czwartek, 22 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie cz. 1


1.       Wstęp – definicja tolerancji.
Popatrz i uświadom sobie, jaki dziwny masz wokół siebie świat, parafrazując fragment sztandarowego utworu Czesława Niemena. Nie ma nic za darmo, każdy czegoś chce, każdy czegoś wymaga, potrzebuje. Każdy ma jakiś cel. Zdarzy się taki, który dąży do niego po trupach, wywróci wszystko do góry nogami, byle go osiągnąć. Egoista cholerny… Światłych umysłów, mówiących o tym, co widzą, jest mało – każdemu z nich odcina się głowę i wpycha z powrotem do szeregu marionetek, nie mających większych szans na oddech innym powietrzem. O takich często się mówi, że jątrzą i szerzą herezje. Gdzieś o tym już czytałem…
Bo widzisz…  Mieszają się wartości – nie mam pojęcia, dlaczego. Ich znaczenie stało się takie… użytkowe. Chciałbym tu położyć nacisk na tolerancję, póki co.
Historia mówi całą prawdę. Każda z wartości (głównie tych pozytywnych) to był ETOS, będący autorstwem każdego z ludzkich serc. Tym się żyło, tym się kierowało, liczył się człowiek.
Historia mówi całą prawdę. Teraz każda z wartości jest zepchnięta gdzieś w głąb, a górę wzięły pojęcia przeciwne albo pozornie dobre, noszące płaszcz i parasol nad prawdziwym swym znaczeniem. I stwierdził człowiek, że to jest dobre, bo wiele na tym zyskuje…
To taki ogólny wywód wprowadzający w temat. „Wokół tolerancji lekkie zamieszanie…” To określenie „zamieszanie” ma tu kluczowy sens, ponieważ daje się niestety zauważyć, że mając do czynienia z jakąkolwiek wartością i próbą jej określenia przez nam współczesnych, to… no właśnie… mamy małe zamieszanie. Czyżby ludzie rzeczywiście dostrzegali paradoksy rzeczywistości? Czyżby na tej kanwie dochodzili do wniosku, że bez sensu jest akceptować taki stan rzeczy, a wybierać to, co nam pasuje i co można wykorzystać na swój użytek?
A może po prostu człowiek sam zaczyna wywracać podstawowe pojęcie do góry nogami?
Jak to wygląda w przypadku tolerancji?
Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. W sensie najbardziej ogólnym oznacza on postawę wykluczającą dyskryminację ludzi, których sposób postępowania oraz przynależność do danej grupy społecznej może podlegać dezaprobacie przez innych pozostających w większości społeczeństwa. W okresie reformacji pojęcie to było stosowane w odniesieniu do mniejszości religijnych. Obecnie termin ten obejmuje również tolerancję różnych orientacji seksualnych oraz odmiennych światopoglądów[1].
Tolerancja to także otwarte, obiektywne i szanujące podejście wobec odmiennych od własnych postaw, zachowań i cech drugiego człowieka[2].
Od zawsze wiadomo, że zasada tolerancji jest kontrowersyjna i zmienna, co wskazuje na jej historyczność. Często wiąże się tolerancję z religią – tolerancja religijna.
Tylko, czy owa tolerancja i tak częste powoływanie się na nią nie wpędza nas w swoisty zamęt?

CDN

środa, 19 czerwca 2013

Przebaczenie to stopniowe uzdrowienie… Trochę refleksji.


Nie ma innego sposobu na oczyszczenie ran z trucizny niż przebaczenie.
Musisz przebaczyć tym, którzy cię zranili, nawet jeśli to, co zrobili, jest niewybaczalne. Przebaczysz nie dlatego, że zasługują na przebaczenie, ale dlatego, że nie chcesz cierpieć i ranić siebie ilekroć wspomnisz, jaką krzywdę ci wyrządzili.
Nie ma znaczenia, co ci zrobili, przebaczasz im, ponieważ nie chcesz już czuć się chory. Przebaczenie jest niezbędne dla twojego duchowego uzdrowienia. Przebaczasz, ponieważ współczujesz sobie. Przebaczenie jest aktem miłości samego siebie[1].
Streszcza się to w stwierdzeniu, jakie postawiłem w tytule: przebaczenie to stopniowe uzdrowienie. Stopniowe dlatego, ponieważ są w życiu momenty, w których musi nastąpić pewnego rodzaju katharsis. Przebaczenie jest jednym z takich momentów, takim katharsis. A potem zaczyna się długa żmudna droga przed siebie, ale szlak wydaje się łatwiejszy, bagaży jakby troszkę mniej, dobra karma wraca, jak to kiedyś gdzieś przeczytałem.
Od przebaczenia zaczyna się stopniowe pojednanie z sobą samym, z ludźmi i ze światem[2]. Trzeba się przyszykować na długi i mozolny proces, ale na pewno mniej szkodliwy, niż trucie się wypaczoną dumą, postawą „sobie-dam-radę”, poczuciem wiecznej krzywdy, odtrącenia i wynikającymi z tego niemocą i zagubieniem. Uświadamiam: istnieje coś takiego.
Zacznijmy od przebaczenia sobie. Dlaczego to jest takie ważne i co właściwie mamy sobie wybaczyć? Trudno jest przebaczyć innym, jeżeli nie przebaczyło się sobie. Dlatego warto zobaczyć, o co mamy do siebie pretensje, dlaczego ciągle jesteśmy z siebie niezadowoleni. Może poprzeczkę ideałów powiesiliśmy sobie tak wysoko, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jej przeskoczyć, co rodzi ciągłą frustrację? Może mieliśmy wielkie ambicje, z których nic nie wyszło? (…)A może w taki czy inny sposób skrzywdziliśmy innych? Teraz za to wszystko trzeba sobie przebaczyć[3]. Przebaczyć sobie, to zaakceptować indywidualizm, odmienność od reszty świata, zapędy do tego, by „być jak wszyscy” bez zamierzonych skutków i efektów. „Przepraszam za to, że nie jestem jak inni. Nie chcę taki być – chcę być sobą, ubogacanym przez tych, którym wierzę, którzy chcą dobrze dla mojego życia”.
Ale czy to takie ważne, skoro wszyscy lubimy trwać w odrętwieniu, marazmie, skoro lubimy szprycować się jakimś wyimaginowanym narkotykiem?
Może warto z tego wyjść? Wybaczyć przeszłość taką, jaka była, zamknąć to za sobą i iść dalej?
Od przebaczenia sobie niedługa droga do przebaczenia innym – tak po prostu.
Jest sporo czynników, które nam w tym przeszkadzają. Największym wrogiem przebaczenia ludziom jest osąd. (…)Osąd jest naszym prywatnym więzieniem, w którym trzymamy więźniów, czyli tych, którzy wobec nas zawinili. Jednych trzymamy tylko przez chwilę, innych przez lata, ale są i tacy, którzy mają dożywocie(…)[4].
Jakie symptomy przeszkadzają nam w takim razie w przebaczeniu drugiemu człowiekowi? Jacek Sierka wymienia ich pięć:
·         Odczuwanie bólu, z powodu tego, co mnie spotkało.
·         Rozpamiętywanie trudnych doświadczeń.
·         Oczekiwanie na karę dla tych, którzy wobec nas zawinili.
·         Unikanie ludzi, którym „przebaczyliśmy”.
·         Trzymanie ludzi w „pułapce przebaczenia”.[5]
Max Scheler powiedział: Kto żywi urazę, sam się zatruwa. Nieustanne żywienie urazy jest ciągłym niszczeniem samego siebie i rujnowaniem sobie życia. Sam przez to powiększam sobie rany już istniejące, co może powodować stany depresyjne i szukanie zemsty. Chińskie przysłowie poucza: Kto szuka zemsty, musi wykopać dwa groby. Rany niezagojone, otwarte ograniczają naszą wolność i bycie sobą na co dzień. Będąc zranionymi, ranimy też innych. Każda rana wymaga najpierw oczyszczenia, a później uzdrowienia. Niezbędne wydaje się uporządkowanie naszego wewnętrznego serca, ponieważ rzeczą mądrego jest porządkowanie. Dopiero wtedy można stawiać pierwszy krok na drodze do przebaczenia, rezygnując z zemsty, ale doświadczając jeszcze bólu o charakterze emocjonalnym. Przebaczenie potrzebuje czasu, nieraz wielu tygodni, miesięcy czy lat. Nie jest to wcale takie proste. Dopiero gdy nastąpi przebaczenie całościowe, powoli ustępuje cierpienie, a dzięki wytrwałej modlitwie rany zmieniają się w perły - powie św. Hildegarda z Bingen[6].
Tak… Przebaczyć drugiemu człowiekowi… Jesteśmy tylko ludźmi i niemożliwe, by istniał ktoś, kto przyjmuje z godnością i bez słowa sprzeciwu każdą ranę, najgorsze pomyje, ogólnodostępny syf w imię tego, by ktoś inny np. mógł się na nim wyżyć, sprowadzić go do poziomu poniżej zera, zabrać mu wszystko, dzięki czemu się wybija lub po prostu zawieść jego nadzieje, zaufanie, miłość… NIEMOŻLIWE, BY ISTNIAŁ KTOŚ TAKI.
Tak samo niemożliwe, by istniał człowiek tak ot wszystkim przebaczający na prawo i lewo. Paradoksalnie zapomina on wtedy o sobie, o tym, że poprzednikiem przebaczenia jest (i niestety musi być) uwolnienie wszelkich dostępnych, negatywnych emocji, związanych z daną sytuacją. Stricte od siebie dodałbym, że czasem trzeba się znaleźć na kompletnym dnie (to też jedno z negatywów), by potem tak zwyczajnie przebaczyć: wpierw sobie, potem innym.
Jest to proces stopniowego uzdrowienia, taki, do którego trzeba cierpliwości. Nie mamy po nim obowiązku powrotu do poprzednich rozdziałów życia i zaczynania wszystkiego od nowa(idziemy do przodu, a nie cofamy się). Lepiej tedy potraktować to, jako rozliczenie się z przeszłością, poszczególnym wydarzeniom/osobom nadać inną kategorię i „zarchiwizować”.
Co więcej można tu dodać… ? Chyba tylko tyle, że każdemu życzę takiego dnia-niespodzianki, który byłby iskrą, motywatorem do rozpoczęcia tego procesu… J

poniedziałek, 20 maja 2013

Znajdą się tacy...

Znajdą się tacy, którzy mogą  mnie za jakiś czas ukamienować za to, co teraz tu wyrażę, ale innego wyjścia nie mam... I tak przygotowuję się na to, że za niedługo mój czas tutaj się zakończy, a od dłuższego okresu mam taki pogląd, który z upływem lat krystalizuje się coraz bardziej. I doskonale wiem, że ty, czytelniku też o tym wiesz, ale niewykluczone, że kryjesz się z tym. Albo boisz się powiedzieć, bo zasadą i nakazem otumanionej masy jest stać w jednym szeregu, a kto wyjdzie przed niego i powie coś prawdziwego, szczerego, wiarygodnego i indywidualnego, to ginie na miejscu. W myśl stwierdzenia: "znaj miejsce śmiecia", śmieciu... Nie pozwól sobie na to. Dosyć.
Albo ja po prostu tego od ciebie nie usłyszałem...
Najpierw fakty. W nocy z soboty na niedzielę (chyba) 18/19 maj 2013 zginął w Oleśnicy w jednej z gorszych dzielnic młody chłopak. Został zasztyletowany. Śmierć na miejscu. Dwaj jego koledzy, pozostali z ranami kłutymi, dokonanymi przez agresora, pewnie też oleśniczanina. Być może w tej chwili jeszcze przebywają w szpitalu - tego nie wiem. Nie śmiej się ani nie krytykuj, przedstawiam to na tyle, na ile do mnie dotarło.
Wiek ofiary jest mi kompletnie nieznany, choć po analizie jego profilu na facebooku oceniłem go na max 20 lat. Mieliśmy kilku wspólnych znajomych ale nam samym nie było dane się zetknąć, więc jeśli mam być szczery, to osobiście niespecjalnie przeżyłem fakt jego śmierci... Bardziej jednak wczuwam się w sytuację ze względu na rodzinę, której składam serdeczne wyrazy współczucia (może kiedyś się spotkamy) i jego bliższym znajomym, może kilku osobom, które bardzo empatycznie podchodzą do tragedii. To nawet dobrze... Oleśnica huczy, chciałoby się powiedzieć...
A teraz przemyślenia. Ostrzegam przed petardą: sam przeciw wielości - mogą być ofiary po obu stronach(po mojej tylko jedna)...
Zasłyszałem wczoraj o organizowanym rzekomo w dniu pogrzebu chłopaka marszu pokoju przeciw takim sytuacjom, przeciw agresorom, przeciw patologiom. Hm... Problem jest złożony i sprowadza się do dwóch rozbieżnych dróg: państwo i nasza natura, wybory, mentalność... Zostawię to do własnej interpretacji.
To prawda. Agresorom won! Patologiom won! Leczyć to w cholerę, restrykcję wprowadzać, nim dojdzie do tragedii. Tym, którzy cierpią z tych powodów, pomóc, jak się da. Lustrować dzielnice, w których istnieje prawdopodobieństwo regularnego powtarzania się incydentów, nie tylko tego rodzaju. Lustrować inne dzielnice, by spokojny obywatel miał nienaruszoną przestrzeń życiową przez takich patafianów(nie ukrywam, mówię tu między innymi o sobie jako o w miarę spokojnym obywatelu)! Niech pierwszy kamień poleci za to, co teraz stwierdzę: za komuny od godz. 22 zwiększała się frekwencja milicji i miało to jakąś słuszność, podkreślam: JAKĄŚ. Był respekt, choć nadużycia były po obu stronach. Opieram się na opowieściach wiarygodnych i uczciwych ludzi, moich mentorów, którzy przeżyli tamten czas i teraz boli ich obecna kondycja, nazwijmy to "narodu". Nie było tylu rozrób, które dziś w dobie wolności są na porządku dziennym. Nie było tylu morderstw o byle gówno lub za jego brak(jeśli szukasz riposty, to nie powołuj się na przypadek ks. Popiełuszki i jemu podobnych - to jest inny temat) - dziś każdy jest wolny i wynika z tego, że zabójcy także mogą robić, co chcą... Mamy prawo. I to nie byle jakie prawo. Pokręcone prawo. Na tyle, że oprawcy są chronieni. To jest (między innymi) ta wolność, którą nam podarowano po 89 roku?? To jest ta wolność... ?
Inna kwestia. Sam marsz pokoju i jego idea. Niechby to było tylko ku pamięci chłopaka... Ale... Kurwa mać! Dlaczego impulsem do głosu ludzi, do chęci wprowadzenia zmian musi być tragedia!? Czy u nas brakuje przezorności, przewidywalności skutków i zakładania dalszych wydarzeń w aspekcie społecznym i jednostkowym? Chociaż trochę... Nie tak dawno, bo jakieś dwa, może trzy lata temu ciężko pobity został w Oleśnicy mężczyzna. Podobna okolica, podobna godzina, policji w tamtych stronach jak na lekarstwo, a powołana i pobłogosławiona straż miejska grzebie sobie w dupie. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie został zorganizowany podobny marsz, mogę się mylić. Generalnie chodzi o impuls, często chwilowy, potem powrót do codzienności i za jakiś czas powtórka z rozrywki. W pierwszej chwili inicjatywa skojarzyła mi się z pewnego rodzaju happeningiem, który i tak niewiele przyniesie, ale lepiej bym się pomylił. I wierzę, że się tutaj pomylę...Przepraszam co niektórych za te wyrażenia, ale sorry Winnetou, tak to niestety widzę...
Jeśli od pewnego czasu są regularne kontrole instalacji gazowej, będące następstwem nowych zasad wprowadzonych przez państwo, to może... Może... Szkoda, że te zasady także zostały wprowadzone po tragicznym wypadku kilka lat temu (wybuch gazu, prawdopodobnie jakieś ofiary...). Ciekawe... W tym kraju musi zginąć człowiek, dla odmiany ludzie, by ktoś u władzy się ocknął i coś zmienił(także w kwestii bezpieczeństwa). A tyle jest do zmiany (na czele z rządem). Czy potrzeba kolejnych ofiar?
Ostatnia kwestia. Sam w sobie ten marsz jest bezsensowny... Przeciw agresji, patologiom itp. A może gdyby był to marsz, połączony z rachunkiem naszych sumień? Ile procent agresji jest w każdym z nas? Ile procent patologii, niepoukładanego myślenia... Ile obłudy, dwulicowości? Jakie pokłady agresji możemy uwolnić po alkoholu, narkotykach i innych kuromysłach (choć też niekoniecznie)... ? Zamiast wystąpić przeciw komuś, to zastanówmy się najpierw nad sobą i nad naszą samokontrolą. Każdy, jak tu stoi, czy siedzi i piszący te słowa. Nie wierzę, żeby ktoś był krystalicznie czysty, a jeśli tak "to niech pierwszy rzuci kamieniem". Prawda boli najbardziej, kiedy dotyczy ona bezpośrednio nas samych, mordujemy wtedy jej krzewicieli. Gdy po pewnym czasie jednak się z nią zgadzamy - jej piewców już nie ma... Zapamiętaj: gdy prawda dochodzi ostatecznie do serca i wprowadza nowy styl życia, wtedy jej piewców już nie ma...
Wybacz ostrość tego tekstu, czytelniku. I tak jest o wiele łagodniejszy, niż planowałem... Tak jak wspomniałem: kiedyś mnie tu braknie i teraz, patrząc na te słowa wkurwionego dekadenta, możesz się zbulwersować. Ale minie czas i spojrzysz na trzeźwo(mnie już przy tym może nie być). Chyba, że teraz coś dostrzegłeś oprócz 1/10 wylanej przeze mnie goryczy... Jeśli usłyszę, przeczytam ripostę lub poczuję, jak uderza mnie kamień w głowę, to będzie znaczyć dla mnie, że kogoś ruszyło...
Wieczne odpoczywanie, racz Norbertowi dać, Panie [*]

środa, 1 maja 2013

Franciszek i reszta świata



Minął już ponad miesiąc od wyboru nowego papieża Franciszka na Stolicę Piotrową. I nie dzieje się nic konkretnego. Nie powstała żadna encyklika, żadna instrukcja, bo przecież na tym miała polegać „praca” papieża, jak to kiedyś usłyszałem. W sumie ten ktoś, kto tak stwierdził, wie lepiej, co powinien zrobić papież, jakie oczekiwania winien spełnić. Cóż… Franciszek chyba nie wie, co do niego należy. Ktoś z zewnątrz musi mu tłumaczyć jego zadania.
Takie mam odczucia, wynikające po części z szumu medialnego wokół jego postaci. I kwestii, jakie są do naprawienia i przekazania. Nie ukrywam – sam uważam, że trzeba to i owo poprawić, ale zostawię Następcy Piotrowemu wolność czynu. Wierze jednocześnie w miłą niespodziankę i zaskoczenie, a zarazem obalenie wszelkich wątpliwości, które wprowadzają media – CZASEM przychylne papieżowi.
Aczkolwiek sądzę też, że tej medialności jest trochę za dużo. Fakt, świat się rozwija, technika idzie naprzód, czego dowodem jest zdjęcie z Internetu, porównujące lata 2005 i 2013(wybory kolejno Benedykta XVI i Franciszka). Na jednej części zdjęcia przedstawiona jest masa ludzi i ich względny spokój, skupienie, cisza, a na drugiej ogromna ilość telefonów komórkowych, smartfonów i innych kuromysłów, (z funkcją nagrywania), skierowanych w stronę okna bazyliki św. Piotra. W podobny sposób zachowują się ludzie, filmujący artystę na koncercie albo słonia w cyrku, tańczącego na uszach. Ktoś powie, że to dobra zabawa, ale ja się pytam, co to jest?
Patrzymy i nic się nie dzieje. Gdyby „przełączyć się” na widzenie, to odbiór byłby zupełnie inny. Czasem tego przełącznika brak.
Nie umiem powiedzieć, jaki jest Franciszek(kard. Bergolgio), bo gościa nie znam. Powiesz: "człowiek z Kościoła i dla Kościoła", ale ja nie wiem do końca, kto to jest. Znikoma ilość informacji docierała do mnie o sytuacji tamtejszego Kościoła, nawet nie wiedziałem, że taki ktoś istnieje. Może to nawet lepiej, bo nie byłbym tak mile zaskoczony... 
I w sumie co bym nie powiedział, to będzie albo za mało albo za dużo, albo źle albo nazbyt dobrze.
1.        „Hi” , „Buenos Noches”, machanie ręką i koniec karnawału.
W przeciwieństwie do swych wielkich poprzedników w momencie wyboru na papieża, Franciszek z uśmiechem machał ręką do fanów i powiedział: „Hi”. Przynajmniej tak można rozczytać z pewnego internetowego mema, który wbrew pozorom zostawia pozytywną refleksję. Tak naprawdę papież powiedział wtedy zwyczajne „Buenos Noches” – Dobry Wieczór. Ubrany w papieskie minimum: białą tunikę, piuskę i krzyż, miał wcześniej zaproponować żartobliwie swojemu ceremoniarzowi, by sam założył sobie czerwoną pelerynę, bo karnawał się skończył. To prawda, skończył się karnawał. Skończyła się zabawa – mam nadzieję. Jest w tych słowach i wydarzeniach jakaś metafora i ja w to wierzę.
                Na pewno nie boję się stwierdzić, że papieżowi udało się zwrócić na siebie uwagę. W końcu jest to pożądana technika, gdy chodzi o PR czy jakiś „lewy” interes. Oczywiście obawiam się manipulacji, ale mamy taki świat, w którym nikt nie ułatwia wiary w człowieka i idee. Ja nie ufam niemal nikomu i nikt nie ufa mi (są wyjątki). Obieram jednak ten pozytywny wariant, w którym Franciszek tak naprawdę wychodzi od siebie i opiera się na trwałych fundamentach Chrystusowych. O ile pozdrowienie chrześcijańskie kieruje się do wybranej grupy ideologicznej, zjednoczonej w Chrystusie, to zwyczajne „dobry wieczór’ jednoczy cały świat i setki poglądów. Jest to pewna elastyczność, partyzantka ze strony papieża.
                Ja jestem uraczony skromnością we wszystkich wymiarach zachowania Franciszka, nazywanych innowacjami. To wszystko nie jest nowe, ale już kiedyś było. Jest zapomniane, a mówi o tym Biblia. Sam jestem zwolennikiem postaw, w których wyraża się na przykład brak przepychu, granice, jakie stawia sobie człowiek w posiadaniu(także ubóstwo, ale nie skrajne). Papieżowi owo zachowanie dyktuje fakt charyzmatu jezuickiego, w końcu był on zakonnikiem z zasadami i regułami. Moje postrzeganie i sympatię do takich zachowań warunkuje silne piętno duchowości kapucyńskiej, jaką chłonąłem przez lata, która to duchowość „przeczy” innym aspektom.
                Takimi zachowaniami papież będzie przeszkadzał reszcie świata, czy kapłanom, trwającym w wypaczonych przekonaniach. Ale karnawał nie może trwać wiecznie…
2.        „Kombinacje alpejskie”, by kogoś „obsmarować”, a nasza łatwowierność.
Wraz z wyborem nowego następcy Piotra pojawiły się MOMENTALNIE pierwsze próby podważenia jego wizerunku. Już na starcie znalazł się ktoś, kto z byle jakiego źródła wyciągnął „fakt” z historii papieża o jego współpracy z wojskową juntą w Argentynie i wydawaniu współbraci. Promotor tego „faktu” wdał się w dość ostrą dysputę z Szymonem Hołownią w studiu TVP, relacjonującym wydarzenia z Watykanu z tamtego dnia. Dziesiątki takich informacji znalazło się w Internecie. Jedną z nich wyłowił mój kolega i opatrzył ją ironicznym komentarzem o „kolejnym krystalicznym człowieku” u władzy, w roli nowego pasterza. To był ruch rażący na pierwszy raz kogoś, kto trzyma się pewnej dobrej idei i zasad. A ludzie – ateiści i antyklerykałowie- zawsze będą trzymać się takich niesprawdzonych nowinek, być może dla zapewnienia swojej postawy i by być jeszcze bardziej „anty”. Jest to możliwe do zrozumienia i uszanowania.
O dziwo po tej drugiej stronie (tak podejrzewam) znalazło się też multum ludzi tak łatwo wątpiących i szybko ufających byle jakim informacjom. Razem z panem Hołownią z chęcią powtórzyłbym słowa o weryfikacji i upewnieniu się co do sprawy. Nie zrobię tego jednak choćby dlatego, że sam początkowo „łyknąłem” ten niejasny fakt z życia papieża. Przyjąłem jednak postawę taką samą, jak wobec Benedykta XVI (po czasie co prawda): zneutralizowałem przeświadczenie o jego przeszłości i zastąpiłem tym, co widzę teraz. A widzę człowieka, który reprezentuje jakiś kodeks, któremu zależy na jakimś dobru i ma świadomość wykonania pewnych zadań na ile to możliwe. Ma to związek z rzekomą junta? Nie.
Zresztą, gdybając… Jeśli nawet ten fakt miał miejsce tak, jak było w przypadku Benedykta XVI i jego związku z Wermachtem, to zachowajmy powściągliwość. Dziś stoi człowiek, któremu wszystko zostało wybaczone, który miał jakiś przełom w życiu, dzięki czemu jest inną osobą. Gdyby to wszystko było prawdą, to zapewne zespoliłbym się z papieżem duchowo poprzez przypomnienie sobie swojej niechlubnej przeszłości wyzyskiwacza, manipulatora, wykorzystującego fakt słabości fizycznej do wizerunku cierpiętnika i innych prywatnych celów. To takie gdybanie…
Zawsze liczy się to, co teraz, a przeszłość, choć mająca znaczenie, zostaje odsunięta na bok…
3.        Medialność.
Przyznam szczerze, że momentami mam wrażenie o silnym parciu na media, jakie dokonuje papież.
Prawdopodobnie jest to mylne, bo dostrzegam z drugiej strony czepianie się przez media każdego momentu z życia papieża. A to, że nie opuścił Domu Świętej Marty, a to, że jeździ autobusem z kardynałami, a to, że podhaczył się o równą posadzkę podczas mszy świętej w bazylice. Jeszcze troszkę i byłby temu poświęcony cały serwis informacyjny – cóż, zrozumiałe, że ważna postać. Pamiętam, jak podczas pontyfikatu Jana Pawła II każda informacja na jego temat obiegała cały świat. Kwestię zamachu pomijam, bardziej odniósłbym się tu do sytuacji, w której poprzednik Franciszka i Benedykta poślizgnął się w łazience i stłukł sobie głowę. Z sarkazmem dodam, że brakowałoby jeszcze przytoczenia łazienkowym, czy posadzkowym wpadkom pewnej symboliki przez media. Moment. Stop.
                Rad jestem jednak z tego, że pomimo tego znaczna część mediów praktykuje zwracanie uwagi na to, CO i O CZYM mówi papież. Stawiają te dwie rzeczywistości obok siebie: to, jakie padły słowa od tego, o czym tak naprawdę traktują.
Być może mediom, wywodzącym się spoza pewnych kręgów myślowych przydałby się pewien zmysł moralno – teologiczno – duchowy , by móc odważnie i z rozsądkiem komentować (i krytykować, oczywiście z granicami) słowa Franciszka. Byłoby to na pohybel tym, którym papież wyraźnie przeszkadza.
Sądzę, że Następca Piotra wie, jak wykorzystać media i jak sprawić, by nie stały się one jego piętą achillesową. Oczywiście jestem pełen uznania dla papieskich słów (sądzę, że chwilami powielanych od poprzedników) o wolności mediów i o ich roli w walce o pełnowymiarową prawdę. Mam tylko nadzieję, że papież przejawia świadomość podziału także wśród mediów na część, która się sprzedała i część, która pozostała po tej właściwej stronie. Myślę, że niektóre sytuacje, zwracające uwagę na postać Nowego Piotra Naszych Czasów są prowokowane przez niego samego. Dbałość o PR? Gwiazdorzenie? Byłbym tu bliżej tego pierwszego określenia, choć też nie w 100%. Wszystko czemuś służy. Zachowania papieża, jak już wspominałem - niekonwencjonalne, już kiedyś zaistniały, ale świat o nich zapomniał. Papież chce, by go widziano w takich, a nie innych gestach; w takich, a nie innych okolicznościach, bo czasem zwykłe takie zachowanie, jako świadectwo wystarcza bardziej, niż tysiąc słów. A motywatorem takiego zachowania jest Ewangelia.
4.        Na ratunek upadłej Europie.
Jeśli elementami postępu (pozytywnego rozwoju cywilizacji) są przyzwolenia na bezkarność za krzywdzące dewiacje, zabójstwa w każdym tego słowa znaczeniu, korupcje, niszczenie godności, wszelakie wypaczenia wolności, manipulacje, wymieszanie mentalności i wiele innych, to ja jestem doktorem Burskim z Leśnej Góry. Nie cierpię(i chyba nie jestem w tym jedyny), gdy prawdziwy świat, jaki poznałem zawala mi się przed oczami, a jego miejsce, jako dominanta zajmują głupota, bylejakość i manipulacja. To nie jest po kolei - w Matriksie było na odwrót. Czego innego mnie uczono, na innym fundamencie zostałem wychowany i nie życzę sobie, by tego typu rzeczywistości na siłę wpychano w moją przestrzeń życiową, próbując wymusić jeszcze ich normę prawną, którą to pewnie mam przestrzegać pod groźbą sankcji. Niedoczekanie.
Bądźmy szczerzy – Europa podupadła dość poważnie, ale to chyba ludzie sami są sobie winni. Jedni zwalają na drugich, ale to my razem niesiemy ten ciężar. Ciężar własnej głupoty! Pokładamy pewnie nadzieję we Franciszku, w to, że posprząta ten cały syf w pojedynkę. Tak przynajmniej sądzę na podstawie tego, co do tej pory zaobserwowałem. A do nas należy trzymanie rąk w kieszeni, przyglądanie się i przyjście na gotowe?
4.1     Kościół ubogi i dla ubogich.
Naczelna idea pontyfikatu, dotycząca kościoła dla ubogich nie powinna być nikomu obca, a warto zauważyć, że pozostawia ona szerokie pole interpretacyjne. Na pewno chodzi o zwrot w stronę nisz społecznych, także przez restrykcje, jakie mogłyby być wprowadzone w niektórych strukturach instytucji kościelnej. O co zresztą najbardziej chodzi ludziom.
Ogólnie przyjęło się, że „pieniądz zbałamucił kler”. Przychyliłbym się do określenia, ale nie podejmowałbym się generalizowania, co zresztą jest naczelną cechą naszego narodu – znajdować wśród grup ludzi czarne owce i na podstawie ich zachowania podsumowywać negatywnie całość. Wiele kontrowersji krąży wokół tego hasła i jeszcze trochę czasu minie, nim zostanie ono w pełnym wymiarze zinterpretowane. Być może skrajne ubóstwo kościoła, jak ubóstwo zakonników w okresie średniowiecza w dzisiejszych czasach odbierane by było, jako coś chorego. Ja osobiście sugerowałbym zrezygnowanie z przesadyzmu (normalne, „ludzkie” środki komunikacji, a nie limuzyny, czy krążowniki – najlepiej autobus, niech za przykład służy sam Franciszek), powściągliwość (np. w strojeniu kościołów, WIĘCEJ PROSTOTY!). Jeśli chodzi o kościoły, to mam czasem wrażenie, że wchodzę do galerii sztuki na aukcję dzieł nowoczesnych, zamiast chwilę posiedzieć i się wyciszyć. I zgadzałbym się tu z mościm Cejrowskim – to mnie czasem wkurza.
Paradoksalnie jednak wierzę i wyrażam nadzieję na powściągliwość środowiska kapłańskiego, byleby tylko nie była ona udawana. Słuchałem ostatnio wypowiedzi, w których wytykało się niedorzeczności związane z ideą papieża. Chwilami miałem wrażenie, że towarzyszyły im emocje takie jak strach, szczególnie przed zmianą albo kompletne niezrozumienie. Przypominam tu o wieloznaczeniowości tego aspektu, podczas, kiedy wielu biskupów(nie chcę przytaczać nazwisk) wyjmuje tylko jeden, góra dwa wątki i bez większego zrozumienia próbuje je tłumaczyć, często stawiając kontry, jakby papież nie znał świata lub chciał go na siłę zmieniać. A według mnie to nie o świat chodzi, przynajmniej w pierwszej kolejności.
4.2     „Odbuduj mój Kościół…”
Chcesz cokolwiek zmienić na świecie, to zacznij od siebie. Choć to parafraza uniwersalnej maksymy, to często ją słyszałem nawet i w domu, co odcisnęło już swoiste piętno. Owa myśl jest kierowana do każdego człowieka, który trwa w ułudzie, że wszystko jest z nim i w nim jak należy. Prosto jest zmieniać wszystko wokoło – podobno. Rozczarowanie przychodzi, gdy nam kompletnie się to nie udaje. A to dlatego, że mało kto ma „przyjemność” stanąć z sobą twarzą w twarz i zacząć zmianę wpierw od siebie, by stać się świadectwem. Łatwiej jest widzieć zło gdzieś, a nie w sobie…
Kościół jest organizmem, na który składa się wiele członków. Podobnie, jak człowiek. W tej sytuacji porównanie do osoby, której trudno jest wszelkie zmiany zacząć wpierw od siebie, jest jak najbardziej trafne. Potrzebny jest tylko solidny impuls.
Impuls w postaci kogoś, kto przypomina o znaczeniu kościoła, jako:
- pielgrzyma i przewodnika w drodze
- opiekuna mniejszych
- wspólnoty, serwującej Dobrą Nowinę, a nie skrajnej instytucji.
Chodzi tu przede wszystkim o umniejszenie znaczenia instytucjonalności kościoła lub chociaż zmianę postrzegania, jako wyłącznie instytucji, korporacji, organizacji. Słyszy się często, że urzędnicze zachowanie w tym środowisku sięga zenitu. Prymat objęły terminy, dokumentacje, potwierdzenia, akty, norma, prawo (gdzieś tam się słyszy o opłatach i cennikach)… A jak prawo, to też dziury do wykorzystania, dzięki czemu można sobie pozwolić na korupcję i biurokrację. Niestety, ale o tym się mówi i to jest. Prosty przykład: afera Watileaks.
A przecież paradoksalnie z drugiej strony istnieją środowiska kościelne, trzymające się jakichś zasad normalności z naciskiem na pomoc człowiekowi i życie radami ewangelicznymi. Postawić warto pytanie: co kraj, rejon, to obyczaj? Dlaczego wszędzie tego nie ma? Dlaczego wszędzie nie jest jednakowo?
Może tak ma być?
Może wszystko zależy od ludzi, dzierżących w rękach jakiś urząd, prymat, a próbujących wypierać fakt tego, że są grzesznikami; nie zauważających w ogóle przerostu ambicji, zamkniętym w sobie „posągom”, gubiącym rzekomo właściwy kierunek, który obrali…
Odbudowanie Kościoła oznaczałoby tutaj przywrócenie miejsca tym, u których priorytetem jest przekazanie człowiekowi czegoś dobrego, którzy w pierwszej kolejności żyją Ewangelią i duchowymi potrzebami człowieka. A dzisiaj tacy ludzie są spychani gdzieś na bok, jeśli nie poddadzą się „zasadom” tam panującym… Dobrze by było zwracać uwagę i strofować tych, którzy idą do kapłaństwa, bo „nie mają pomysłu na siebie” albo „bez problemu się utrzymają i będą mieli zysk”. Twierdzi się, że dziś takie czarne owce przeważają, ale po raz kolejny skłonię się ku zasadniczej wadzie generalizowania na podstawie zaobserwowanych kilku przypadków.
Był już jeden Franciszek, który przypomniał właściwą drogę kościołowi w czasach jego zagubienia, zatracenia się w mentalnościach świata. Podobnie wygląda to dziś. Pozostaje jeszcze kwestia tego, jaki wkład w odbudowę będą mieli zwykli ludzie, bo przecież nie samym Franciszkiem żyje kościół.
4.3     Mowa prosta i kilka radykalnych postaw.
Faktem jest, że papież dotychczas nie napisał żadnego dokumentu kościelnego, podczas, kiedy jego poprzednicy w tym czasie przynajmniej nad tym pracowali. Przekorny Franek jednak „niestety” robi dobrze.
                Przecież mowa ma być prosta, jak najprostsza, odważna, pełna porównań do prostych problemów a zarazem występująca w roli propozycji… Ja osobiście za to pokochałem środowisko zakonne (np. kapucynów). Za słowo proste, „lajtowe” i szybko dające się zaabsorbować…
Transcendentnie immanentny  Trójjedyny Logos i Paradoks, a Bóg, to jest ta sama Osoba, a jednak ludzie wolą krócej, bo lepiej to do nich przemawia. Domeną nauki jest szukanie nowych pojęć, ale tylko lub przeważnie dla nauki samej w sobie, dla dalszych jej osiągnięć. A ludzie czekają wyłącznie na świadectwo, na zwykłe pokrzepienie, na porównania, na przykłady w jakimś stopniu zintegrowane z ich życiem. NA PROSTĄ MOWĘ.
Nie ma co się dziwić, gdy z ambony zamiast prostego i urzekającego kazania, płynie wykład z teologii i ludzie śpią albo patrzą mętnie i liczą żarówki na żyrandolach.
Jednym z fundamentów, na których stanął pontyfikat Franka jest Miłosierdzie, ale wraz z nim występuje też upomnienie braterskie. Nota bene upomnienie braterskie zawsze wynika z Miłosierdzia i zatroskania: „co ty wyprawiasz ze swoim życiem? Gdzieś ty do cholery zbłądził?”.
Dlatego papież neguje postawy środowisk lewicowych, podpuszczających homoseksualistów i innych „dziwnych” do wywalczenia większych praw i ochrony (na tym miejscu zboczeńcy mieliby prawne przyzwolenie na dokonywanie krzywd)… Tylko, że to nie jest dążenie do praw, ale nieumotywowana lub fałszywie motywowana chęć znalezienia się w sferze, która jest zarezerwowana wyłącznej grupie ludzi, obalenia pewnych schematów, fundamentów, których nie wolno ruszać oraz granic, których nie należy przekraczać. Doprowadzi to do całkowitego wyniszczenia. Każdy ma swoje ustalone miejsce i lepiej, by się go trzymał lub poruszał się w jego obrębie… Człowiek tego typu, jako jednostka jest akceptowalna i godna tego miłosierdzia, jeśli wie, że jej miejsce nie jest „po tej drugiej stronie”. Chciałoby się powiedzieć: „upomnienie braterskie żyjących i myślących inaczej(?)”… Zamierzam za jakiś czas rozszerzyć tą kwestię więc sugeruję się wstrzymać z bezsensownym linczem…
I może dlatego tak ogromne jest zdziwienie, gdy papież np. podczas liturgii Wielkiego Czwartku myje nogi dwóm kobietom. Albo jeszcze gorzej, gdy chce dopuścić z powrotem do komunii ludzi, będących niegdyś w sakramentalnym związku małżeńskim, a którzy się rozeszli. Przypominam, że fundamentem jest Miłosierdzie. Miłosierdzie kieruje papieżem. To ono kusi do łamania pewnych sztywnych schematów i daje o sobie świadectwo. To Miłosierdzie jest tym, za przyczyną czego dzieją się rzeczy niedorzeczne, nieprawdopodobne i pozornie niegodne na pierwszy rzut oka. To tylko Miłosierdzie. To samo Miłosierdzie kierowało Chrystusem, co tak oburzało faryzeuszy, oszustów, dwulicowców… Pewne symbole lubią się powtarzać.
Oby tylko Franciszka nie uraczyła gościną naiwność, szczególnie, gdy co niektórzy będą tego Miłosierdzia próbować nadużywać.
5.        Zakończenie
Jakiś czas temu zaczął się pontyfikat, wobec którego wielu zagubionych w mentalnościach kościoła i świata ludzi, wyraża nadzieję, że go choć odrobinę odmieni. Zaczynając od źródła, czyli od Kościoła. Papież na start prosił świat o modlitwę.
I to już jest znak, by nie być biernym, nie przyglądać się wyłącznie papieżowi i nie zaśmiewać się, gdy się potknie albo klepać po plecach, kiedy powie coś, co mi pasuje. Bo tak zapewne w tej chwili myśli spora część z nas, także tych mających się za… Pozwolę sobie nie dokańczać – adresaci wiedzą, że to do nich.
Pożyczyłbym Frankowi zdrowia i cierpliwości dla tej reszty świata. I choć mam do niego dystans, jako do człowieka i Następcy Piotra, to na pewno o wiele mniejszy, niż do Benedykta XVI u początku. A może naprawdę ideologicznie jest mi bliżej do środowisk zakonnych, niż do takich tradycyjnych i zwykłych kapłańskich. Stąd też duże pokrzepienie myślą, że Kościół, kiedy jest w kryzysie, gdy dzieje się coś z nim źle, kieruje się po pomoc do zakonników, aby przypomnieli mu o Jego miejscu.
To nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli my się w to nie włączymy…