. To prawda, ale niech szuka z jakimś rozsądkiem, niech nie daje się omotać cudzym mentalnościom, niech nie ulega byle czemu oraz niech umie odróżnić właściwych ludzi, którzy mu będą towarzyszyć i pomogą w niesieniu bagażu podczas tej wędrówki. Powiesz, że to jest takie proste… Na pewno?
W pewnym momencie swojego życia odkryjesz, że jednak lepiej jest wrócić do swoich „fundamentów”, bo tak jest ci najlepiej albo stwierdzisz, że zostajesz w jakimś innym miejscu(może to być świat krętactw, oszustw, manipulacji, morderstw na ogromną skalę, innego rodzaju przestępstw…). A może to być moment, w którym odkryjesz, że jesteś lepszy, niż kiedykolwiek przedtem…
I nie zwalaj na wolny wybór i słynne hasło „róbta, co chceta” – wybór świadczy wyłącznie o tobie. Jeśli interesuje Cię taka cena, proszę bardzo.
Warto czasami do podróży wyposażyć się w tzw. maski. Jak je określić? Jako sztuczność? Grę? Zabawę? Powłokę pod którą muszę skryć swoją prawdziwą naturę? Rolę do spełnienia na daną chwilę? W sumie każde z nich wydaje się być właściwe. W opisie do książki o Janie Nowickim „Mężczyzna i one” zawarte zostało stwierdzenie, że aktor „nakłada maskę ironii, sarkazmu i cynizmu, gdy przychodzi mu się wadzić z rzeczywistością”(por.).
Na pewno jest tak, że nakładamy maski z jakiegoś powodu… Może to być podjudzenie kogoś, by powiedział prawdę na jakiś temat. Może to być też wadzenie się z rzeczywistością, podobnie, jak w przypadku pana Jana. Możemy to robić dlatego, by wpierw przypodobać się innym, szczególnie tym, których postawa się może nie podobać, a potem podpuścić, by spróbowali się zmienić. Można to porównać do pewnego rodzaju partyzantki, ale trzeba być pewnym tego, że nie damy się tutaj zdominować. Przy każdym z przypadków musimy pamiętać o sobie.
W zależności od ilości doświadczeń rośnie ilość naszych masek.  Czasem jest tak, że poznajemy się z jakimś środowiskiem, zdobywamy w nim jakichś ludzi(dobrze się wyraziłem – zdobywamy), aby potem móc się przy nich w miarę odnajdywać. Zapoznajemy się z nimi poprzez muzykę, ich zainteresowania… Na tyle, by potem z nimi rozmawiać – między innymi, by uznali Cię za swojego. Mówię to ze swojego punktu widzenia.
Elastyczność to synonim, pasujący do maski, jaką chcemy lub zmuszani jesteśmy zakładać. To sztuka odnalezienia się w środowiskach i sytuacjach, ale z pamięcią o tym, by to się nie stało domeną. „A co, jeśli maski się kiedyś skończą?” – koleżanka z roku teologii kiedyś zadał mi takie pytanie. Być może wtedy zostaniemy tylko my – obnażeni, ale dużej mierze prawdziwi.