Zdradzę wam pewną tajemnicę, ale nie mówcie o
tym nikomu. Mianowicie: od kilku lat nie składam rąk do modlitwy i podczas mszy
świętej, na której i tak bywam rzadziej, niż kiedyś. Nie podoba mi się to. Źle
mi się to kojarzy i w ogóle jest be. Zatem jaka jest teraz moja postawa? Ręce w
kieszeni, na pośladkach, sisiorku[1]? A
może jeszcze jakaś inna?
Nie odpowiem od razu na to pytanie, bowiem
stwierdziłem, że wypadałoby z mojej strony postrzępić sobie troszkę języka na
tych gestach i postawach, szczególnie gdy wykonują je ludzie DWULICOWI. Ale
pewnie i tak tego nie zrobię(choć powinienem), bo cenię jednak spokojną
refleksję…
Więc to nie będzie rozważanie na temat złożonych
rączek, tylko o powszechnej dwulicowości… Dwulicowości, która jest kolejnym
czynnikiem, sprawiającym, że człowiek przestaje wierzyć. Wiem, o czym mówię, bo słucham tego w
niektórych wypowiedziach. I wiem, że sam balansuję w tej niebezpiecznej strefie…
Dwie bolesne sytuacje zaważyły na moim podejściu
do sprawy, obie związane z podejściem ludzi, obie w okresie mojego służenia do
ołtarza i obie, w których część winy zabieram ze sobą, nawet, jeśli tej winy
nie było wcale.
Pamiętam dłoń zaciśniętą na gardle chwilę po
tym, jak powiedziałem pewien żart, który jak się potem okazało uraził kolegę.
Mój błąd, moja niewiedza- także o tym, że kolega swego czasu „chorował”(nie
wiem, jak jest dziś). Sedno jest takie, że zabawny był wtedy widok małego
szamanka, wiszącego parędziesiąt centymetrów nad podłogą, na tyle, że szkoda było
tak szybko interweniować. Dopiero, kiedy oczy się nacieszyły- nie wiem, ile to
trwało, to wtedy można było podjąć jakieś kroki łagodzące. Wszyscy razem chwilę
wcześniej mieliśmy złożone rączki.
Druga sytuacja podobna, chociaż tu wchodzi w grę
też moja osobista pomyłka… A w zasadzie nadmierna chęć obrony słuszności moich
dobrych intencji, które miały na celu pchnąć coś do przodu. A, że dobrymi
chęciami piekło wybrukowane, to skończyło się podobnie- wylądowałem na stole,
przyduszony chwilę po tym, jak powiedziałem, co myślę o gościu, który mnie
skrytykował za te dobre chęci[2].
Fabuły obydwu akcji miały miejsce w kościele w
zakrystii, w miejscu, w którym nauczyłem się trzymać ręce przy sobie-
niezależnie od okoliczności. W końcu
miałem poszanowanie do miejsca. Dziś trochę tego żałuję, bo jeśli co niektórzy
nie mieli względu na miejsce i zachowywali się, jak bydło bądź 3000 świń z
chlewu, to dlaczego ja miałem się hamować? Przecież też mogłem na kimś się
odegrać, przydusić do ściany, jak mnie wyzwał, obmawiał, a potem złożyć rączki.
Przypomina mi się tu pewna kontra, jaką już
postawiłem parę postów wcześniej: patrz
na siebie, chlewem się nie przejmuj.
Dlaczego o tym wspominam? Przez takie sytuacje,
jak i wiele innych, które odkrywałem w zachowaniach ludzi przez kolejne lata
stało się tak, że złożone rączki utarły się u mnie, jako symbol fałszu,
arogancji i obłudy.
Można mieć złożone rączki, a nieczyste myśli-
wielu tu z przyjemnością wskaże na popularny pierwszy rząd starszych pań,
tudzież moherów i ich pobożność w kościele, a zupełnie inne zachowanie poza.
Choć niekoniecznie… Ale takie rzeczy są normalne…
Można mieć złożone rączki, a krytykować kogoś za
nie zgadzanie się z poglądami. Można mieć złożone rączki, a za chwilę zrobić
zadymę. Można mieć złożone rączki i jednocześnie spławiać ludzi. Można mieć
złożone rączki i nie przejawiać tolerancji. Można mieć złożone rączki i być
aroganckim, łasym na pieniądz. To się nie godzi w momencie, gdy są złożone
rączki.
Można
jednak mieć złożone rączki i w duszy kierować się jakąś misją i posługą. Kto z nas to potrafi?
Na pewno wielu. Co nie zmienia faktu, że pozostali już podjęli decyzje… Bo za blaskiem złożonych rączek skryło się
wielkie kłamstwo. Ale…
Po drugiej stronie barykady są ludzie wiarygodni
i walczący o wiarygodność! Wrzuceni do jednego worka razem z tym dwulicowym
motłochem…
Można się zawieść na przykładzie jednego, a
można na przykładzie wielu. Oto, jak dzisiaj siła fałszu człowieka potrafi
nieraz przysłonić obraz Tego, co jest prawdziwe. „Nie przyznaję się do wiary,
pokazywanej przez ludzi- dla mnie to jest tylko fałsz. Chcę się trzymać swoich
zasad i pomagać ludziom” – nie waż mi się mówić, że w tej wypowiedzi nie ma
racji. Oprócz niej na pewno wyrażona jest chęć poszukiwania...
Wiem po sobie, jak to wygląda w kwestii tych
zawodów… Ale w przeciwieństwie do tych, o których powiedziałem, że podjęli już
decyzję, ja jeszcze nie złożyłem broni. Zmieniłem tylko troszkę technikę walki.
Usłyszałem kiedyś, że w dzisiejszej porąbanej
rzeczywistości każdy, kto „decyduje się wstąpić do seminarium, zostaje
mianowany potencjalnym pedofilem”. Zatem podobnie można powiedzieć o złożonych
rączkach. W oczach tych, którzy się
zawiedli każdy, kto ma złożone rączki, jest potencjalnym kłamca i dwulicowcem.
I nie pociesza fakt, że znam osobiście paru ludzi, którzy odbiegają kompletnie
od tego bolesnego spojrzenia. Nie muszą oni składać rączek, abym miał pewność,
że ich świadectwo jest wiarygodne. Tak samo ja nie muszę składać rączek, bo ci,
którzy mnie dobrze znają wiedzą, co mam w środku, co chcę powiedzieć i jakie
nieraz przeżywam destrukcyjne tarcia, nim się ostatecznie określę wobec czegoś.
Mógłbym na zakończenie powiedzieć, że nim się
złoży rączki trzeba stoczyć walkę. Trzeba stanąć przed lustrem i uświadomić
sobie to, co mam w środku, mówiąc językiem wiary: „zdajmy sobie sprawę ze swych
słabości” i nie negujmy ich. To jest właśnie wiarygodność- umiejętność
przyznania się do siebie i nie tworzenia fałszywego obrazu! To cecha, o którą
staram się ja, starasz się ty, nim obaj/oboje(niepotrzebne skreślić) złożymy
rączki. Wiarygodność wobec siebie i wobec innych, jako przeciwieństwo
dwulicowości. I na koniec umiejętność pokory, której elementem jest przyjęcie
krytyki i spokojna obrona, gdy jest ona mylna.
„A we mnie samym wilki dwa
Oblicze dobra, oblicze zła
Walczą ze sobą nieustannie
Wygrywa ten, którego karmię”(Luxtorpeda „Wilki
Dwa”)
Schemat jest zatem prosty: bój o siebie, jako
droga ku wiarygodności-> prawda o sobie-> wybór (oczywiście tego, co
dobre) ->(ewentualnie) złożone rączki. Prosta recepta na to, by człowiek z
potencjalnego kłamcy stał się dobrym świadectwem, także w oczach innych. A i
ci, którzy się zawiedli na złożonych rączkach, znajdą w sobie siłę, by ponownie
spojrzeć na to przychylniejszym okiem.
Życzę tym pierwszym(także sobie) udanego boju, a
tym drugim(także sobie) więcej wiary w tych pierwszych i chęci poszukiwania.
I żeby ktoś mi nie powiedział, że w zdaniu wyżej
przejawiam dwulicowość. Nie ma takiej opcji. Wspominałem na początku, że
balansuję na cienkiej granicy. Pewnego dnia powieje wiatr i spadnę na jedną
stronę albo na drugą. Albo- idąc tokiem myśli księdza Józefa- rozkraczę się
gdzieś pośrodku o obiję sobie sisiorka.
[2] W przypadku obydwu tych
przykładów przepraszam- być może kiedyś anonimowi, o których wspomniałem w tych
sytuacjach to przeczytają, a wtedy mi się oberwie już nie za to, że wtedy się
tak stało, ale za to, że postanowiłem o tym powiedzieć po latach i (być może)
nadszarpnąłem czyjś wizerunek. Nie zmienia to faktu, że czułem potrzebę
przypomnienia sobie tego i opowiedzenia o tym, chociażby z uwagi na temat,
jakiego się podjąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz