środa, 9 stycznia 2013

Objawienie

Nie zgadniesz, co teraz robię. Ślęczę, jak idiota nad pustą kartką i czekam na objawienie. Czekam na jasność(nie mylić z pomrocznością jasną), na jakiś cug, który złapię i będę dzięki niemu jakoś dalej brnął. Długopis jest lekki, lecz myśli już nieco cięższe.

No ale trzeba tu nadać jakiś początek, jakiś punkt wyjścia. Trzeba jakoś dobrze wystartować i nabrać pewności. Czyżbym rzucił kilka haseł synonimicznych do objawienia?
Początek… Objawienie, jako początek. To znaczący moment, nadający kierunek naszemu życiu i naszym myślom. Jest to coś, co staje się naczelną zasadą niejednokrotnych zmian. Może to być też przewrót życiowy. To także nabranie pełnej świadomości.
Doznałem teraz objawienia, tudzież nabrałem pełnej świadomości i dzięki temu ostatecznie wiem, co chcę tu zamieścić.
Objawienie, czyli punkt wyjścia, od którego teraz wyjdą setki, a może i tysiące myśli oraz zdań. Takowe objawienie warunkuje w chwilach przyszłych dialog i dzielenie się tym, czego się człowiek dowiedział.
Na kanwie powyższego przypominają mi się w tej chwili rekolekcje w klasztorze zakonu kapucynów w Sędziszowie Małopolskim. Rok 2007. Zacząłem wtedy studia na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, mając już dość pokaźny bagaż złych doświadczeń, uczynków i starcia z własnymi demonami. Nie potrafię powiedzieć, jaki wtedy byłem, ale pewne było jedno: nikogo nie zabiłem. Wiesz… Są ludzie, którym chwilę po ukończeniu liceum zaczyna się w głowach źle dziać. Popadają w marazm, zastój, a jednocześnie szukają ratunku i chcą być zauważeni(czyt. kochani). Być może to troszkę wynika ze zdezorientowania w życiu i strachu przed czymś nowym. A kiedy dojdą do tego krzywdy oraz poczucie winy, to ciężko się ruszyć z miejsca. Wiem, o czym prawię – przechodziłem to już i pewnie jeszcze nie raz mnie to spotka…
Jeśli nie byłeś w Sędziszowie, żałuj. Ja żałuję, że nie mogę tam być częściej. Tam jest to, czego człowiek często szuka: cisza. Byłem sobie takim durnym gościem, który niczego nie oczekiwał, a dostał dość siły by znosić życiowe epizody(choć potem nie wykorzystałem tego, jak powinienem). Dlatego słusznie określam objawienie m.in. jako punkt zwrotny, a dla mnie tym punktem zwrotnym było spotkanie się z Panem Bogiem w absolutnej ciszy.
Najpierwszym efektem tego Objawienia – spotkania było coraz częstsze, stopniowe skłanianie się ku ciszy. Oraz, co niejednokrotnie dziwi i czyni ze mnie w oczach innych pseudo-wariata, fakt, że mówię o niej, jak o jednym ze swoich większych przyjaciół(może i największym). A może rzeczywiście był w niej Bóg? No bo inaczej nie pisałbym tak swobodnie tylu wierszy w tamtym czasie…
Drugą kwestią mogłoby być stopniowe zdawanie sobie sprawy z tego, ile rzeczy mam w sobie i na zewnątrz do naprawienia. Chwilę po tym „spotkaniu” w kościele przyklasztornym rozmawiałem z ojcem Radosławem Pasztaleńcem. Opowiadałem o niejasnościach, o tym, co zrobiłem dobrze i źle i o tym, jakiego to ogólnie narobiłem bałaganu. Był w tym ogrom swobody, a ojciec Radek powiedział słowa, które zapamiętam do końca mojego krótkiego życia: „Dobrze, że sobie zdajesz z tego sprawę. To wielki plus”. Samoświadomość. Świadomość siebie stanowi po ciszy tak jakby drugi fundament i efekt objawienia.
Z powyższego wywodu wysnuć mogę uzupełniającą definicję objawienia, jako naczelnej zasady i zasady wszelkich zasad, nie ujmując oczywiście innym określeniom ich wartości. A przecież takie samo określenie można nadać Bogu!
A jednak dziś chrześcijaństwo, nauka katolicka, teologia mają najwięcej do powiedzenia w dziedzinie Objawienia. Ot chociażby pisanie tego wyrazu z dużej litery ma na celu uwypuklenie różnic od zwykłego, ludzkiego pojmowania. Problem jest taki, że różnic tych niemal praktycznie brak…
Nauka katolicka kładzie nacisk na objawienie się Boga, jako naczelnej zasady wszystkich rzeczy.
Objawienie jest to przekazanie ludziom przez Boga prawdy potrzebnej im do zbawienia. Najpierw można mówić o objawieniu naturalnym. Jest to przeżycie wynikające z samego
posiadania intuicji i umysłu przez człowieka. Uświadamia ono człowiekowi, że Bóg istnieje(…)[1]. Towarzyszą mu modlitwa i wyrzuty sumienia. Te drugie nie musza być ściśle powiązane z modlitwą, ale są one cechą tych, którzy wysoko stawiają morale. Jest to wymiar prywatny objawienia.
            Istnieje poza wymiarem prywatnym jeszcze wymiar społeczny tych przeżyć. W historii każdego narodu zawsze byli ludzie z poczuciem odpowiedzialności za swoje społeczeństwo. Modlitwa jak i wyrzuty sumienia u tych ludzi nie dotyczyły tylko spraw o charakterze prywatnym, lecz właśnie społecznym. Bo widzieli z całą ostrością błędy, krzywdy wyrządzane przez władców czy warstwy rządzące i przez tych, którzy dzierżyli "rząd dusz".
Na przestrzeni wieków pojawiali się tacy ludzie, którzy równocześnie zdobywali się na odwagę, by zaprotestować przeciw prywacie, korupcji, wypaczeniom, oportunizmowi. By nawoływać do nawrócenia, do powrotu do wiary przodków. By dopominać się o wszystko to, co wielkie w narodzie. By potępić tych, którzy zasługują na potępienie. By ratować to, czemu grozi zniszczenie. By przypominać to, co odchodzi w cień zapomnienia. By wyraźnie powiedzieć, kim jest człowiek, jaki jest cel jego życia, co powinno być jego treścią, czym jest służba Bogu, na czym ma polegać cześć Jemu należna[2].
Więc coś się jednak zgadza… Moment objawienia, modlitwa, wyrzuty sumienia i chęć naprawy nie tylko siebie, ale i znacznej części świata. Takiego siebie pamiętam z okresu po rekolekcjach w Sędziszowie. Paradoks polegał na tym, że ta postawa sprowadziła na małe manowce mimo wcześniejszego uporządkowania… Minął jednak jakiś czas, nim do tego doszedłem…
Natomiast o Objawieniu w ścisłym sensie mówimy wtedy, gdy człowiek otrzymuje polecenie od Boga, by głosić ludziom prawdę zbawczą, którą mu Bóg ukazuje[3]. W historii Objawienia postacią centralną i równocześnie bezprecedensową jest Jezus Chrystus[4]. W Nim Objawienie realizuje się najpełniej. Tak jest w nauce katolickiej.
Wspomniałem o objawieniu jako o punkcie zwrotnym w życiu, przełomowym momencie, w którym człowiek dochodzi do wniosku, kim jest i co tu robi. Jako poparcie takich przewrotów życiowych należało by podać przykład św. Pawła, którego życie można by nazwać jednym, wielkim paradoksem. Z początku zagorzały przeciwnik chrześcijan, a po spotkaniu Pana misjonarz i głosiciel Ewangelii – dwie, skrajne, sprzeczne i tak różne od siebie strony tej barykady. Sytuacja jest analogiczna do życia wielu ludzi, opowiadających o tym, jakie mieli życie przed spotkaniem Chrystusa, a jak bardzo się ono zmieniło po widzeniu się z Nim twarzą w twarz. Ja sam w jednej dziewczynie dostrzegłem tego typu skrajności. Z początku młodociana wielbicielka rocka i tanich win, a dziś śpiewa w zespole parafialnym i należy do jednej z przykościelnych wspólnot. Jest coś na rzeczy. Agnostyk, nie wierzący w doświadczenie tego momentu, a dopuszczający tylko teorię o Bogu, zmienia zdanie, gdy autentycznie doświadcza pozytywnych zmian w swoim życiu. Ma to oczywiście swoją drugą stronę medalu, czego przykładem są ateizm i ataki na kościół. Poświęcę temu więcej uwagi za jakiś czas.
Objawienie, przemiana, życiowy przewrót jest gwarantem zmiany na lepsze albo przynajmniej momentem w którym można sobie uświadomić, co zrobić, by być lepszym człowiekiem. Będąc naczelną zasadą, inicjacją kolejnych wydarzeń w życiu buduje ono w nas normy postępowania, wg. których możemy żyć, jeśli chcemy.  Jest iskrą, rozpalającą światło na drogę, wzdłuż której czeka na nas wielość doświadczeń, na kanwie których budujemy swoje zasady. Wydaje mi się tutaj, że nic, co dzieje się później nie jest w całkowitej opozycji do momentu przemian i kierunku, jaki on nadaje. Wszystko, co jest teraz i co jest później jest tego wynikiem: każde słowo, każdy gest, przekaz, nawet niewłaściwy uczynek, czy zachowanie. Przy dwóch ostatnich człowiek, mający umiejętność szybkiego przyznania się do winy będzie w stanie zadośćuczynić, jak to mówią „odkręcić sprawę”. Zapomniałem dodać, że tutaj piszę całkowicie od siebie.
Chciałoby się powiedzieć, że ludzie, którzy doświadczyli czegoś takiego, prowadzą w swoim życiu dwa kalendarze, z których jeden notowany jest od tego znaczącego momentu. Można by stwierdzić, że od punktu zwrotnego zaczyna się prawdziwe życie. Można nawet dodać, że to wszystko jest tak naprawdę psa warte – wolność człowieka i prawo jego wyboru. A można też rapować za Ryszardem Andrzejewskim:
Oto kolejny manifest dla wszystkich krwawiących serc,
Nieśmiertelne opowieści z pod znaku "Back in the days".
Wciąż być, nie mieć, chociaż mam jedno i drugie,
Już do końca, tak być musi, już w tym życiu się nie zgubie.
Powracam do tych dni, wstecz sięgając pamięcią,
Staszica story, oto me jeżyckie piekło,
Dawno temu coś pękło, chłopak wracam do tych dni,
W których oprócz bólu nie odczuwałem nic.
Powiesz, że na wodę pic, lepiej milcz niedowiarku,
Dowód ludzkiej znieczulicy znasz na co dzień, łeb na karku mam,
Więc dbam o ludzi, z którymi wyszedłem z cienia
I nie zmienia się nic, chociaż dużo żem pozmieniał.
(…)nasza muzyka jest prawdą,
Ten ból, miłość, strach spróbuj to ogarnąć, sprawdź to[5].
Wybieram zatem stwierdzenie, że moment objawienia, tudzież punktu zwrotnego życia jest wart każdego czasu oczekiwania i wylanych łez… Potem jest już tylko nauka, nauka i nauka. Nauka budowania…


Publikacja stanowi preludium czegoś, że tak powiem "większego"... :)









[2] tamże
[3] tamże
[4] tamże
[5] Fragment utworu „Sam przeciwko wszystkim”; Wykonawcy: My Riot feat. Peja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz