Olgierd znał siebie dobrze.
Obserwował dom, otoczenie i swoich bliskich oraz czerpał od nich to, co mogłoby
być dla niego w życiu ważne. To długi proces, podlegający wielokrotnym
weryfikacjom, poprawkom, analizom – szczególnie wtedy, gdy trafiają się
wątpliwości i sprzeczności. Są one potrzebne, bo dzięki temu on „pracował
mózgiem” cały czas, reflektując wszystkie swoje poglądy.
Z tego, co pamiętam, najpierwszym
fundamentem Olgierda była miłość. Mama pokazała mu, jak być dobrym i uczyła,
jak się modlić(choć czasem nie czuła się ku temu na siłach). Dzięki temu
Olgierd w szkole był konkretnym człowiekiem, choć często nie był za to
szanowany.
Wpierw jednak przyszedł czas
pierwszego zauroczenia. Potem kolejnego. Każdy z nich kończył się zawodem. Na
koniec szkoły okazało się, że kilku chłopców w szkole jest w homoseksualnym
związku. Każda z tych rzeczy poważnie podważyła jego światopogląd.
Studia były dla niego okresem
kompletnego odbicia się od tradycyjnych wartości. Przestał chodzić do kościoła,
zaczął pić alkohol i palić papierosy. Czasem ze studentami spotykał się w kręgu
sziszy – jedna z prostych metod odstresowania. Zniknęła też jego dawna szarmanckość
i savoir vivre, co ujawniało się m.in. łapaniem dziewczyn za piękne części
ciała, ale mające nieszlachetne synonimy swoich właściwych nazw. Wszystkim
innym było tak dobrze. W taki sposób żyli i podobało im się. Olgierdowi też
pasował taki styl, jednak do czasu.
Nie jestem w stanie powiedzieć, w
jaki sposób i kiedy zaczęło mu to przeszkadzać, ale wiem jedno: chłopak poczuł,
że ucieka mu grunt spod nóg. Na jednej z imprez towarzyskich zmieszał ze sobą
kilka rodzajów alkoholi… I trafił do szpitala z objawami porządnego zatrucia
alkoholowego. Wyszedł z tego bez większego problemu, ale przyszedł taki dzień, że usiadł na kanapie i
zaczął poważnie myśleć…
I tu nasuwa mi się przypomnienie
niektórych, wcześniejszych treści, dotyczących objawienia, jako punktu
zwrotnego oraz tego, że pokazuje ono, kim jesteśmy… Ale nie będę owych treści
przypominał – tak tylko mi się teraz skojarzyło.
Chcę jednak mniej więcej opowiedzieć,
co to znaczy szukać siebie. Chciałbym porozwodzić się nieco nad tym tematem.
Żyjemy w rzeczywistości, którą bardzo
łatwo podzielić na kilka różnych światów. Każdy z nich jest w jakimś stopniu
idealny, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy oddali się mu całkowicie,
uznając, że tyle im wystarczy, że to wszystko, czego chcą od życia. „Maybe yes,
maybe no” – jak to mawiał mój nauczyciel historii w gimnazjum.
Każdy z tych światów jest na swój
sposób pokusą lub drogą wyboru albo tym i tym jednocześnie. Nasze
preferencje(zachcianki) często zmieniają się jak w kalejdoskopie, a wybór
czasem zależy nie od tego, czego chcę, ale od potrzeby zaistnienia, zwrócenia
na siebie uwagi, rezygnacji, „bo tamto się już nie sprawdza”. Owszem, ważne są
też tu i nasze chęci i pragnienia, ale trzeba być aż nadto ostrożnym, bo tu z
kolei można trafić na wypaczenia, manipulacje i nadużycia.
Wszędzie, gdzie jest człowiek, tam są też grzechy i nadużycia.
Obrałem tą myśl, jako jedną ze swych
naczelnych zasad i będę tutaj do niej często wracał. Może dlatego, że im
bardziej będę świadomy istnienia takiego stanu rzeczy, tym będę tak naprawdę
spokojniejszy i nic mnie tu nie zdziwi. Pomaga mi to też w utożsamieniu się w
jakimś stopniu ze światem. Dzięki temu jestem ostrożniejszy, spokojniejszy(jak
na razie) i może nieco odważniejszy w postępowaniu i w mówieniu. Pewne kwestie,
dotyczące przytoczonego tutaj Olgierda były i są mi jednak bardzo bliskie…
Czas gniewu, szaleństwa,
„tumiwisizmu” póki co, minął. Wróciłem do okresu sprzed studiów, kiedy robiłem
wszystko, co mogłem, by postawić na wewnętrzny spokój, stonowane emocje, troskę
na miarę swoich możliwości itp. Nie oznacza to wcale, ze studia(i do tego
studia teologiczne) miały jakiś wpływ na moją stopniową destrukcję(w pewnym
stopniu to się jednak zgadzało, chociażby ze względu na mój brak dystansu i
zrozumienia), ale być może to moja osłabiona częstym bywaniem we Wrocławiu
mentalność zaczęła się zmieniać na gorsze, na tyle, że w pewnym momencie,
podobnie jak ów Olgierd, straciłem kontrolę.
Ktoś powie, że sobie to wszystko
uroiłem, że to tylko etapy życia. Być może, ale są ci, dla których na pewnym
etapie się kończy i może być to etap zły(osoba, której wtedy wydaje się, że
jest wszystko w porządku, nie ma świadomości).
Być sobą i się nie zatracić… Czasem
ciężko to wychodzi. Pracując na budowie lub w jakiejś korporacji można ulec
mentalnościom, jakie tam panują. Jeśli nie da się dopasować do miejsca, które
odpycha jakimś systemem(manipulacjami, oszukiwaniem klienta, wrednym
postępowaniem, nadużywaniem pewnych środków), to nie można się zmuszać. Można
delikatnie wspomnieć, że to nie jest w porządku, nawet bardzo delikatnie, by
nie urazić czyjejś ambicji(tudzież pseudoambicji). Albo po prostu stulić uszy i
wytrzymać, kiedy nie widać alternatywy…
Dobrze, że nie jestem np.
marketingowcem. Nie pasowałbym do firmy, która czasem oszukuje klienta,
czerpiąc z tego niemałe zyski. Ale są też takie, które postępują tutaj
właściwie(pytanie o polot takich firm zostawiam otwarte…).
Nie wolno dodawać pracy, jako
elementu światopoglądu. Już bardziej jako coś, co wpływa na światopogląd, ubogaca
go bądź poddaje próbie, jakimś wątpliwościom. Praca klasyfikuje się pod źródło
doświadczeń, do których się ustosunkowujemy. Ale fundament jest zawsze.
Wychowanie… Śmiało można powiedzieć,
że rodzice zazwyczaj z troski uczą nas od małego, jak postępować, ale tym samym
w pewnym stopniu narzucają nam tożsamość. W różnych latach życia przychodzą
różne burze, zmiany… Ktoś by powiedział, że człowiek szuka wtedy tak jakby
„innego siebie”. To prawda, ale niech szuka z jakimś rozsądkiem, niech nie daje
się omotać cudzym mentalnościom, niech nie ulega byle czemu oraz niech umie
odróżnić właściwych ludzi, którzy mu będą towarzyszyć i pomogą w niesieniu
bagażu podczas tej wędrówki. Powiesz, że to jest takie proste… Na pewno?
W pewnym momencie swojego życia
odkryjesz, że jednak lepiej jest wrócić do swoich „fundamentów”, bo tak jest ci
najlepiej albo stwierdzisz, że zostajesz w jakimś innym miejscu(może to być
świat krętactw, oszustw, manipulacji, morderstw na ogromną skalę, innego
rodzaju przestępstw…). A może
to być moment, w którym odkryjesz, że jesteś lepszy, niż kiedykolwiek przedtem…
I nie zwalaj na wolny wybór i słynne hasło „róbta, co chceta” – wybór świadczy wyłącznie o tobie. Jeśli interesuje Cię taka cena, proszę bardzo.
I nie zwalaj na wolny wybór i słynne hasło „róbta, co chceta” – wybór świadczy wyłącznie o tobie. Jeśli interesuje Cię taka cena, proszę bardzo.
Warto czasami do podróży wyposażyć
się w tzw. maski. Jak je określić? Jako sztuczność? Grę? Zabawę? Powłokę pod
którą muszę skryć swoją prawdziwą naturę? Rolę do spełnienia na daną chwilę? W
sumie każde z nich wydaje się być właściwe. W opisie do książki o Janie
Nowickim „Mężczyzna i one” zawarte zostało stwierdzenie, że aktor „nakłada maskę
ironii, sarkazmu i cynizmu, gdy przychodzi mu się wadzić z
rzeczywistością”(por.).
Na pewno jest tak, że nakładamy maski
z jakiegoś powodu… Może to być podjudzenie kogoś, by powiedział prawdę na jakiś
temat. Może to być też wadzenie się z rzeczywistością, podobnie, jak w
przypadku pana Jana. Możemy to robić dlatego, by wpierw przypodobać się innym,
szczególnie tym, których postawa się może nie podobać, a potem podpuścić, by
spróbowali się zmienić. Można to porównać do pewnego rodzaju partyzantki, ale
trzeba być pewnym tego, że nie damy się tutaj zdominować. Przy każdym z
przypadków musimy pamiętać o sobie.
W zależności od ilości doświadczeń
rośnie ilość naszych masek. Czasem jest
tak, że poznajemy się z jakimś środowiskiem, zdobywamy w nim jakichś
ludzi(dobrze się wyraziłem – zdobywamy), aby potem móc się przy nich w miarę
odnajdywać. Zapoznajemy się z nimi poprzez muzykę, ich zainteresowania… Na
tyle, by potem z nimi rozmawiać – między innymi, by uznali Cię za swojego.
Mówię to ze swojego punktu widzenia.
Elastyczność
to synonim, pasujący do maski, jaką chcemy lub zmuszani jesteśmy zakładać. To
sztuka odnalezienia się w środowiskach i sytuacjach, ale z pamięcią o tym, by
to się nie stało domeną. „A co, jeśli maski się kiedyś skończą?” – koleżanka z
roku teologii kiedyś zadał mi takie pytanie. Być może wtedy zostaniemy tylko my
– obnażeni, ale dużej mierze prawdziwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz