wtorek, 1 maja 2012

Troszkę z boku. Rączki złożone.

Zdradzę wam pewną tajemnicę, ale nie mówcie o tym nikomu. Mianowicie: od kilku lat nie składam rąk do modlitwy i podczas mszy świętej, na której i tak bywam rzadziej, niż kiedyś. Nie podoba mi się to. Źle mi się to kojarzy i w ogóle jest be. Zatem jaka jest teraz moja postawa? Ręce w kieszeni, na pośladkach, sisiorku[1]? A może jeszcze jakaś inna?
Nie odpowiem od razu na to pytanie, bowiem stwierdziłem, że wypadałoby z mojej strony postrzępić sobie troszkę języka na tych gestach i postawach, szczególnie gdy wykonują je ludzie DWULICOWI. Ale pewnie i tak tego nie zrobię(choć powinienem), bo cenię jednak spokojną refleksję…
Więc to nie będzie rozważanie na temat złożonych rączek, tylko o powszechnej dwulicowości… Dwulicowości, która jest kolejnym czynnikiem, sprawiającym, że człowiek przestaje wierzyć.  Wiem, o czym mówię, bo słucham tego w niektórych wypowiedziach. I wiem, że sam balansuję w tej niebezpiecznej strefie…
Dwie bolesne sytuacje zaważyły na moim podejściu do sprawy, obie związane z podejściem ludzi, obie w okresie mojego służenia do ołtarza i obie, w których część winy zabieram ze sobą, nawet, jeśli tej winy nie było wcale.
Pamiętam dłoń zaciśniętą na gardle chwilę po tym, jak powiedziałem pewien żart, który jak się potem okazało uraził kolegę. Mój błąd, moja niewiedza- także o tym, że kolega swego czasu „chorował”(nie wiem, jak jest dziś). Sedno jest takie, że zabawny był wtedy widok małego szamanka, wiszącego parędziesiąt centymetrów nad podłogą, na tyle, że szkoda było tak szybko interweniować. Dopiero, kiedy oczy się nacieszyły- nie wiem, ile to trwało, to wtedy można było podjąć jakieś kroki łagodzące. Wszyscy razem chwilę wcześniej mieliśmy złożone rączki.
Druga sytuacja podobna, chociaż tu wchodzi w grę też moja osobista pomyłka… A w zasadzie nadmierna chęć obrony słuszności moich dobrych intencji, które miały na celu pchnąć coś do przodu. A, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane, to skończyło się podobnie- wylądowałem na stole, przyduszony chwilę po tym, jak powiedziałem, co myślę o gościu, który mnie skrytykował za te dobre chęci[2].
Fabuły obydwu akcji miały miejsce w kościele w zakrystii, w miejscu, w którym nauczyłem się trzymać ręce przy sobie- niezależnie od okoliczności.  W końcu miałem poszanowanie do miejsca. Dziś trochę tego żałuję, bo jeśli co niektórzy nie mieli względu na miejsce i zachowywali się, jak bydło bądź 3000 świń z chlewu, to dlaczego ja miałem się hamować? Przecież też mogłem na kimś się odegrać, przydusić do ściany, jak mnie wyzwał, obmawiał, a potem złożyć rączki.
Przypomina mi się tu pewna kontra, jaką już postawiłem parę postów wcześniej: patrz na siebie, chlewem się nie przejmuj.
Dlaczego o tym wspominam? Przez takie sytuacje, jak i wiele innych, które odkrywałem w zachowaniach ludzi przez kolejne lata stało się tak, że złożone rączki utarły się u mnie, jako symbol fałszu, arogancji i obłudy.
Można mieć złożone rączki, a nieczyste myśli- wielu tu z przyjemnością wskaże na popularny pierwszy rząd starszych pań, tudzież moherów i ich pobożność w kościele, a zupełnie inne zachowanie poza. Choć niekoniecznie… Ale takie rzeczy są normalne…
Można mieć złożone rączki, a krytykować kogoś za nie zgadzanie się z poglądami. Można mieć złożone rączki, a za chwilę zrobić zadymę. Można mieć złożone rączki i jednocześnie spławiać ludzi. Można mieć złożone rączki i nie przejawiać tolerancji. Można mieć złożone rączki i być aroganckim, łasym na pieniądz. To się nie godzi w momencie, gdy są złożone rączki.
Można jednak mieć złożone rączki i w duszy kierować się jakąś misją i posługą. Kto z nas to potrafi? Na pewno wielu. Co nie zmienia faktu, że pozostali już podjęli decyzje… Bo za blaskiem złożonych rączek skryło się wielkie kłamstwo. Ale…
Po drugiej stronie barykady są ludzie wiarygodni i walczący o wiarygodność! Wrzuceni do jednego worka razem z tym dwulicowym motłochem…
Można się zawieść na przykładzie jednego, a można na przykładzie wielu. Oto, jak dzisiaj siła fałszu człowieka potrafi nieraz przysłonić obraz Tego, co jest prawdziwe. „Nie przyznaję się do wiary, pokazywanej przez ludzi- dla mnie to jest tylko fałsz. Chcę się trzymać swoich zasad i pomagać ludziom” – nie waż mi się mówić, że w tej wypowiedzi nie ma racji. Oprócz niej na pewno wyrażona jest chęć poszukiwania...
Wiem po sobie, jak to wygląda w kwestii tych zawodów… Ale w przeciwieństwie do tych, o których powiedziałem, że podjęli już decyzję, ja jeszcze nie złożyłem broni. Zmieniłem tylko troszkę technikę walki.
Usłyszałem kiedyś, że w dzisiejszej porąbanej rzeczywistości każdy, kto „decyduje się wstąpić do seminarium, zostaje mianowany potencjalnym pedofilem”. Zatem podobnie można powiedzieć o złożonych rączkach.  W oczach tych, którzy się zawiedli każdy, kto ma złożone rączki, jest potencjalnym kłamca i dwulicowcem. I nie pociesza fakt, że znam osobiście paru ludzi, którzy odbiegają kompletnie od tego bolesnego spojrzenia. Nie muszą oni składać rączek, abym miał pewność, że ich świadectwo jest wiarygodne. Tak samo ja nie muszę składać rączek, bo ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą, co mam w środku, co chcę powiedzieć i jakie nieraz przeżywam destrukcyjne tarcia, nim się ostatecznie określę wobec czegoś.
Mógłbym na zakończenie powiedzieć, że nim się złoży rączki trzeba stoczyć walkę. Trzeba stanąć przed lustrem i uświadomić sobie to, co mam w środku, mówiąc językiem wiary: „zdajmy sobie sprawę ze swych słabości” i nie negujmy ich. To jest właśnie wiarygodność- umiejętność przyznania się do siebie i nie tworzenia fałszywego obrazu! To cecha, o którą staram się ja, starasz się ty, nim obaj/oboje(niepotrzebne skreślić) złożymy rączki. Wiarygodność wobec siebie i wobec innych, jako przeciwieństwo dwulicowości. I na koniec umiejętność pokory, której elementem jest przyjęcie krytyki i spokojna obrona, gdy jest ona mylna.
„A we mnie samym wilki dwa
Oblicze dobra, oblicze zła
Walczą ze sobą nieustannie
Wygrywa ten, którego karmię”(Luxtorpeda „Wilki Dwa”)
Schemat jest zatem prosty: bój o siebie, jako droga ku wiarygodności-> prawda o sobie-> wybór (oczywiście tego, co dobre) ->(ewentualnie) złożone rączki. Prosta recepta na to, by człowiek z potencjalnego kłamcy stał się dobrym świadectwem, także w oczach innych. A i ci, którzy się zawiedli na złożonych rączkach, znajdą w sobie siłę, by ponownie spojrzeć na to przychylniejszym okiem.
Życzę tym pierwszym(także sobie) udanego boju, a tym drugim(także sobie) więcej wiary w tych pierwszych i chęci poszukiwania.
I żeby ktoś mi nie powiedział, że w zdaniu wyżej przejawiam dwulicowość. Nie ma takiej opcji. Wspominałem na początku, że balansuję na cienkiej granicy. Pewnego dnia powieje wiatr i spadnę na jedną stronę albo na drugą. Albo- idąc tokiem myśli księdza Józefa- rozkraczę się gdzieś pośrodku o obiję sobie sisiorka.



[1] Z ust ks. Józefa, byłego wikariusza mojej rodzinnej parafii – rok 2000 lub 2001.
[2] W przypadku obydwu tych przykładów przepraszam- być może kiedyś anonimowi, o których wspomniałem w tych sytuacjach to przeczytają, a wtedy mi się oberwie już nie za to, że wtedy się tak stało, ale za to, że postanowiłem o tym powiedzieć po latach i (być może) nadszarpnąłem czyjś wizerunek. Nie zmienia to faktu, że czułem potrzebę przypomnienia sobie tego i opowiedzenia o tym, chociażby z uwagi na temat, jakiego się podjąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz