No ale trzeba tu nadać jakiś
początek, jakiś punkt wyjścia. Trzeba jakoś dobrze wystartować i nabrać
pewności. Czyżbym rzucił kilka haseł synonimicznych do objawienia?
Początek… Objawienie, jako początek.
To znaczący moment, nadający kierunek naszemu życiu i naszym myślom. Jest to
coś, co staje się naczelną zasadą niejednokrotnych zmian. Może to być też
przewrót życiowy. To także nabranie pełnej świadomości.
Doznałem teraz objawienia, tudzież
nabrałem pełnej świadomości i dzięki temu ostatecznie wiem, co chcę tu
zamieścić.
Objawienie, czyli punkt wyjścia, od
którego teraz wyjdą setki, a może i tysiące myśli oraz zdań. Takowe objawienie
warunkuje w chwilach przyszłych dialog i dzielenie się tym, czego się człowiek
dowiedział.
Na kanwie powyższego przypominają mi
się w tej chwili rekolekcje w klasztorze zakonu kapucynów w Sędziszowie
Małopolskim. Rok 2007. Zacząłem wtedy studia na Papieskim Wydziale Teologicznym
we Wrocławiu, mając już dość pokaźny bagaż złych doświadczeń, uczynków i
starcia z własnymi demonami. Nie potrafię powiedzieć, jaki wtedy byłem, ale
pewne było jedno: nikogo nie zabiłem. Wiesz… Są ludzie, którym chwilę po
ukończeniu liceum zaczyna się w głowach źle dziać. Popadają w marazm, zastój, a
jednocześnie szukają ratunku i chcą być zauważeni(czyt. kochani). Być może to
troszkę wynika ze zdezorientowania w życiu i strachu przed czymś nowym. A kiedy
dojdą do tego krzywdy oraz poczucie winy, to ciężko się ruszyć z miejsca. Wiem,
o czym prawię – przechodziłem to już i pewnie jeszcze nie raz mnie to spotka…
Jeśli nie byłeś w Sędziszowie, żałuj.
Ja żałuję, że nie mogę tam być częściej. Tam jest to, czego człowiek często
szuka: cisza. Byłem sobie takim durnym gościem, który niczego nie oczekiwał, a
dostał dość siły by znosić życiowe epizody(choć potem nie wykorzystałem tego,
jak powinienem). Dlatego słusznie określam objawienie m.in. jako punkt zwrotny,
a dla mnie tym punktem zwrotnym było spotkanie się z Panem Bogiem w absolutnej
ciszy.
Najpierwszym efektem tego Objawienia
– spotkania było coraz częstsze, stopniowe skłanianie się ku ciszy. Oraz, co
niejednokrotnie dziwi i czyni ze mnie w oczach innych pseudo-wariata, fakt, że
mówię o niej, jak o jednym ze swoich większych przyjaciół(może i największym).
A może rzeczywiście był w niej Bóg? No bo inaczej nie pisałbym tak swobodnie
tylu wierszy w tamtym czasie…
Drugą kwestią mogłoby być stopniowe
zdawanie sobie sprawy z tego, ile rzeczy mam w sobie i na zewnątrz do
naprawienia. Chwilę po tym „spotkaniu” w kościele przyklasztornym rozmawiałem z
ojcem Radosławem Pasztaleńcem. Opowiadałem o niejasnościach, o tym, co zrobiłem
dobrze i źle i o tym, jakiego to ogólnie narobiłem bałaganu. Był w tym ogrom
swobody, a ojciec Radek powiedział słowa, które zapamiętam do końca mojego krótkiego
życia: „Dobrze, że sobie zdajesz z tego sprawę. To wielki plus”.
Samoświadomość. Świadomość siebie stanowi po ciszy tak jakby drugi fundament i
efekt objawienia.
Z powyższego wywodu wysnuć mogę
uzupełniającą definicję objawienia, jako naczelnej zasady i zasady wszelkich
zasad, nie ujmując oczywiście innym określeniom ich wartości. A przecież takie
samo określenie można nadać Bogu!
A jednak dziś chrześcijaństwo, nauka
katolicka, teologia mają najwięcej do powiedzenia w dziedzinie Objawienia. Ot
chociażby pisanie tego wyrazu z dużej litery ma na celu uwypuklenie różnic od
zwykłego, ludzkiego pojmowania. Problem jest taki, że różnic tych niemal
praktycznie brak…
Nauka katolicka kładzie nacisk na
objawienie się Boga, jako naczelnej zasady wszystkich rzeczy.
Objawienie jest to
przekazanie ludziom przez Boga prawdy potrzebnej im do zbawienia. Najpierw
można mówić o objawieniu naturalnym. Jest to przeżycie wynikające z samego
posiadania intuicji i umysłu przez człowieka. Uświadamia ono
człowiekowi, że Bóg istnieje(…)[1].
Towarzyszą mu modlitwa i wyrzuty sumienia. Te drugie nie musza być ściśle
powiązane z modlitwą, ale są one cechą tych, którzy wysoko stawiają morale.
Jest to wymiar prywatny objawienia.
Istnieje poza wymiarem prywatnym jeszcze wymiar społeczny
tych przeżyć. W historii każdego narodu zawsze byli ludzie z poczuciem
odpowiedzialności za swoje społeczeństwo. Modlitwa jak i wyrzuty sumienia u
tych ludzi nie dotyczyły tylko spraw o charakterze prywatnym, lecz właśnie
społecznym. Bo widzieli z całą ostrością błędy, krzywdy wyrządzane przez
władców czy warstwy rządzące i przez tych, którzy dzierżyli "rząd
dusz".
Na przestrzeni wieków pojawiali się tacy ludzie,
którzy równocześnie zdobywali się na odwagę, by zaprotestować przeciw prywacie,
korupcji, wypaczeniom, oportunizmowi. By nawoływać do nawrócenia, do powrotu do
wiary przodków. By dopominać się o wszystko to, co wielkie w narodzie. By
potępić tych, którzy zasługują na potępienie. By ratować to, czemu grozi
zniszczenie. By przypominać to, co odchodzi w cień zapomnienia. By wyraźnie
powiedzieć, kim jest człowiek, jaki jest cel jego życia, co powinno być jego treścią,
czym jest służba Bogu, na czym ma polegać cześć Jemu należna[2].
Więc coś się jednak zgadza… Moment objawienia,
modlitwa, wyrzuty sumienia i chęć naprawy nie tylko siebie, ale i znacznej
części świata. Takiego siebie pamiętam z okresu po rekolekcjach w Sędziszowie.
Paradoks polegał na tym, że ta postawa sprowadziła na małe manowce mimo
wcześniejszego uporządkowania… Minął jednak jakiś czas, nim do tego doszedłem…
Natomiast o Objawieniu w ścisłym sensie mówimy wtedy,
gdy człowiek otrzymuje polecenie od Boga, by głosić ludziom prawdę zbawczą,
którą mu Bóg ukazuje[3].
W historii Objawienia postacią centralną i równocześnie bezprecedensową jest
Jezus Chrystus[4]. W Nim
Objawienie realizuje się najpełniej. Tak jest w nauce katolickiej.
Wspomniałem o objawieniu jako o punkcie zwrotnym w
życiu, przełomowym momencie, w którym człowiek dochodzi do wniosku, kim jest i
co tu robi. Jako poparcie takich przewrotów życiowych należało by podać
przykład św. Pawła, którego życie można by nazwać jednym, wielkim paradoksem. Z
początku zagorzały przeciwnik chrześcijan, a po spotkaniu Pana misjonarz i
głosiciel Ewangelii – dwie, skrajne, sprzeczne i tak różne od siebie strony tej
barykady. Sytuacja jest analogiczna do życia wielu ludzi, opowiadających o tym,
jakie mieli życie przed spotkaniem Chrystusa, a jak bardzo się ono zmieniło po
widzeniu się z Nim twarzą w twarz. Ja sam w jednej dziewczynie dostrzegłem tego
typu skrajności. Z początku młodociana wielbicielka rocka i tanich win, a dziś
śpiewa w zespole parafialnym i należy do jednej z przykościelnych wspólnot.
Jest coś na rzeczy. Agnostyk, nie wierzący w doświadczenie tego momentu, a
dopuszczający tylko teorię o Bogu, zmienia zdanie, gdy autentycznie doświadcza
pozytywnych zmian w swoim życiu. Ma to oczywiście swoją drugą stronę medalu,
czego przykładem są ateizm i ataki na kościół. Poświęcę temu więcej uwagi za
jakiś czas.
Objawienie, przemiana, życiowy przewrót jest gwarantem
zmiany na lepsze albo przynajmniej momentem w którym można sobie uświadomić, co
zrobić, by być lepszym człowiekiem. Będąc naczelną zasadą, inicjacją kolejnych
wydarzeń w życiu buduje ono w nas normy postępowania, wg. których możemy żyć,
jeśli chcemy. Jest iskrą, rozpalającą
światło na drogę, wzdłuż której czeka na nas wielość doświadczeń, na kanwie
których budujemy swoje zasady. Wydaje mi się tutaj, że nic, co dzieje się
później nie jest w całkowitej opozycji do momentu przemian i kierunku, jaki on
nadaje. Wszystko, co jest teraz i co jest później jest tego wynikiem: każde
słowo, każdy gest, przekaz, nawet niewłaściwy uczynek, czy zachowanie. Przy
dwóch ostatnich człowiek, mający umiejętność szybkiego przyznania się do winy
będzie w stanie zadośćuczynić, jak to mówią „odkręcić sprawę”. Zapomniałem
dodać, że tutaj piszę całkowicie od siebie.
Chciałoby się powiedzieć, że ludzie, którzy
doświadczyli czegoś takiego, prowadzą w swoim życiu dwa kalendarze, z których
jeden notowany jest od tego znaczącego momentu. Można by stwierdzić, że od
punktu zwrotnego zaczyna się prawdziwe życie. Można nawet dodać, że to wszystko
jest tak naprawdę psa warte – wolność człowieka i prawo jego wyboru. A można
też rapować za Ryszardem Andrzejewskim:
Oto kolejny manifest dla wszystkich krwawiących serc,
Nieśmiertelne opowieści z pod znaku "Back in the
days".
Wciąż być, nie mieć, chociaż mam jedno i drugie,
Już do końca, tak być musi, już w tym życiu się nie zgubie.
Powracam do tych dni, wstecz sięgając pamięcią,
Staszica story, oto me jeżyckie piekło,
Dawno temu coś pękło, chłopak wracam do tych dni,
W których oprócz bólu nie odczuwałem nic.
Powiesz, że na wodę pic, lepiej milcz niedowiarku,
Dowód ludzkiej znieczulicy znasz na co dzień, łeb na karku
mam,
Więc dbam o ludzi, z którymi wyszedłem z cienia
I nie zmienia się nic, chociaż dużo żem pozmieniał.
(…)nasza muzyka jest prawdą,
Ten ból, miłość, strach spróbuj to ogarnąć, sprawdź to[5].
Wybieram zatem stwierdzenie, że moment objawienia,
tudzież punktu zwrotnego życia jest wart każdego czasu oczekiwania i wylanych
łez… Potem jest już tylko nauka, nauka i nauka. Nauka budowania…
Publikacja stanowi preludium czegoś, że tak powiem "większego"... :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz