sobota, 18 października 2014

po latach



Kiedy byłem trochę mniejszy, niż teraz, to miałem marzenie, by zostać bandytą, pedofilem, złodziejem i pijakiem w jednym. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego, ale dostrzegałem w tym pragnieniu jakiś ubogacający ideał. Na pewno chciałem przez tego rodzaju służbę być blisko ludzi.
            Myślisz, że zwariowałem. Nie. Po prostu, kiedy miałem te 12 lat i służyłem do ołtarza, jako ministrant, to rozbudziło się we mnie pragnienie bycia księdzem.
Ponownie myślisz, że zwariowałem. Znów pudło. W tamtych latach to w naszym środowisku była to dość częsta tendencja, choć zwykle krótkotrwała. Dużo osób z grupy czuło ogromne przywiązanie do atmosfery i funkcji w tej „rodzinie”. Z kolei z tej ilości co najmniej jedna osoba odczuwała ten związek w sposób szczególny.
A, że synonimami zwrotu „ksiądz” są dziś słowa: „pedofil”, „złodziej”, „zbrodniarz”, „bandyta”… i wiele innych, to powyżej postanowiłem się nimi przewrotnie posłużyć. Jakie to ma znaczenie? Dla mnie ważne, bo to moje wspomnienia – tamte czasy. To dobre wspomnienia i czas osobistej podróży, z której chciałem zdać relację. I denerwują mnie niejednokrotnie nieprzemyślane do końca ataki na to środowisko, świadczące raczej o atakujących, niż o poszkodowanych/atakowanych. Lub winnych…
            Nie mam zamiaru tu na nikogo nacierać ani bronić. Postawię na własne świadectwo. Zacznę od tego, że chyba jestem typowym Polakiem: zawistnym, dwulicowym hipokrytą a z drugiej strony przesadnym idealistą, uzurpującym jak najwięcej przestrzeni dla mojego „JA”. Teoretycznie te cechy powinny dyskwalifikować realizację moich dziecinnych marzeń o byciu księdzem, ale praktyka pokazało co innego. A może to normalna rzecz dla dzieciaka w wieku tych kilkunastu lat. Na pewno sporo było w tych czasach popisywania się i oszukiwania, a z drugiej strony ważnej nauki. Okłamywałem innych i siebie (wtedy jeszcze nie miałem tej świadomości, bo przecież „jestem JA”), by potem w wyniku różnych przewrotów stopniowo „bastować”, mówiąc kolokwialnie.
            Sporo było tych przewrotów. Mógłbym tu wymienić na pewno dojrzewanie, relacje (szczególnie wobec dziewczyn i kobiet – tu bywało bardzo różnie), zetknięcie się z różnymi osobami, motywującymi do tego, bym był lepszym człowiekiem, a i z tymi, którzy swym stylem życia skutecznie mnie powstrzymywali (myślę tu szczególnie o księżach, dających co najmniej wątpliwy przykład życia). Kontakt z tymi ostatnimi nie był przymusem, bowiem często wystarczyła sama obserwacja.
            Różne osoby pod wieloma względami zapadały mi w pamięć. Ksiądz Romek podczas odwiedzin duszpasterskich poniżył mnie w domu przy rodzicach, twierdząc, że „opuściłem się” w chodzeniu do kościoła. Chwilę potem wpadł niespodziewanie ksiądz Piotrek i kulturalnie „zjechał” księdza Romka, podnosząc mnie jednocześnie na duchu. Jakiś czas później wespół z księdzem Markiem „daliśmy” (w zasadzie to ksiądz Marek udzielał) ślub wielu parom. Tak… Ksiądz Marek to był człowiek, jakich mało: szczery i uczciwy, z krwi i kości. Niedługo potem wybitne zainteresowania ks. Seby, kierowane w stronę młodych dam stopniowo gasiły mojego idealistycznego ducha. Mimo to miałem dwóch dobrych przyjaciół mojej rodziny: ks. Tadzia i ks. Krzyśka, którzy (być może przez wzgląd na mojego ś.p. dziadka i jakieś jego nadzieje, pokładane we mnie) sprawowali nade mną pewnego rodzaju duchową opiekę. Podupadałem mimo to, zacząłem się gubić – nie tylko w tej sferze. Nawet wtedy, gdy z pomocą przyszli mi bracia kapucyni. Szczególnie wspominam tu braci Marcina i Radara.
            Był czas, kiedy starałem się uciec od kościoła. Tłumaczyłem to tym, że widziałem za dużo złego, a i także w mediach było pokazane to, co złe („prawdziwe”). Głośne sprawy molestowań, dokonywanych przez pewnego gdańskiego biskupa, malwersacje finansowe pochodnych mu postaci, treści „Faktów i Mitów”, przepych i bogactwo, antypatia do kościoła, będąca efektem stereotypowego patrzenia np. pod kątem inkwizycji i kwestii majątkowych. A kiedy zdarzało mi się mimo tego być na mszy (zawsze się gdzieś tam przymusiłem, by z łaski iść), to odczuwałem wstręt, duchotę. Wychodziłem i już nie wracałem. Jednakże mimo tych złych aspektów, krążyły mi po głowie słowa jednego z braci kapucynów: „przepraszam”…
            „Przepraszam za księży. Przepraszam za kościół”. Ten brat zostawił mi po sobie słowa, które długo huczały mi w głowie. Pierwsze, co pomyślałem, to to, iż może moje oczekiwania są do spełnienia? Jeśli tak, to jakie? A może…
            Może pierwej trzeba było oczyścić się ze wszystkich kwasów i „sformatować” – zacząć od zera?  Być może dzięki temu udało mi się spojrzeć na to wszystko od nowa, bez emocji, na chłodno, bardziej… przestrzennie.
            Być może dzięki temu wróciłem, aczkolwiek nie jestem stuprocentowym praktykiem. Wróciłem na pewno mentalnie i duchowo, a cieleśnie… różnie bywa. Jednak według konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen Gentium” i wskazanych tam kryteriów przynależności do Ludu Bożego uważam, że spokojnie mieszczę się w granicach[1].
            Wróciłem, bo mam tu wspomnienia, szczególnie te dobre; bo czuję się tu, jak w domu, który zawsze nim będzie – nawet, gdy jest źle w jego wnętrzu. Wróciłem, bo nabrałem odwagi do obiektywnego patrzenia (z lekką dozą subiektywizmu) na pewne niuanse: na to, co dobre i to, co złe – obie kwestie weryfikując po równo. Wróciłem, bo jestem człowiekiem przywiązanym bądź co bądź do tamtego świata i miałem już dosyć błąkania się jak bezpański pies. I żeby nie było – czuję się wolny.
            Wciąż wiem i wierzę, że ponad nami jest tajemniczy Projektant, który trzyma nad tym wszystkim „łapę”, a to, co się dzieje zmierza ku jakiemuś konkretnemu celowi. Tutaj z mojej strony nie ma co zakładać, nie ma co dociekać, jaki to cel, bo to może zgubić. Ale pokładanie ufności w tym Projektancie, myślenie o Nim, świadomość Jego obecności pomaga w zniesieniu zła w ludziach i cieszyć się mimo tego. Pomaga to w przyjęciu ich dziwnych mentalności i zachęcaniu do pracy nad sobą, a także w oddzielaniu od siebie dobrych i złych. A, że dobre świadectwa ludzkie są coraz rzadsze, to wydaje mi się, że nie są one już aż tak potrzebne. Wystarczysz ty…
            Kościół to Boży zamysł, zrealizowany na różnych płaszczyznach, natomiast ludzie… Ludzie są bardzo różni. Łatwo jest krytykować Kościół pod kątem ludzi. Jeszcze łatwiej jest z niego uciekać po spotkaniu z antyświadectwami czy negatywnymi postawami. Owszem, wszystkiemu są winni źli ludzie, ale dodatkowo myślę, że tego typu ucieczki świadczą o tchórzostwie tych, którzy mają lub mieli z tego rodzaju złem styczność, którzy się wyrzekają i nie przyznają się do swych korzeni we wspólnocie Kościoła. Ze złem(jeśli się ujawni) należy walczyć – nawet tu w środku, w domu – w Kościele. Nie ucieka się od niego, bo wtedy otrzymuje ono przyzwolenie na dalsze działanie. A najgorsze jest przymknąć oczy i udawać, że wszystko jest w porządku.
Ja też kiedyś stchórzyłem i dziś sądzę, że popełniłem błąd.
Bycie tu, wewnątrz- w tym wielkim paradoksie, będącym ŚWIĘTYM KOŚCIOŁEM GRZESZNYCH LUDZI to wyzwanie. Może kiedyś, gdy wiele informacji było zatajonych, to takie trwanie było łatwiejsze. Dziś mówi się o wszystkim i pod każdym kątem. Niejednokrotnie informacje są przemilczane, manipulowane, fałszywe, ale są też te prawdziwe, zatajane niegdyś przez tego(to), kogo(czego) dotyczą. A nasza zatwardziałość, bezsensowny gniew, obojętność itp. nie pozwala nam na to trzeźwo spojrzeć ( i chyba przez to m.in. jesteśmy tak skłóceni i podzieleni) ani nikomu uwierzyć. Nie pozwala to przede wszystkim przebaczyć.
            To prawda. Pewnie są problemy homoseksualne u księży w kościele, za które i mi jest wstyd. Są jednostki wśród kleru i biskupstwa „łase” na kasę i bogactwo – to też prawda. Są jednostki fanatyczne wśród ludzi świeckich, które popadają w skrajności, będące często ofensywne w stosunku do innych. Są jednostki, które dopuszczają się gwałtów, a potem manipulują opinią publiczną, by się oczyścić z winy oraz obarczyć nią ofiary. Dodam, że to przecież DZIEJE SIĘ WSZĘDZIE, a nie tylko w tym środowisku.
Ale pomiędzy nimi są tacy, którzy oddali całych siebie, by, będąc kapłanami, trwać przy ludziach mentalnie oraz zapraszać i prowadzić ich do Boga. Oni są moimi przyjaciółmi i nie mówią nic. Przyjmują TWÓJ atak, w którym ty wrzucasz wszystko do jednego worka z szambem. Przyjmują go bez słowa. Mimo braku win po swojej stronie czują się współodpowiedzialni i jest im wstyd. Pokutują za „czarne owce” w swoim stadzie. Czy o to nam chodzi? Czy ty masz na to wzgląd? Czy to nie jest płytkie działanie z Twej strony?
            A jacy my jesteśmy? Czy jesteśmy inni? Nieskazitelni? A jaki ja jestem?
Jeśli trzeba, to podobnie, jak ten wielki brat kapucyn zachował się wobec mnie, tak ja zachowam się wobec Ciebie. Przepraszam Cię więc za ten kościół i za takich księży. Przepraszam za gwałty, o których się mówi(także za te, o których się nie mówi i za te, stworzone na potrzeby podtrzymania klimatu nagonki), za „odjechane” samochody, pychę, materializm. Przepraszam za… No właśnie. Przeprosiny są często domeną tych, którym na czymś zależy.
Mogę Cię zapewnić, że mam wiarę, ale nie jestem ślepy ani też naiwny (taką mam nadzieję). Kiedy o czymś słyszę lub czytam, to po weryfikacji informacji rachunek jest prosty: albo mi się to podoba albo nie. Jest jeszcze opcja środkowa, w której można trwać jakiś czas, ale potem, niestety, trzeba wybrać. Na wynik tego rachunku trzeba czasem bardzo długo poczekać, przestudiować wszystkie argumenty, by mógł on być prawdziwy.
Popieram papieża Franciszka, który powoli dąży do redukcji „dóbr” kapłańskich i biskupich. Popieram dążenia do współpracy kanonicznego i świeckiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii sądzenia UDOWODNIONYCH przestępstw biskupów i księży np. w sprawie pedofilii. Tym samym popieram surowsze kary dla wszystkich tego rodzaju przestępców z różnych środowisk. Popieram jeszcze wiele innych rewolucji i potencjalnych zmian (jednak nie wszystkich), o których trudno mówić, bo propozycji jest dużo. W ostatnim czasie wspieram dyskusję (podkreślam: DYSKUSJĘ) nad problemem komunii dla rozwiedzionych. I tu uwaga: jest kilka życiowych sytuacji, w których szala mojego wsparcia przechyla się na korzyść rozwodników, ale z zachowaniem pewnego rodzaju powściągliwości. Ojciec Knabit powiedział mi tu do słuchu w kilku zdaniach[2]. Może jeszcze kiedyś uda mi się do tego wrócić i rozwinąć kwestię.
Bóg jest Miłością, ale to człowiek rozmienił Go na drobne, stworzył doktrynę i niechcący pogmatwał tak banalną sprawę. Bóg jest Miłością, ale to człowiek poprzez swoje wybory popełnia dość często błędy. Dlatego mamy to, co mamy.
Zachęcam do mówienia o tych sprawach, ale bez zawziętości i nienawiści. Zachęcam do podchodzenia do nich z dystansem, a nie popadania w skrajności: atak lub ucieczka. Przestrzegam przed generalizowaniem, bo razem ze wszystkimi śmieciami wrzucamy nieopatrznie do wora coś dobrego, przydatnego i naprawdę wartościowego.
Nie wiem tylko, co ty zrobisz z tym słowem… Nie wiem, czy chcę to wiedzieć… Zebrałem tu moje doświadczenia i myśli ostatnich wielu lat (i może jeszcze dalej). Jedynie to jest pewne – jak na razie tylko dla mnie. Czy dla ciebie także?
           
           


[1] Konstytucja dogmatyczana o Kościele „Lumen Gentium” (KK 13 – 16) w: http://archidiecezja.lodz.pl/pliki/sobor/kk2.html  sugeruję zajrzeć.
[2] http://wpolityce.pl/lifestyle/216888-ojciec-leon-ucina-spekulacje-lewicowych-mediow

wtorek, 27 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie... cz.3


a.       Homoseksualizm/ideologia gender, a tolerancja
Zacznijmy od aspektu  najbardziej drażliwego, dotyczącego relacji międzyludzkich, związków małżeńskich, związków partnerskich i uzurpowaniem sobie prawa do określenia „rodzina”. Jest to temat dość szeroki, ale spróbuję go w miarę streścić. Spróbuję…
Ideologia gender i homoseksualizm. Obydwu pojęć definiować i bliżej określać nie trzeba. Ogólny dostęp do informacji na ten temat jest bardzo duży i szeroki, tym bardziej, że od dłuższego czasu co niektórzy zdają się przekonywać, iż mieliśmy i mamy nadal do czynienia z tym na co dzień.
Posłużyłbym się tą myślą, jako pewnego rodzaju punktem wyjścia do osądu, jaki ostatnio podjąłem. Mianowicie.
„Nie od dziś wiadomo nam o homoseksualizmie i ideologii gender, dotyczącej płci społecznej” – tego typu zdania czasem słyszą, czytam w różnych wypowiedziach. To prawda – istniało to od zawsze, ale trwało gdzieś w cieniu, głośno się o tym nie mówiło, lecz istniała świadomość, że obok nas mogą byś sąsiedzi – homoseksualiści. Chciałoby się powiedzieć, że tak było lepiej. Żyło się normalnie.
„Kłopoty” zaczęły się od stopniowego ujawniania się ze swoją orientacją pewnych postaci, znanych w mediach, które na co dzień oglądaliśmy. Choćby niejaki pan Jacyków(dodam, że nie mam żadnych powodów, by gościa trawić, ale – o dziwo- nie odczuwam też takich, przez które pałałbym do niego sympatią). Te osoby, niczym pasterze swego ludu, pociągnęli za sobą resztę wybranych, których jest całkiem dużo. Nagle wyłonił się element zoofilii, pedofili, gejów, lesbijek, transseksualistów, którzy zaczęli żądać swojego miejsca między ludźmi, tolerancji i praw. Odtąd trwają marsze niepodległościowe szmat, wyżej wymienionych i innych kuromysłów(obserwacje i zasłyszenie o rozmaitych prowokacjach i nadużyciach zmuszają do odpowiedniego słownictwa)... Chwila, moment.
Skromna sugestia. Gdyby nie medialność wymienionych postaci, gdyby nie przekazywanie przez media coraz większej ilości informacji o ujawnianiu się nowych homoseksualnych „autorytetów”(dodawszy, że media nie są do końca szczere i lubią dodawać rzeczy wyssane z palca, a ludzka naiwność robi swoje),  gdyby nie wymysły co niektórych z nich, mające na celu podważenie podstawowych wartości(legalizacja związków, małżeństwa homoseksualne)…. Gdyby w ogóle nie mówiło się o homoseksualistach i nie dopuszczało się świadomości o istnieniu tej „choroby”[1], to by było wszystko w porządku.
Skąd rzekoma homofobia, skąd nienawiść, pogarda w tamtą stronę?
Sprawa jest teoretycznie złożona, ale wbrew temu pozorowi łatwo da się ją zrozumieć. A przynajmniej ja stanowczo uważam, że:
·         Często do mediów zaprasza się autorytety, są oni specjalistami w jakiejś dziedzinie. Autorytety, nieważne, z jakiego są środowiska, mają to do siebie, że ich wypowiedzi(czasem też wizerunki) budzą skrajne emocje i uruchamiają lawinę paradoksalnych zachowań, w których część odbiorców do słów się przychyla (a nawet przyjmuje postawę myślenia autorytetu), a część zachowuje powściągliwość lub przyjmuje postawę wrogą wobec takiej osoby. Bo w końcu czyjaś wypowiedź może naruszyć u kogoś uczucia i emocje, które dla osoby są pewną sferą sacrum, prawda? To czasem nie zależy od tego, który się wypowiada ani od odbiorcy – to się po prostu dzieje.
·         Rzecz kolejna. Homofobia to skrajność, której definicja jest nam znana. Dodałbym, że to pewnego rodzaju reakcja na przesyt medialnych informacji o wszystkim, co się dzieje wokół homoseksualistów. Nadmiar informacji może wywołać takie reakcje. Media serwują dawkę odurzających wiadomości o różnych dziwnych marszach(budując wokół nich własną fabułę), traktując to, jak jedną z centralnych informacji dnia. Jeszcze, gdy do tego marszu włączy się jakieś przeciwne ugrupowanie i zacznie prać wszystkich po pysku, to jest naprawdę atrakcyjnie. A środowiska homoseksualne i inne panoszą się, jak trzeba, wykorzystując to wszystko na swój użytek, np. poprzez walkę o takie same prawa(do rodziny, małżeństwa).... Odwraca się PRZEWAŻNIE tendencję i nietolerancję wciska się w usta i czyny nazwijmy to: heteroseksualnych(coś za dużo tu tego seksu). Ja np. nie cierpię pokazówki i prowokacji (pokaz czułości męskiej przed kamerami dziennika).
·         Dalej. „I wszystko byłoby dobrze, gdyby homosie siedzieli cicho i zostawili to dla siebie”. W ogromnym stopniu się do tego przychylam. Wszystko byłoby dobrze, gdyby te środowiska nie dopuszczały się nadużyć i prowokacji wobec normalnych rodzin w formie walki o prawa do małżeństwa i wychowywanie dziecka. Wiemy, kim jest surogatka… Dla takiej pary homoseksualnej ktoś taki jest jak znalazł.
Niestety, drodzy homo-  … Wierzyłbym, że zyskalibyście choć połowiczną tolerancję społeczeństwa, zdając sobie sprawę z ograniczeń, jakie są wam narzucone na tej wybranej drodze(wybranej i zaakceptowanej, kiedy nie ma żadnych środków, aby z niej wycofać). Nie muszę mówić, jakie to są ograniczenia i sfery, w które nie wolno wam się mieszać(prawo do pojęcia rodziny i małżeństwa). To po prostu nie jest dla was!!!!! Przecież każdy ma prawo, ale i absolutny zakaz! Przynajmniej każdy powinien zdawać sobie z tego sprawę…
·         Zapamiętam zdanie, którym koleżanka z wrocławskiej wspólnoty Ichtis skomentowała którąś z kolei paradę równości: „człowiek jest mimo wszystko człowiekiem i chcę go traktować z miłością, nawet, jeśli jest on innej orientacji”(paraf.). Niestety jestem jednostką i przez pryzmat tej miłości uczę się człowieka. I na tej kanwie sądzę, iż:
v  Kochać warto i tolerować człowieka innej orientacji.
v  Da się to jednak w pełni zrobić tylko wtedy, gdy my zachowujemy dystans do jego osoby i zachowania. Należy tu oddzielać sfery jego człowieczeństwa, które są nam bliskie od tych, które budzą wstręt i kierować się tymi dobrymi
v  Zobowiązani jesteśmy reagować w obronie swoich wartości i praw, gdy taki człowiek nam je narusza (szczególnie gdy się to tyczy rodziny). Jest to forma upomnienia braterskiego, która ściśle związana jest z miłością (tak, jestem przeżytkiem myślenia katolickiego, które już dawno wymiera, jak to ktoś stwierdził).
v  Trzeba uświadamiać mu minusy i złe aspekty wybranej przez niego drogi, jednocześnie nastawiając się na akceptację, gdy taki w stu procentach się upiera przy swoim. „Myśl sobie, co chcesz, ale jeszcze zobaczysz…”( dziadek Józef).
v  Myślę, że za jakiś czas przyjdą mi tu jeszcze jakieś przemyślenia.
Czasem sobie myślę, że los, tudzież Bóg, postawił ten czas walki z tym wszystkim, postawił ludzi innej orientacji, by człowiek zastanowił się nad sobą, swoją miłością, by go wystawić na próbę. Postawił to wszystko rodzinom, by wiedziały lepiej, jak wychowywać swoje dzieci, nie dopuszczać się nadużyć, błędów wychowawczych, patologii. Może to taki prztyczek w nos, by co niektórzy się opamiętali… Co nie zmienia faktu, że nie można dopuścić do wywrócenia pewnego porządku do góry nogami. Tolerować, ale nie wszystko. Akceptować, ale nie bezgranicznie. Niech nikt tu tego nie wymusza. To, co jest przywilejem jednych albo ich prawem, niestety zazwyczaj z różnych względów nie jest prawem innych. Będąc jednostką, organizmem wiem o tym dobrze i znam te granice. Może wypadałoby, żeby te środowiska też je poznały? Wtedy żyłoby się nieco lepiej… Tak sądzę.

CDN



[1] Niech już będzie - jestem „staroświecki”, to prawda, ale zawsze to będzie dla mnie choroba. Możliwe do zaakceptowania byłoby to tylko wtedy, gdyby nie byłoby już żadnego sposobu na odratowanie takiego człowieka. Trudna byłaby to akceptacja, ale możliwa do realizacji.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie cz.2


2.      Tolerancja, a rozmaitość światów.
Tolerancja jest pojęciem dyskusyjnym i elastycznym. Jak w prawie, gdzie są jasno ustalone zasady, gdzie wiadomo, co jest czarne, a co białe; elastyczność polega tu na tym, że tolerancję ustosunkować trzeba (NIE DOSTOSOWAĆ!!) do środowiska, ale… i tu uwaga: zachowawszy granice. To niby takie proste i banalne, ale w realizacji bardzo trudne. Poruszyłem część aspektów, w których warto rozważyć kwestię tolerancji, otwarcia się, akceptacji itp. Warto pamiętać, że tolerancja sama w sobie nie jest jednolita, ale musi się ona rozkładać na darującego i odbiorcę(pozwoliłem sobie tak określić dwie jednostki społeczne: tego, kto toleruje, akceptuje – darujący oraz tego, kto przyjmuje – odbiorca) w myśl szeroko pojętej równości. Zasada: 1. odbiorca nie może wymagać więcej, niż to, co jest mu dawane we właściwej dla darującego ilości. 2. darujący nie może w geście swojej ofiarności przekroczyć granicy, za którą istnieje możliwość zagubienia, zatracenia – także własnej tożsamości; darujący nie może dać się wciągnąć we wszystkie wymogi odbiorcy.
W zasadzie to w tej idei powinienem zamknąć rozważanie i nie ciągnąć dalej tematu. Wszystko jest jasne. Jednak podam kilka przypadków łamania tych zasad, nadużywania tolerancji, pewnego swoistego zagubienia (przez niewłaściwy ruch). Zasady te niby winny być stosowane w każdej ideologii, w każdym środowisku (dla każdego wyrażone w odpowiednim języku i dostosowane do zmiennych sytuacji), ale…


CDN

czwartek, 22 sierpnia 2013

Wokół tolerancji lekkie zamieszanie cz. 1


1.       Wstęp – definicja tolerancji.
Popatrz i uświadom sobie, jaki dziwny masz wokół siebie świat, parafrazując fragment sztandarowego utworu Czesława Niemena. Nie ma nic za darmo, każdy czegoś chce, każdy czegoś wymaga, potrzebuje. Każdy ma jakiś cel. Zdarzy się taki, który dąży do niego po trupach, wywróci wszystko do góry nogami, byle go osiągnąć. Egoista cholerny… Światłych umysłów, mówiących o tym, co widzą, jest mało – każdemu z nich odcina się głowę i wpycha z powrotem do szeregu marionetek, nie mających większych szans na oddech innym powietrzem. O takich często się mówi, że jątrzą i szerzą herezje. Gdzieś o tym już czytałem…
Bo widzisz…  Mieszają się wartości – nie mam pojęcia, dlaczego. Ich znaczenie stało się takie… użytkowe. Chciałbym tu położyć nacisk na tolerancję, póki co.
Historia mówi całą prawdę. Każda z wartości (głównie tych pozytywnych) to był ETOS, będący autorstwem każdego z ludzkich serc. Tym się żyło, tym się kierowało, liczył się człowiek.
Historia mówi całą prawdę. Teraz każda z wartości jest zepchnięta gdzieś w głąb, a górę wzięły pojęcia przeciwne albo pozornie dobre, noszące płaszcz i parasol nad prawdziwym swym znaczeniem. I stwierdził człowiek, że to jest dobre, bo wiele na tym zyskuje…
To taki ogólny wywód wprowadzający w temat. „Wokół tolerancji lekkie zamieszanie…” To określenie „zamieszanie” ma tu kluczowy sens, ponieważ daje się niestety zauważyć, że mając do czynienia z jakąkolwiek wartością i próbą jej określenia przez nam współczesnych, to… no właśnie… mamy małe zamieszanie. Czyżby ludzie rzeczywiście dostrzegali paradoksy rzeczywistości? Czyżby na tej kanwie dochodzili do wniosku, że bez sensu jest akceptować taki stan rzeczy, a wybierać to, co nam pasuje i co można wykorzystać na swój użytek?
A może po prostu człowiek sam zaczyna wywracać podstawowe pojęcie do góry nogami?
Jak to wygląda w przypadku tolerancji?
Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. W sensie najbardziej ogólnym oznacza on postawę wykluczającą dyskryminację ludzi, których sposób postępowania oraz przynależność do danej grupy społecznej może podlegać dezaprobacie przez innych pozostających w większości społeczeństwa. W okresie reformacji pojęcie to było stosowane w odniesieniu do mniejszości religijnych. Obecnie termin ten obejmuje również tolerancję różnych orientacji seksualnych oraz odmiennych światopoglądów[1].
Tolerancja to także otwarte, obiektywne i szanujące podejście wobec odmiennych od własnych postaw, zachowań i cech drugiego człowieka[2].
Od zawsze wiadomo, że zasada tolerancji jest kontrowersyjna i zmienna, co wskazuje na jej historyczność. Często wiąże się tolerancję z religią – tolerancja religijna.
Tylko, czy owa tolerancja i tak częste powoływanie się na nią nie wpędza nas w swoisty zamęt?

CDN