wtorek, 11 listopada 2014

Dwa w jednym. Rozprawka o osobowości insidera i outsidera na podstawie artykułu Krzysztofa Mudynia i kilku innych źródeł.



Człowiek jest ciekawą istotą, noszącą w sobie znamiona paradoksu. Polega to na tym, że z jednej strony często ów człowiek potrzebuje odosobnienia, a z drugiej jest stworzeniem stadnym – nie może zbyt długo przeżyć bez drugiego człowieka. Tego paradoksu się nie pozbędziemy, on zawsze będzie nam towarzyszył, ale możemy się nauczyć go kontrolować poprzez dozowanie sobie racji samotności oraz bycia w tzw: „ludzkim stadzie”. Bo bycie z drugim człowiekiem w formie zwyczajnego związku mężczyzny i kobiety (innego rodzaju związku w mojej przestrzeni życiowej nie uznaję) z możliwością ewolucji w małżeństwo to jeszcze inna kategoria.
Elementem takiego bycia w stadzie ludzi jest komunikacja międzyludzka – dziedzina, z którą często miewam problem, bowiem brylowałem raczej w sferze tej pierwszej kategorii: odosobnienia. Podobno ze względu na „nietuzinkowe” podejście mogę to śmiało podciągnąć pod bycie outsiderem. Aczkolwiek czy aby na pewno?
Taki outsider to w ogólnym pojęciu wyrzutek, ktoś zbyt oryginalny by być między ludźmi, zepchnięty do sfery zwierzęcia, ktoś, kto nie uznaje norm i staje wobec nich w opozycji, kto nie angażuje się w sprawy społeczeństwa. Terminarzowo: Outsider (z ang. outside - na zewnątrz), to człowiek pozostający na uboczu społeczeństwa, nie angażujący się bezpośrednio w bieżące sprawy[1]. Ujmując to bardziej naukowo to ktoś, kto przejawia stałą tendencję do wysokiego stopnia zamkniętości w stosunku do aktualnego otoczenia, czyli wobec sytuacji w których, w jakimś sensie, sam uczestniczy[2]. Zachowanie takiego człowieka może być w pełni świadomym działaniem osoby, która nie godzi się na normy, zwyczaje, prawa lub mody, aktualnie panujące w danym społeczeństwie. Jest to również skutek alienacji jednostki - niezdolnej do życia w grupie - przez społeczeństwo[3]. Krzysztof Mudyń dodaje, że w świetle takowych określeń ani we własnym domu, ani we własnym ciele nie całkiem czuje się u siebie[4].
Funkcjonowanie takiego outsidera ma swój określony model, który posiada pewne elementy. Krzysztof Mudyń wymienia wśród nich:
- poczucie zagrożenia (lęk przez ludźmi, przed nieplanowanymi sytuacjami);
- kontrolowanie (zachowywanie zasady szczególnej ostrożności wobec życia, które może przygnieść, gdy człowiek nie będzie uważny);
- lęk przed życiem (przed ryzykiem niepowodzenia i utratą tego, co się już posiada);
- trud istnienia (życie to poważna sprawa, „najdłuższy z możliwych kłopotów”, poważnemu człowiekowi nie przystoi się śmiać, śmiech jest tu pewnego rodzaju formą buntu i przekory);
- negacja życia (ousiderzy są wiecznie niezadowoleni, wszystko im nie pasuje, ich wiecznie zdegustowane spojrzenia jakby zdawały się mówić: „a po cholerę”, różnorodność tego życia przyprawia ich nieraz o mdłości);
- reifikacja (w słowniku języka polskiego reifikacja oznacza uprzedmiotowienie, traktowanie czegoś ożywionego, jako rzecz, co się tyczy też zachowania outsiderów, którzy często uprzedmiotowują ludzi, używając ich jako środek do osiągnięcia jakiegoś celu);
- bycie „obok” albo „ponad” (outsider staje w opozycji wobec świata, a gdy już znudzi mu się walka z nim, to wtedy przyjmuje pozycję „stojącego z boku”, obserwatora, krytyka, eksperta czy instruktora);
- mieć (w wyrazach „mój”, „moje” outsider podkreśla swoje preferencje tego, co uniezależnia go od otoczenia – lubi posiadać pieniądze, władzę, kontrolę nad swoją przestrzenią życiową i otoczeniem, lubi gromadzić wiedzę);
- bycie „nie na czasie” (outsider nie żyje teraźniejszością, zachowuje wobec niej duży dystans, lubi wracać do przeszłości, jego komentarze i refleksje najczęściej nie mają związku z tym, co się aktualnie dzieje, co wynika z braku umiejętności wczucia się w potrzeby i sytuacje);
- „robienie za siebie” (outsider ma inną definicję „bycia sobą”, a jest to pewnego rodzaju podpinanie się pod ideę, mentalność, która z jakichś powodów zostanie uznana jako jego własna);
- przymus odrębności (robi co w jego mocy, by podkreślić odrębność, indywidualność, nie poddać się uniformizacji – wtedy najbardziej czuje się sobą);
- połowiczność (outsider wykazuje dystans i tylko częściowe zaangażowanie się, nie pozwala sobie na jednoznacznie opowiedzenie się za jakąś kwestią);
- potrzeba jednoznaczności (jawi się to w postaci usilnego ustalania konkretów, jasnych zasad i granic z wykluczeniem paradoksów i ich akceptacji, w tym też kontekście denerwuje go wieloznaczność czy wielowymiarowość słów)[5].
Uważam, że wymienione powyżej aspekty nie składają się na ogólną definicję outsidera, ale mają wpływ na postrzeganie go jako takiego. Może to być człowiek, który posiada część z tych aspektów albo większość z nich ale ja osobiście niespecjalnie sądzę, by w jednym człowieku występowały one wszystkie. Powyższy model został u Krzysztofa Mudynia przedstawiony na zasadzie przeciwieństw w stosunku do cech osoby określanej mianem „insider”. Jest to osoba, która, wg. Mudynia grzeszy nadmiarem otwartości w stosunku do aktualnego i bezpośredniego otoczenia, czyli w odniesieniu do sytuacji "tu i teraz"[6]. Więc jeśli tu mówimy o cechach outsidera, to w tym kontekście możemy śmiało konstatować, iż cechy osobowości insidera będą zupełnie odwrotne.
Zatem… "Człowiek zainteresowany pytaniem, jak powinien żyć - zamiast przyjmować życie po prostu, tak jak płynie - automatycznie staje się outsiderem" (Collin Willson). W elementach tego stwierdzenia (outsider) można jednak przebierać i przyporządkowywać je do osoby, z którą mamy do czynienia. Z wymienionych przez Mudynia cech istnieją takie, które można ocenić jednoznacznie negatywnie, jednoznacznie pozytywnie albo potraktować jako monetę, która ma dwie strony. I tak np. reifikacja to wg. mnie jednoznacznie negatywna cecha outsidera – nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego. Pozostałe cechy znajdują się raczej w sferze dylematu. Można na nie patrzeć z kilku stron. Ale każda z nich niekontrolowana staje się obsesją i skrajnością. I tak np. można tu zaklasyfikować potrzebę jednoznaczności, „robienie za siebie”, „bycie obok”, trud istnienia, przymus odrębności czy „bycie nie na czasie”.
Outsiderami mianują się często ludzie związani z jakąś subkulturą, np. z punkiem. Sądzę, że to punkowcy są rasowymi przedstawicielami tej sfery osobowości. Może i nihiliści albo anarchiści, ale jakby nie patrzeć – stojący w opozycji do świata, który tylko pięknie wyglądał, a pod tym pozornym pięknem skrywał nieład i brak szacunku. Taka subkultura, jako zbiorowość outsiderów stała w opozycji do tego wszystkiego, traktując to, jako zło. Pomijam fakt, że u takowych zdarzała się pewna skrajność, mianowicie kontakt z różnego rodzaju używkami i niejednokrotne uzależnianie się od nich, co można traktować jako drugie zło. Z deszczu pod rynnę?
Na podstawie tego, co napisał Krzysztof Mudyń o osobowości outsidera, można powiedzieć, że na to określenie składa się to wszystko razem i… w zasadzie każde z osobna. Outsider to nie jest chwilowa moda, a styl bycia. Myślę, że dziś prawdziwych outsiderów już nie ma, a większość osób zgrabnie bryluje między cechami insidera a outsidera. To pomocne, ponieważ jedną cechę kojarzyć można w relacji z ludźmi (łatwiej jest przyjąć osobowość insidera), a drugą raczej z osamotnieniem. Może dlatego „outsiderstwo – potrzeba samotności” stało się chwilową potrzebą? A może też koniecznością, by…
Zatrzymać się i zobaczyć więcej? Zgadzam się z wypowiedzą bohaterki jednego za wywiadów na stronie dlastudenta.pl, Cześką. Na pytanie

- Co znaczy według Ciebie być outsiderem?

ona odpowiada:

- To znaczy iść pod prąd. Kiedy grupa szturmem biegnie w lewo, ja po namyśle skręcam w prawo. Bo zwykle jest tak, że jeden człowiek, określi coś mianem najlepszego, słusznego, poprawnego i większość bez cienia zwątpienia uznaje to za fakt, jedyną prawdę i ewentualność. A ten kto ma swoje zdanie staje się indywidualistą, outsiderem. Jest taka piosenka. „...dookoła ludzie umierają, dookoła ludzie rodzą się, dookoła ludzie się kochają, dookoła nas coś dzieje się...”

W kolejnym akapicie wywiadu następuje z kolei taka wymiana:

„- ...a my zostańmy obok, a my zostańmy tu...” to tekst zespołu Pidżama Porno.*
- Dokładnie! To w sumie prosta, ale słuszna definicja. Staram się być obok. Obserwować coś, a potem decydować o tym. Nie komentuję polityków, tylko dlatego, że w kraju jest burdel. Nie zaglądam w okna mojego sąsiada, tylko dlatego, że jest prezenterem TV. Nie stoję w kolejce po telewizor w mega promocji, tylko dlatego, że „życzliwi nieidioci” skreślili jedno zero z ceny. I nie robię tego, bo mam to wszystko głęboko gdzieś, tylko dlatego, że nie widzę w tym sensu, jestem ponad to. Dzięki temu widzę więcej, wiem więcej, czuję więcej[7].

Prosta i słuszna, ale nietrudno odnieść wrażenia, że w tych poszukiwaniach się gdzieś zapętlamy i wracamy do zestawienia cech osobowości outsidera według Mudynia. Przecież „bycie ponad”, forma „obserwatora”… To nie jest novum. To już tam było.
Dla jednych jest to droga naznaczona cierpieniem, wynikającym ze złego znoszenia samotności, dla innych może to być rodzaj szczęścia. Paradoksem jest, kiedy pojawiają się postacie, które te przeciwstawne sfery w sobie kumulują, jak Chris McCandlles, który w 1992 roku odbył autostopową pielgrzymkę na Alaskę i tam zginął.  Ta postać zrobiła na mnie ogromne wrażenie i ubogaciła wnętrze wieloma spornymi kwestiami. Typowy outsider, z jednej strony przeszczęśliwy ze swojej samotności i odrębności, a z drugiej strony autor niezwykłej myśli: Szczęście jest tylko wtedy prawdziwe kiedy się nim dzielimy. I chyba ta myśl tak naprawdę obala styl życia outsidera, jako jeden i „jedyny właściwy”.
Co warto robić, by nie pobłądzić? Być elastycznym i mieć nad sobą kontrolę. Być sobą, wzbijać się w powietrze ponad dziwny świat, ale nie zostawać tam za długo. Tylko tyle, ile będzie potrzebne, by odpocząć. Jak wspomniałem we wstępie: „Człowiek jest ciekawą istotą, noszącą w sobie znamiona paradoksu. Polega to na tym, że z jednej strony często ów człowiek potrzebuje odosobnienia, a z drugiej jest stworzeniem stadnym – nie może zbyt długo przeżyć bez drugiego człowieka”. W dzisiejszym świecie bardzo trudno jest być indywidualistą. Czy zatem jest miejsce dla prawdziwych outsiderów? Chyba tak, choć wolę zostawić tą kwestię otwartą. Każdy jest człowiekiem: outsiderem, insiderem albo jednym i drugim zarazem. Trzeba spojrzeć na siebie, dokonać weryfikacji i wybrać.


[2] K. Mudyń, O osobowości insidera i outsidera w ujęciu systemowym, str. 2. Artykuł dostępny tu: www.uj.edu.pl/documents/1749407/aec83433-6c10-4ce4-976a-0bc5a7c8ac6c  .
[4] Zob. K. Mudyń, O osobowości insidera i outsidera w ujęciu systemowym, www.uj.edu.pl/documents/1749407/aec83433-6c10-4ce4-976a-0bc5a7c8ac6c .
[5] Por. tamże, str. 4 - 13.
[6] Tamże, str. 2.

piątek, 31 października 2014

Wszystkich Świętych, czy Halloween?


To odpowiedź na pytanie w sondzie, jaka toczy się od ładnych paru lat. Temat sondy: Wszystkich Świętych, czy Halloween.
Jako, że skłaniam się ku tradycjom, to zdecydowanie lobbuję okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Niechby to zdanie było naczelnym w tej wypowiedzi.
Trzeba na wstępie wspomnieć, że istnieje rozróżnienie pomiędzy dniem Wszystkich Świętych a dniem Zadusznym. Po pierwsze: Wszystkich Świętych. Prosty, laicki umysł kojarzy ten okres wyłącznie jako dzień wolny od pracy, w którym można się pobyczyć w domu. Inny na jego miejscu narzeka, bo tego dnia trzeba wyjeżdżać do rodziny na odwiedziny jakichś grobów, a przecież jest tyle piękniejszych rzeczy do zrobienia. Jeszcze ktoś będzie marudził o tłokach na cmentarzach, na ulicach. A w Kościele Katolickim to dzień, w którym czci się pamięć świętych i błogosławionych. Nazwa mówi wszystko, ale my uwielbiamy przeinaczać i przekształcać rzeczy istotne, dlatego utarło się, że we Wszystkich Świętych odwiedza się cmentarze i czci zmarłych (niektórzy czynią to jakby z przymusu albo z przyzwyczajenia). Kościoły lokalne (w sumie to nawet biskupi) niespecjalnie starają się zmienić tę tradycję, ale z drugiej strony ma to wszystko swoje uzasadnienie w polskich warunkach, w których spora część świąt jest ruchoma (wypada w różne dni tygodnia).
Po drugie: Dzień Zaduszny. Z reguły to taki dzień, w którym już trzeba „iść do roboty” (chyba, że wypada w sobotę, wtedy można się pobyczyć w domu; lub jeśli Wszystkich Świętych wypadnie w sobotę, wtedy można otrzymać zwrot dnia wolnego, jaki się wtedy należy). Sorry, ale takimi kategoriami się dziś myśli. W teorii Dzień Zaduszny powinien być tym dniem, w którym czci się pamięć zmarłych, w którym wypada się na moment zatrzymać i pomyśleć, ale w specyficznych polskich warunkach to jest raczej niemożliwe. Na pewno wpływ na to mają zakręcone, polskie prawo oraz świadomość Polaków, która została tak jakoś krzywo ukształtowana. Myślę też, że to kwestia wyboru dokonana przez tych, którzy po prostu zdecydowali się na nieuznawanie tych (nazwijmy to) „świąt”. Dobrze, że Kościół Katolicki precyzuje i kładzie nacisk na rozróżnienie tych dwóch dni od siebie, chociaż co do wprowadzania w czyn tego rozróżniania nieskromnie powiem, że z tego, co widziałem, to raczej bywa odwrotnie. Ot taka liturgika…
Natomiast Halloween to już ewidentnie nie jest polskie święto, chociaż traktuje się tu o pewnych odniesieniach do święta zmarłych. Największa częstotliwość świętowania tego czasu występuje w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii i Irlandii[1], ale ekspansja tego święta zaczyna podążać ku całemu światu. Jest to raczej typowa zabawa, maskarada, której stałymi elementami są zabawy w wywoływanie duchów, wykrajanie w dyni dziur na kształt demonicznych twarzy, czy bieganie dzieciaków od domu do domu i wyłudzanie cukierków, gdzie następstwem odmowy będzie psikus. W sumie dobra zabawa, można zbić na tym fajny kapitał w postaci cukierków, ale też dodatkowych kalorii i zepsutych zębów.
W Polsce zaczęło się robić głośno o Halloween w latach 90. W szkole opowiadano nam o tradycjach: o naszej, rodzimej – czyli Wszystkich Świętych, a na równi wspominano o Halloween, jako tradycji amerykańskiej (w ramach języka angielskiego). Zauważyłem jednak stopniową degradację świąt rodzimych, spłycanie ich znaczenia, a epatowanie tym, co jest obce – nazwijmy to wprost. Czemu nie schodzi mi z głowy ta myśl, że to działanie jest celowe i prędzej czy później skutecznie zamaże poczucie naszej tożsamości? Ja nie zamierzam celebrować amerykańskich świąt w polskim kraju.
A może to element totalnej liberalizacji „róbta, co chceta” (szczęść Boże, Panie Jurku)? W sumie nie ma co się dziwić, skoro największy autorytet kraju, prezydent Bronisław (nazwiska nie pamiętam) paraduje na tle czekoladowego orła.
Halloween to dla wielu synonim dobrej zabawy, dlatego tą nazwą operuje się coraz częściej, gdy chce się zorganizować zabawę w szkole. Podobnie jest w przypadku imprez w klubach. „Zabawa Halloweenowa w szkole podst. nr. 456”, „Wieczór Halloween w klubie Marakesh”…  Spotkasz takie hasła, o to się nie bój. Wzruszysz ramionami – tego jestem pewien. Spotkasz się też z bojkotem ze strony Kościoła wobec tych haseł – o to też się nie martw. Jeszcze lepiej: spotkasz się z kontrofensywą w postaci imprez alternatywnych a’la „Holy Wins” albo hasłami „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween”. To się dzieje dziś. Gdzieś się tam jednak przebija ta obiektywność, że czasem warto coś delikatnie wspomnieć o tradycji i korzeniach.  Albo np. jak dojechać na cmentarze kiedy będzie tyle korków na ulicach. Mam wrażenie, że coraz mniej jest miejsca na mówienie o dniu Wszystkich Świętych w przestrzeni publicznej i stąd ta walka. Święto spychane jest w granice mediów typowo katolickich. Ktoś powie, że tam jego miejsce, a od mediów publicznych wara. No i państwo ma być świeckie. Dajcie spokój...
Mówi się też tutaj, że niewinna zabawa w duchy kończy się nieciekawie. To tak naprawdę loteria. Wszystko zależy od człowieka, od jego siły, nastawienia, mentalności, a z drugiej strony od losu. Wielu traktuje to rzeczywiście jako czystą zabawę. Ale należy pamiętać, że często niewinne zabawy kładą się cieniem na dalsze życie. Już nie wspomnę o tym, że m.in. w ich wyniku może przyjść w życiu taki moment, że poczujesz się po prostu źle i ciężko będzie określić problem. Opętanie przez totalną niemoc? Skądś mi to jest znane…
Summa summarum jestem na NIE, jeśli chodzi o imprezy Halloween w Polsce. Owszem, eksperymentowałem w tej materii, głównie chodząc do klubów, w których odbywały imprezy pod tym tematem. Pomogło mi to stwierdzić, że do tego nie pasuję, że wolę swoje podwórko i tradycje. Pragnę, by je promowano bardziej, a nie mieszano integralnej tożsamości narodu z tym, co kompletnie tu nie pasuje, co nie jest polskie. Ciekawe, gdyby odwrócić role, to czy nasz wymysł, jeśli chodzi o tego typu święta by się też tak przyjął w innych krajach? Jakoś w to nie wierzę… Rzadkością dziś jest to, co w stu procentach działa w obie strony…
Na koniec ostatnia kwestia. Odkryłem wyjątkowe znaczenie polskiego święta Wszystkich Świętych i Dni Zadusznych. O ile te rzeczy można robić przy każdej możliwej okazji, tak w tym okresie palenie zniczy na grobach bliskich, dłuższa lub krótsza chwila refleksji, spotkania w tym czasie z rodziną, otwarte rozmowy, śmiech, wspomnienia, niejednokrotnie szczere rozmowy o stosunkach rodzinnych, doprowadzające często do pogodzenia nabierają wyjątkowego znaczenia i niebywałej mocy. Widziałem to, więc wiem, o czym prawię. Wszystko tu zależy od człowieka.
Ja tam osobiście wybieram Wszystkich Świętych.



[1] Źródło wikipedia, hasło: Halloween; http://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween 

sobota, 18 października 2014

po latach



Kiedy byłem trochę mniejszy, niż teraz, to miałem marzenie, by zostać bandytą, pedofilem, złodziejem i pijakiem w jednym. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego, ale dostrzegałem w tym pragnieniu jakiś ubogacający ideał. Na pewno chciałem przez tego rodzaju służbę być blisko ludzi.
            Myślisz, że zwariowałem. Nie. Po prostu, kiedy miałem te 12 lat i służyłem do ołtarza, jako ministrant, to rozbudziło się we mnie pragnienie bycia księdzem.
Ponownie myślisz, że zwariowałem. Znów pudło. W tamtych latach to w naszym środowisku była to dość częsta tendencja, choć zwykle krótkotrwała. Dużo osób z grupy czuło ogromne przywiązanie do atmosfery i funkcji w tej „rodzinie”. Z kolei z tej ilości co najmniej jedna osoba odczuwała ten związek w sposób szczególny.
A, że synonimami zwrotu „ksiądz” są dziś słowa: „pedofil”, „złodziej”, „zbrodniarz”, „bandyta”… i wiele innych, to powyżej postanowiłem się nimi przewrotnie posłużyć. Jakie to ma znaczenie? Dla mnie ważne, bo to moje wspomnienia – tamte czasy. To dobre wspomnienia i czas osobistej podróży, z której chciałem zdać relację. I denerwują mnie niejednokrotnie nieprzemyślane do końca ataki na to środowisko, świadczące raczej o atakujących, niż o poszkodowanych/atakowanych. Lub winnych…
            Nie mam zamiaru tu na nikogo nacierać ani bronić. Postawię na własne świadectwo. Zacznę od tego, że chyba jestem typowym Polakiem: zawistnym, dwulicowym hipokrytą a z drugiej strony przesadnym idealistą, uzurpującym jak najwięcej przestrzeni dla mojego „JA”. Teoretycznie te cechy powinny dyskwalifikować realizację moich dziecinnych marzeń o byciu księdzem, ale praktyka pokazało co innego. A może to normalna rzecz dla dzieciaka w wieku tych kilkunastu lat. Na pewno sporo było w tych czasach popisywania się i oszukiwania, a z drugiej strony ważnej nauki. Okłamywałem innych i siebie (wtedy jeszcze nie miałem tej świadomości, bo przecież „jestem JA”), by potem w wyniku różnych przewrotów stopniowo „bastować”, mówiąc kolokwialnie.
            Sporo było tych przewrotów. Mógłbym tu wymienić na pewno dojrzewanie, relacje (szczególnie wobec dziewczyn i kobiet – tu bywało bardzo różnie), zetknięcie się z różnymi osobami, motywującymi do tego, bym był lepszym człowiekiem, a i z tymi, którzy swym stylem życia skutecznie mnie powstrzymywali (myślę tu szczególnie o księżach, dających co najmniej wątpliwy przykład życia). Kontakt z tymi ostatnimi nie był przymusem, bowiem często wystarczyła sama obserwacja.
            Różne osoby pod wieloma względami zapadały mi w pamięć. Ksiądz Romek podczas odwiedzin duszpasterskich poniżył mnie w domu przy rodzicach, twierdząc, że „opuściłem się” w chodzeniu do kościoła. Chwilę potem wpadł niespodziewanie ksiądz Piotrek i kulturalnie „zjechał” księdza Romka, podnosząc mnie jednocześnie na duchu. Jakiś czas później wespół z księdzem Markiem „daliśmy” (w zasadzie to ksiądz Marek udzielał) ślub wielu parom. Tak… Ksiądz Marek to był człowiek, jakich mało: szczery i uczciwy, z krwi i kości. Niedługo potem wybitne zainteresowania ks. Seby, kierowane w stronę młodych dam stopniowo gasiły mojego idealistycznego ducha. Mimo to miałem dwóch dobrych przyjaciół mojej rodziny: ks. Tadzia i ks. Krzyśka, którzy (być może przez wzgląd na mojego ś.p. dziadka i jakieś jego nadzieje, pokładane we mnie) sprawowali nade mną pewnego rodzaju duchową opiekę. Podupadałem mimo to, zacząłem się gubić – nie tylko w tej sferze. Nawet wtedy, gdy z pomocą przyszli mi bracia kapucyni. Szczególnie wspominam tu braci Marcina i Radara.
            Był czas, kiedy starałem się uciec od kościoła. Tłumaczyłem to tym, że widziałem za dużo złego, a i także w mediach było pokazane to, co złe („prawdziwe”). Głośne sprawy molestowań, dokonywanych przez pewnego gdańskiego biskupa, malwersacje finansowe pochodnych mu postaci, treści „Faktów i Mitów”, przepych i bogactwo, antypatia do kościoła, będąca efektem stereotypowego patrzenia np. pod kątem inkwizycji i kwestii majątkowych. A kiedy zdarzało mi się mimo tego być na mszy (zawsze się gdzieś tam przymusiłem, by z łaski iść), to odczuwałem wstręt, duchotę. Wychodziłem i już nie wracałem. Jednakże mimo tych złych aspektów, krążyły mi po głowie słowa jednego z braci kapucynów: „przepraszam”…
            „Przepraszam za księży. Przepraszam za kościół”. Ten brat zostawił mi po sobie słowa, które długo huczały mi w głowie. Pierwsze, co pomyślałem, to to, iż może moje oczekiwania są do spełnienia? Jeśli tak, to jakie? A może…
            Może pierwej trzeba było oczyścić się ze wszystkich kwasów i „sformatować” – zacząć od zera?  Być może dzięki temu udało mi się spojrzeć na to wszystko od nowa, bez emocji, na chłodno, bardziej… przestrzennie.
            Być może dzięki temu wróciłem, aczkolwiek nie jestem stuprocentowym praktykiem. Wróciłem na pewno mentalnie i duchowo, a cieleśnie… różnie bywa. Jednak według konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen Gentium” i wskazanych tam kryteriów przynależności do Ludu Bożego uważam, że spokojnie mieszczę się w granicach[1].
            Wróciłem, bo mam tu wspomnienia, szczególnie te dobre; bo czuję się tu, jak w domu, który zawsze nim będzie – nawet, gdy jest źle w jego wnętrzu. Wróciłem, bo nabrałem odwagi do obiektywnego patrzenia (z lekką dozą subiektywizmu) na pewne niuanse: na to, co dobre i to, co złe – obie kwestie weryfikując po równo. Wróciłem, bo jestem człowiekiem przywiązanym bądź co bądź do tamtego świata i miałem już dosyć błąkania się jak bezpański pies. I żeby nie było – czuję się wolny.
            Wciąż wiem i wierzę, że ponad nami jest tajemniczy Projektant, który trzyma nad tym wszystkim „łapę”, a to, co się dzieje zmierza ku jakiemuś konkretnemu celowi. Tutaj z mojej strony nie ma co zakładać, nie ma co dociekać, jaki to cel, bo to może zgubić. Ale pokładanie ufności w tym Projektancie, myślenie o Nim, świadomość Jego obecności pomaga w zniesieniu zła w ludziach i cieszyć się mimo tego. Pomaga to w przyjęciu ich dziwnych mentalności i zachęcaniu do pracy nad sobą, a także w oddzielaniu od siebie dobrych i złych. A, że dobre świadectwa ludzkie są coraz rzadsze, to wydaje mi się, że nie są one już aż tak potrzebne. Wystarczysz ty…
            Kościół to Boży zamysł, zrealizowany na różnych płaszczyznach, natomiast ludzie… Ludzie są bardzo różni. Łatwo jest krytykować Kościół pod kątem ludzi. Jeszcze łatwiej jest z niego uciekać po spotkaniu z antyświadectwami czy negatywnymi postawami. Owszem, wszystkiemu są winni źli ludzie, ale dodatkowo myślę, że tego typu ucieczki świadczą o tchórzostwie tych, którzy mają lub mieli z tego rodzaju złem styczność, którzy się wyrzekają i nie przyznają się do swych korzeni we wspólnocie Kościoła. Ze złem(jeśli się ujawni) należy walczyć – nawet tu w środku, w domu – w Kościele. Nie ucieka się od niego, bo wtedy otrzymuje ono przyzwolenie na dalsze działanie. A najgorsze jest przymknąć oczy i udawać, że wszystko jest w porządku.
Ja też kiedyś stchórzyłem i dziś sądzę, że popełniłem błąd.
Bycie tu, wewnątrz- w tym wielkim paradoksie, będącym ŚWIĘTYM KOŚCIOŁEM GRZESZNYCH LUDZI to wyzwanie. Może kiedyś, gdy wiele informacji było zatajonych, to takie trwanie było łatwiejsze. Dziś mówi się o wszystkim i pod każdym kątem. Niejednokrotnie informacje są przemilczane, manipulowane, fałszywe, ale są też te prawdziwe, zatajane niegdyś przez tego(to), kogo(czego) dotyczą. A nasza zatwardziałość, bezsensowny gniew, obojętność itp. nie pozwala nam na to trzeźwo spojrzeć ( i chyba przez to m.in. jesteśmy tak skłóceni i podzieleni) ani nikomu uwierzyć. Nie pozwala to przede wszystkim przebaczyć.
            To prawda. Pewnie są problemy homoseksualne u księży w kościele, za które i mi jest wstyd. Są jednostki wśród kleru i biskupstwa „łase” na kasę i bogactwo – to też prawda. Są jednostki fanatyczne wśród ludzi świeckich, które popadają w skrajności, będące często ofensywne w stosunku do innych. Są jednostki, które dopuszczają się gwałtów, a potem manipulują opinią publiczną, by się oczyścić z winy oraz obarczyć nią ofiary. Dodam, że to przecież DZIEJE SIĘ WSZĘDZIE, a nie tylko w tym środowisku.
Ale pomiędzy nimi są tacy, którzy oddali całych siebie, by, będąc kapłanami, trwać przy ludziach mentalnie oraz zapraszać i prowadzić ich do Boga. Oni są moimi przyjaciółmi i nie mówią nic. Przyjmują TWÓJ atak, w którym ty wrzucasz wszystko do jednego worka z szambem. Przyjmują go bez słowa. Mimo braku win po swojej stronie czują się współodpowiedzialni i jest im wstyd. Pokutują za „czarne owce” w swoim stadzie. Czy o to nam chodzi? Czy ty masz na to wzgląd? Czy to nie jest płytkie działanie z Twej strony?
            A jacy my jesteśmy? Czy jesteśmy inni? Nieskazitelni? A jaki ja jestem?
Jeśli trzeba, to podobnie, jak ten wielki brat kapucyn zachował się wobec mnie, tak ja zachowam się wobec Ciebie. Przepraszam Cię więc za ten kościół i za takich księży. Przepraszam za gwałty, o których się mówi(także za te, o których się nie mówi i za te, stworzone na potrzeby podtrzymania klimatu nagonki), za „odjechane” samochody, pychę, materializm. Przepraszam za… No właśnie. Przeprosiny są często domeną tych, którym na czymś zależy.
Mogę Cię zapewnić, że mam wiarę, ale nie jestem ślepy ani też naiwny (taką mam nadzieję). Kiedy o czymś słyszę lub czytam, to po weryfikacji informacji rachunek jest prosty: albo mi się to podoba albo nie. Jest jeszcze opcja środkowa, w której można trwać jakiś czas, ale potem, niestety, trzeba wybrać. Na wynik tego rachunku trzeba czasem bardzo długo poczekać, przestudiować wszystkie argumenty, by mógł on być prawdziwy.
Popieram papieża Franciszka, który powoli dąży do redukcji „dóbr” kapłańskich i biskupich. Popieram dążenia do współpracy kanonicznego i świeckiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii sądzenia UDOWODNIONYCH przestępstw biskupów i księży np. w sprawie pedofilii. Tym samym popieram surowsze kary dla wszystkich tego rodzaju przestępców z różnych środowisk. Popieram jeszcze wiele innych rewolucji i potencjalnych zmian (jednak nie wszystkich), o których trudno mówić, bo propozycji jest dużo. W ostatnim czasie wspieram dyskusję (podkreślam: DYSKUSJĘ) nad problemem komunii dla rozwiedzionych. I tu uwaga: jest kilka życiowych sytuacji, w których szala mojego wsparcia przechyla się na korzyść rozwodników, ale z zachowaniem pewnego rodzaju powściągliwości. Ojciec Knabit powiedział mi tu do słuchu w kilku zdaniach[2]. Może jeszcze kiedyś uda mi się do tego wrócić i rozwinąć kwestię.
Bóg jest Miłością, ale to człowiek rozmienił Go na drobne, stworzył doktrynę i niechcący pogmatwał tak banalną sprawę. Bóg jest Miłością, ale to człowiek poprzez swoje wybory popełnia dość często błędy. Dlatego mamy to, co mamy.
Zachęcam do mówienia o tych sprawach, ale bez zawziętości i nienawiści. Zachęcam do podchodzenia do nich z dystansem, a nie popadania w skrajności: atak lub ucieczka. Przestrzegam przed generalizowaniem, bo razem ze wszystkimi śmieciami wrzucamy nieopatrznie do wora coś dobrego, przydatnego i naprawdę wartościowego.
Nie wiem tylko, co ty zrobisz z tym słowem… Nie wiem, czy chcę to wiedzieć… Zebrałem tu moje doświadczenia i myśli ostatnich wielu lat (i może jeszcze dalej). Jedynie to jest pewne – jak na razie tylko dla mnie. Czy dla ciebie także?
           
           


[1] Konstytucja dogmatyczana o Kościele „Lumen Gentium” (KK 13 – 16) w: http://archidiecezja.lodz.pl/pliki/sobor/kk2.html  sugeruję zajrzeć.
[2] http://wpolityce.pl/lifestyle/216888-ojciec-leon-ucina-spekulacje-lewicowych-mediow