środa, 9 stycznia 2013

Objawienie

Nie zgadniesz, co teraz robię. Ślęczę, jak idiota nad pustą kartką i czekam na objawienie. Czekam na jasność(nie mylić z pomrocznością jasną), na jakiś cug, który złapię i będę dzięki niemu jakoś dalej brnął. Długopis jest lekki, lecz myśli już nieco cięższe.

No ale trzeba tu nadać jakiś początek, jakiś punkt wyjścia. Trzeba jakoś dobrze wystartować i nabrać pewności. Czyżbym rzucił kilka haseł synonimicznych do objawienia?
Początek… Objawienie, jako początek. To znaczący moment, nadający kierunek naszemu życiu i naszym myślom. Jest to coś, co staje się naczelną zasadą niejednokrotnych zmian. Może to być też przewrót życiowy. To także nabranie pełnej świadomości.
Doznałem teraz objawienia, tudzież nabrałem pełnej świadomości i dzięki temu ostatecznie wiem, co chcę tu zamieścić.
Objawienie, czyli punkt wyjścia, od którego teraz wyjdą setki, a może i tysiące myśli oraz zdań. Takowe objawienie warunkuje w chwilach przyszłych dialog i dzielenie się tym, czego się człowiek dowiedział.
Na kanwie powyższego przypominają mi się w tej chwili rekolekcje w klasztorze zakonu kapucynów w Sędziszowie Małopolskim. Rok 2007. Zacząłem wtedy studia na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, mając już dość pokaźny bagaż złych doświadczeń, uczynków i starcia z własnymi demonami. Nie potrafię powiedzieć, jaki wtedy byłem, ale pewne było jedno: nikogo nie zabiłem. Wiesz… Są ludzie, którym chwilę po ukończeniu liceum zaczyna się w głowach źle dziać. Popadają w marazm, zastój, a jednocześnie szukają ratunku i chcą być zauważeni(czyt. kochani). Być może to troszkę wynika ze zdezorientowania w życiu i strachu przed czymś nowym. A kiedy dojdą do tego krzywdy oraz poczucie winy, to ciężko się ruszyć z miejsca. Wiem, o czym prawię – przechodziłem to już i pewnie jeszcze nie raz mnie to spotka…
Jeśli nie byłeś w Sędziszowie, żałuj. Ja żałuję, że nie mogę tam być częściej. Tam jest to, czego człowiek często szuka: cisza. Byłem sobie takim durnym gościem, który niczego nie oczekiwał, a dostał dość siły by znosić życiowe epizody(choć potem nie wykorzystałem tego, jak powinienem). Dlatego słusznie określam objawienie m.in. jako punkt zwrotny, a dla mnie tym punktem zwrotnym było spotkanie się z Panem Bogiem w absolutnej ciszy.
Najpierwszym efektem tego Objawienia – spotkania było coraz częstsze, stopniowe skłanianie się ku ciszy. Oraz, co niejednokrotnie dziwi i czyni ze mnie w oczach innych pseudo-wariata, fakt, że mówię o niej, jak o jednym ze swoich większych przyjaciół(może i największym). A może rzeczywiście był w niej Bóg? No bo inaczej nie pisałbym tak swobodnie tylu wierszy w tamtym czasie…
Drugą kwestią mogłoby być stopniowe zdawanie sobie sprawy z tego, ile rzeczy mam w sobie i na zewnątrz do naprawienia. Chwilę po tym „spotkaniu” w kościele przyklasztornym rozmawiałem z ojcem Radosławem Pasztaleńcem. Opowiadałem o niejasnościach, o tym, co zrobiłem dobrze i źle i o tym, jakiego to ogólnie narobiłem bałaganu. Był w tym ogrom swobody, a ojciec Radek powiedział słowa, które zapamiętam do końca mojego krótkiego życia: „Dobrze, że sobie zdajesz z tego sprawę. To wielki plus”. Samoświadomość. Świadomość siebie stanowi po ciszy tak jakby drugi fundament i efekt objawienia.
Z powyższego wywodu wysnuć mogę uzupełniającą definicję objawienia, jako naczelnej zasady i zasady wszelkich zasad, nie ujmując oczywiście innym określeniom ich wartości. A przecież takie samo określenie można nadać Bogu!
A jednak dziś chrześcijaństwo, nauka katolicka, teologia mają najwięcej do powiedzenia w dziedzinie Objawienia. Ot chociażby pisanie tego wyrazu z dużej litery ma na celu uwypuklenie różnic od zwykłego, ludzkiego pojmowania. Problem jest taki, że różnic tych niemal praktycznie brak…
Nauka katolicka kładzie nacisk na objawienie się Boga, jako naczelnej zasady wszystkich rzeczy.
Objawienie jest to przekazanie ludziom przez Boga prawdy potrzebnej im do zbawienia. Najpierw można mówić o objawieniu naturalnym. Jest to przeżycie wynikające z samego
posiadania intuicji i umysłu przez człowieka. Uświadamia ono człowiekowi, że Bóg istnieje(…)[1]. Towarzyszą mu modlitwa i wyrzuty sumienia. Te drugie nie musza być ściśle powiązane z modlitwą, ale są one cechą tych, którzy wysoko stawiają morale. Jest to wymiar prywatny objawienia.
            Istnieje poza wymiarem prywatnym jeszcze wymiar społeczny tych przeżyć. W historii każdego narodu zawsze byli ludzie z poczuciem odpowiedzialności za swoje społeczeństwo. Modlitwa jak i wyrzuty sumienia u tych ludzi nie dotyczyły tylko spraw o charakterze prywatnym, lecz właśnie społecznym. Bo widzieli z całą ostrością błędy, krzywdy wyrządzane przez władców czy warstwy rządzące i przez tych, którzy dzierżyli "rząd dusz".
Na przestrzeni wieków pojawiali się tacy ludzie, którzy równocześnie zdobywali się na odwagę, by zaprotestować przeciw prywacie, korupcji, wypaczeniom, oportunizmowi. By nawoływać do nawrócenia, do powrotu do wiary przodków. By dopominać się o wszystko to, co wielkie w narodzie. By potępić tych, którzy zasługują na potępienie. By ratować to, czemu grozi zniszczenie. By przypominać to, co odchodzi w cień zapomnienia. By wyraźnie powiedzieć, kim jest człowiek, jaki jest cel jego życia, co powinno być jego treścią, czym jest służba Bogu, na czym ma polegać cześć Jemu należna[2].
Więc coś się jednak zgadza… Moment objawienia, modlitwa, wyrzuty sumienia i chęć naprawy nie tylko siebie, ale i znacznej części świata. Takiego siebie pamiętam z okresu po rekolekcjach w Sędziszowie. Paradoks polegał na tym, że ta postawa sprowadziła na małe manowce mimo wcześniejszego uporządkowania… Minął jednak jakiś czas, nim do tego doszedłem…
Natomiast o Objawieniu w ścisłym sensie mówimy wtedy, gdy człowiek otrzymuje polecenie od Boga, by głosić ludziom prawdę zbawczą, którą mu Bóg ukazuje[3]. W historii Objawienia postacią centralną i równocześnie bezprecedensową jest Jezus Chrystus[4]. W Nim Objawienie realizuje się najpełniej. Tak jest w nauce katolickiej.
Wspomniałem o objawieniu jako o punkcie zwrotnym w życiu, przełomowym momencie, w którym człowiek dochodzi do wniosku, kim jest i co tu robi. Jako poparcie takich przewrotów życiowych należało by podać przykład św. Pawła, którego życie można by nazwać jednym, wielkim paradoksem. Z początku zagorzały przeciwnik chrześcijan, a po spotkaniu Pana misjonarz i głosiciel Ewangelii – dwie, skrajne, sprzeczne i tak różne od siebie strony tej barykady. Sytuacja jest analogiczna do życia wielu ludzi, opowiadających o tym, jakie mieli życie przed spotkaniem Chrystusa, a jak bardzo się ono zmieniło po widzeniu się z Nim twarzą w twarz. Ja sam w jednej dziewczynie dostrzegłem tego typu skrajności. Z początku młodociana wielbicielka rocka i tanich win, a dziś śpiewa w zespole parafialnym i należy do jednej z przykościelnych wspólnot. Jest coś na rzeczy. Agnostyk, nie wierzący w doświadczenie tego momentu, a dopuszczający tylko teorię o Bogu, zmienia zdanie, gdy autentycznie doświadcza pozytywnych zmian w swoim życiu. Ma to oczywiście swoją drugą stronę medalu, czego przykładem są ateizm i ataki na kościół. Poświęcę temu więcej uwagi za jakiś czas.
Objawienie, przemiana, życiowy przewrót jest gwarantem zmiany na lepsze albo przynajmniej momentem w którym można sobie uświadomić, co zrobić, by być lepszym człowiekiem. Będąc naczelną zasadą, inicjacją kolejnych wydarzeń w życiu buduje ono w nas normy postępowania, wg. których możemy żyć, jeśli chcemy.  Jest iskrą, rozpalającą światło na drogę, wzdłuż której czeka na nas wielość doświadczeń, na kanwie których budujemy swoje zasady. Wydaje mi się tutaj, że nic, co dzieje się później nie jest w całkowitej opozycji do momentu przemian i kierunku, jaki on nadaje. Wszystko, co jest teraz i co jest później jest tego wynikiem: każde słowo, każdy gest, przekaz, nawet niewłaściwy uczynek, czy zachowanie. Przy dwóch ostatnich człowiek, mający umiejętność szybkiego przyznania się do winy będzie w stanie zadośćuczynić, jak to mówią „odkręcić sprawę”. Zapomniałem dodać, że tutaj piszę całkowicie od siebie.
Chciałoby się powiedzieć, że ludzie, którzy doświadczyli czegoś takiego, prowadzą w swoim życiu dwa kalendarze, z których jeden notowany jest od tego znaczącego momentu. Można by stwierdzić, że od punktu zwrotnego zaczyna się prawdziwe życie. Można nawet dodać, że to wszystko jest tak naprawdę psa warte – wolność człowieka i prawo jego wyboru. A można też rapować za Ryszardem Andrzejewskim:
Oto kolejny manifest dla wszystkich krwawiących serc,
Nieśmiertelne opowieści z pod znaku "Back in the days".
Wciąż być, nie mieć, chociaż mam jedno i drugie,
Już do końca, tak być musi, już w tym życiu się nie zgubie.
Powracam do tych dni, wstecz sięgając pamięcią,
Staszica story, oto me jeżyckie piekło,
Dawno temu coś pękło, chłopak wracam do tych dni,
W których oprócz bólu nie odczuwałem nic.
Powiesz, że na wodę pic, lepiej milcz niedowiarku,
Dowód ludzkiej znieczulicy znasz na co dzień, łeb na karku mam,
Więc dbam o ludzi, z którymi wyszedłem z cienia
I nie zmienia się nic, chociaż dużo żem pozmieniał.
(…)nasza muzyka jest prawdą,
Ten ból, miłość, strach spróbuj to ogarnąć, sprawdź to[5].
Wybieram zatem stwierdzenie, że moment objawienia, tudzież punktu zwrotnego życia jest wart każdego czasu oczekiwania i wylanych łez… Potem jest już tylko nauka, nauka i nauka. Nauka budowania…


Publikacja stanowi preludium czegoś, że tak powiem "większego"... :)









[2] tamże
[3] tamże
[4] tamże
[5] Fragment utworu „Sam przeciwko wszystkim”; Wykonawcy: My Riot feat. Peja.

czwartek, 3 stycznia 2013

Moralna ocena gniewu…


Przypływ mądrości mierzy się upływem żółci
Ty jesteś młody i głupi
Zbyt często lubisz się upić
Jak pies zaszczuty, który w każdym widzi wroga
Gniewem zatruty, ledwo stoisz na nogach.
Twój rozum już śpi, ty jeszcze nie
Wypiłeś już dosyć, więcej chcesz
Musisz udowodnić wszystkim, że z tobą się kurwa nie zadziera
Wypić, zapalić i udawać menela
Potem wrócić do domu, na swoją kobietę się wydzierać
Gdy ona zbiera Cię z ziemi, próbując coś zmienić .
Ja nie chcę już tego przeżywać, wybacz
Zmywać to czym rano będziesz rzygać
Po wódce i piwach, nie mogę patrzyć jak przegrywasz
Jak coraz bardziej odpływasz .
Ostatni iskra domowego ogniska, ledwo już błyska
A każda bliska osoba toczy jad z pyska i ciska wyzwiska,
Mamy przecież te same nazwiska
Więzy słabną,
nerwy słabną,
uczucie gaśnie
Rosną waśnie
a właśnie w tym czasie, Twoje dzieci dorastają w hałasie.
Desperacja rośnie, jest coraz głośniej
Uciszyć ten hałas i przestać pościć
Zepchnięci, zdepnięci, z niechęci
Zaciskają pięści by walić, bez granic
Na oślep, bez celu, bez wartości, 100% złości
Dwa ‰ we krwi, nie powstrzyma go nic
Nie potrafisz jasno myśleć, a potrafisz mocno bić,
Otwierasz dłoń i wbijasz, uderzasz jak pijak,
Zabijasz siebie, ją i przyjaźń, i miłość co była,
Z czym czy warto się upijać, coś co nie mija,
Jedno na milion, ona mija.
Teraz patrz na łzy, rozmazany makijaż |x2

Ref:
G - gromadzisz go w sobie i spijasz
N – niszczy, pali mosty zabija
I - instynktownie budzi fobie
E - elementarne w walce z wrogiem
W - lecz wróg jest w tobie i nim płoniesz

Gdzie byłaś całą noc,
Powiedz kurwa, gdzie się szlajasz?
Dzieci znów ryczą, ja czekam na ciebie jak pajac
Wydzwaniam do ciebie raz, drugi, setny i następny .
I zgadnij co do chuja?! - Abonent jest niedostępny!
Jasne kurwa, wyładowała Ci się komórka.
Możesz mieć mnie w dupie, ale tam płacze twoja córka,
Zrobiłem kolacje, położyłem spać ją, chciała do mamy,
Gdzie jest mama, gdzie jest mama?
Co mam powiedzieć - nie ma mamy?
Gdzie ty byłaś w ogóle?
Zobacz jak wyglądasz - jak zdzira,
Ledwo trzymasz się na nogach
Kurwa - dawno żeś nie piła,
Co to za strój? Przy mnie ty ubierasz się w łachmany,
Nic nie robisz tylko stękasz koczkodanie poczochrany,
Ciągle nie zadowolona, wielka pani obrażona
Nie wiadomo na co kurwa,
Normalnie idealna żona.
Przestań drzeć ryj na mnie,
Na mnie jeszcze masz czelność,
Pamiętasz co obiecałaś mi na ołtarzu?
Miłość i wierność!
No jasne rozjeb ten talerz, niech sąsiedzi słyszą
Myślisz, że Julce nie wstyd w szkole, że jej rodzice tylko krzyczą?
Że jej matka co chwila z innym frajerem jeździ furą?
Nie myśl sobie, że jesteś dupa,
Jesteś tylko domową kurą.
I co masz mnie za głupka?
Przyprowadzasz tu tego dupka,
Wiem bo mówiła Julka, że ma kurwa nowego wujka
Wujka kurwa!
A ja w pracy tyram za dwóch,
Ty przechlewasz te pieniądze, albo kupujesz se ciuch,
Gdzie z tymi łapami?! Odejdź, bo rozpierdolisz drzwi,
Nie dość Ci tego syfu,
Przestań się drzeć, bo Julka śpi.
No pięknie - Julka idź do swojego pokoju
Ja zwariuje tutaj kurwa, serdecznie dość mam tego gnoju,
Wychodzę, rozumiesz wychodzę, się wyprowadzam,
Ja jestem zerem wiesz, ale przynajmniej cię nie zdradzam
(Żyjąc w gniewie, widząc siebie w niebie)

52Dębiec – Gniew(zapożyczone ze strony tekstowo.pl)


Hans i Deep już dawno wiedzieli, że gniew nie jest w stu procentach grzechem. Ja zresztą też. I choć w tym momencie sprawiam wrażenie próbującego obalić teorię 7 grzechów głównych, to jednak mam pewność, że nie obalam ich wcale. Nauka teologiczna powinna wiedzieć, że nie wszystkie aspekty gniewu da się zaklasyfikować, jako grzech…
Bo w chrześcijaństwie nieuporządkowany bądź nieuzasadniony gniew jest wymieniany jako jeden z siedmiu grzechów głównych, gdyż świadomie podsycany i budzony, jest sprzeciwieniem się miłości bliźniego, która stanowi podstawową zasadę moralną Nowego Testamentu[1]. Tylko jakie ma to znaczenie dla ludzi, którzy dopuszczają się wypaczeń w rozumowaniu gniewu. Słyszało się o takich, którzy przyuczają, że nie wolno bez względu na wszystko. Rośnie wtedy człowiek, który podatny jest na ogromne zniszczenia. Wiem po sobie.
Rabin Kushner w swojej książce „Kiedy ludziom dobrym przytrafiają się rzeczy złe”, napisał o gniewie, jako o czymś, czemu NALEŻY dać wolność, upust. Wskazuje na wypaczenia w wychowaniu, które nieświadomie tłumią emocje: nie płacz, bo to takie nie męskie; bądź twardy; nie rób wstydu; wszystko będzie dobrze i wiele innych. Gniew, będący tu tłumioną reakcją na negatywne bodźce to potężna toksyna, która zatruwa człowieka, w którym się rodzi. Patrzę teraz właśnie w lustro…
Jednym z takich bodźców jest patologia, o czym traktuje tekst Hansa i Deepa, który przytoczyłem na wstępie. Patologia, na którą chyba nikt z nas, w miarę trzeźwo myślących na pewno się nie godzi. Gniew, zwłaszcza tłumiony jest tu reakcją na cykl, cyrkulację pewnych zachowań, słów, stylu bycia i niemożność doprowadzenia do ugody. Patologia jest tu bodźcem tak jakby najbardziej rozpowszechnionym, choć troszkę przyziemnym.
Naturalny jest też gniew, będący wynikiem niepowodzeń(odchodzi dziewczyna, niewypał w pracy) lub mający uwarunkowania społeczne. Obie sytuacje są jednak dylematyczne, wprowadzają zamęt i mogą wywołać inne niepożądane reakcje, nadużycia. Gniew kontrolowany? Na pewno coś takiego istnieje. A kontrola opiera się powiedzeniu sobie, że nie warto, ale dopiero wtedy, gdy da się upust. Odchodzi dziewczyna(z własnej głupoty, z pragnienia wolności albo z powodu chęci zmiany obecnego modelu na jeszcze lepszy) – ciężko jest wtedy milczeć i tak najnormalniej w świecie przejść do kolejnego rozdziału. Z drugiej strony wygląda to tak samo.
Jest mnóstwo innych powodów, dla których gniew należy usprawiedliwić. Wypada wspomnieć o ogólnym oburzeniu na władzę: podwyższenie podatków, bezrobocia, utrudnianie prostym ludziom życia(choćby fotoradary, które teraz tak są na czasie)… Jest gniew, jako reakcja na ogólne sytuacje międzynarodowe(nowe, bezsensowne konflikty); wielość paranoi i niepoukładanych wartości lub dążenie gdzieś po cichu do ogólnej władzy nad światem(NWO – powinniśmy wiedzieć, co to za zagrożenie i jakie mogą być jego elementy w najbliższym czasie), czy też na zachwiany system wartości i norm etycznych(w moim przypadku gniew na promocję homoseksualizmu, wszelkich legalizacji i tego, co jest z tym związane – taka osobista sprawa, żeby nie było, że ja jestem nieskażony gniewem).
Kiedyś usłyszałem, że nie idę drogą dobra, bo mam w sobie dużo gniewu i jestem nienawistny. Na swój sposób ten ktoś miał rację, mówiąc mi to, ale latami zajęło mi określanie, jakie są powody tego gniewu. Sporą część z nich wymieniłem wyżej, więc proszę wytknąć bezpodstawność moich reakcji. Być może to jest bunt jednego z przedstawicieli pewnego rodzaju idealizmu(przecież takowi powinni już dawno powymierać). Co poradzę? Ciężko czasem o miłość i miłosierdzie…
Zrobiłem teraz ciekawą rzecz… Przyznałem się do tego, że mam gniew i nienawiść. Zrobiłem to, uświadamiając sobie jednocześnie paradoks rzeczywistości gniewu – z tą świadomością lepiej się żyje. Bo są tacy, którzy wskażą gniew jako zło bez względu na wszystko – skażą jednocześnie człowieka śmierć, kiedy nie pozwolą mu dać upustu owego gniewu z jakichś konkretnych powodów. Gniew bezpodstawny jest absolutnym złem, ale czy dzisiaj jest ktoś kto gniewa się od narodzin tak po prostu i bezpodstawnie – nawet przez całe życie? Zawsze są i będą powody…
A jeśli pytasz o moralną ocenę gniewu, to nie jest ona jednolita. Są przypadki minusowe(brak podstaw) i przypadki zerowe(których dziś jest na pęczki), które z powodzeniem można usprawiedliwić. Wymieniłem pozytywne aspekty? Jak widać nie. Bez względu na wszystko gniew pozytywną rzeczą nie jest: nie leczony – niszczy, nie uwolniony i tłumiony – niszczy jeszcze bardziej. I ten paradoks jest w nas samych…

Inspirowane w dużej mierze książką Rabina Kushnera pt: „Kiedy ludziom dobrym przytrafiają się rzeczy złe”.

sobota, 29 grudnia 2012

Moja pierwsza recenzja(tak sadzę). "Hobbit. Niezwykła podróż"..

Wczoraj wieczorem wróciłem z seansu Hobbita i byłem w ciężkim szoku. Dziś w momencie pisania tych słów nadal jestem w szoku, choć już na tyle opadły emocje, że można zebrać myśli.
Nie jestem fanem tolkienowskich powieści, aczkolwiek mi, jako próbującemu tworzyć opowiadania, powieści posłużyły one za pewien wzór na kreowanie świata, z którego mogę czerpać. Przyznam się jednak z ręką na sercu, że „Hobbita” czytałem, jakieś 7-8 lat temu i nie pamiętam z niego prawie nic, dlatego nie zamierzam całkowicie, jak coniektórzy, zestawiać filmu z książką(część wątków powieści jednak kojarzę, więc być może się pokuszę o takie zestawienie). Dodam, że u mnie w szkole prawdopodobnie była to jedna z dodatkowych lektur!
Istnieje możliwość, że spotkam się z linczem fanów, ale taki lincz nic nie znaczy dla kogoś, kto chce się podzielić prywatnymi wrażeniami.
Fabuła chyba wszystkim znana. Hobbit Bilbo Bagginsz Shire za namową czarodzieja Gandalfa wyrusza wespół z trzynastoma krasnoludami na wyprawę, której celem jest wygnanie z Samotnej Góry smoka Smauga i odzyskanie zagarniętych przez niego skarbów. Po drodze przeżywa wiele niesamowitych przygód: spotkanie z elfami, krasnoludami, ludźmi, trollami i innymi dziwnymi stworzeniami, a nade wszystko staje się uczestnikiem i naocznym świadkiem jednej ze znaczących bitew, zapisanych na kartach historii Śródziemia.
W zasadzie to nie wiem, od czego zacząć… Pokuszę się najpierw o stwierdzenie, że reżyser Peter Jackson stworzył najlepszy świat fantasy na świecie. Dziwne trochę zdanie, ale cóż. Po dekadzie od ekranizacji „Władcy Pierścieni” nie zmieniło się nic z magii, która oczarowała mnie już wtedy. Takiemu samemu oczarowaniu uległem wczoraj. Jest rajski świat elfów, pełen ciepłych barw, do którego zawsze dociera słońce – mimo, że znajduje się między górami. Są mroczne podziemia orków i troli, mogące być analogią piekła. Są też bardziej naturalne rejony, uczęszczane przez ludzi, krasnoludy, hobbity i inne(być może) spokojne stworzenia. Słowem: nie zmieniło się nic – jest piękno i barwne kategorie świata, do którego każdy może na chwilę uciec i zabrać coś dla siebie. W moim sercu i pamięci ten czar odcisnął solidne piętno.
Wsłuchuję się w opinie, że Jackson przekombinował z ekranizacją. Nie znam się, to się wypowiem. Sam się nad tym zastanawiałem. Trudny do skomentowania wydaje mi się podział „Hobbita” na trzy części, podobnie, jak z „Władcą Pierścieni”, ale zostawię to reżyserowi. Jako, że prawie nie pamiętam książki, to ciężko mi stwierdzić, które wątki w pierwszej części zostały potraktowane z należytą czcią, a co zostało dodane. Generalnie ekranizacja stanęła gdzieś w połowie książki. Wszystkie zdarzenia, jakie tam miały miejsce(przybycie Gandalfa do Shire, wizyta krasnoludów, wędrówka, spotkanie trolli, odpoczynek u Elronda, gra w zagadki z Gollumem) zostały zawarte. Fani na pewno dopatrzyli się kilku bonusów. Ja zresztą też – szczególnie w jednej z ostatnich scen. Wartości filmu to jednak nie odejmuje, jeśli celem jest rozrywka(ktoś powie: KASA), oczarowanie widza i wgniecenie go w fotel. Sam Jackson być może stęsknił się za ekranizacjami tolkienowskimi. Miał świadomość, że to najlepsze, co mógł stworzyć. A jeśli dzieło w fazie pracy przysparza twórcy najwięcej radości i spokoju, to można się spodziewać czegoś niebanalnego.
A w fotel człowiek jest wgnieciony. I nie dzieje się to wyłącznie za przyczyną Śródziemia, emanującego swym pięknem, ale swój wkład daje tu też akcja, okraszona humorem, wynikającym z niby niepozornych scen(co niektóre z nich widzowie śmiechem odpowiednio przypisali dzisiejszym sytuacjom). Rację mają ci, którzy mówią, że ekranizacja trwa 2,5 godziny, a wciąga na tyle szybko, że czas mija, jak mrugnięcie oka. Potwierdzam: czas mija, jak mrugnięcie oka, a po seansie akcja toczy się nadal. Jest niedosyt. „Trwaj chwilo, jesteś wieczna”. Bądź wieczna. Prawda?
To film z cyklu „w drodze”. Sceny batalistyczne nie są takie stricte batalistyczne. Nie ma w nich takiego rozmachu, jak w poszczególnych częściach „Władców”(szczególnie w ostatniej), ale „Hobbit” to coś innego. Inna fabuła, inne wymagania. To, co zostało pokazane w ekranizacji(nawet, jeśli to jakiś bonus) i tak robi wrażenie(mówię tu np. o pielgrzymce-przedzieraniu się krasnoludów przez hordy orków w ich podziemiach, czy tez jedna z ostatnich scen, będąca pierwszym starciem dwóch antagonistów).
Charakteryzacja postaci jest bardzo dojrzała i ambitna. Ale, gdybym miał się czepić… Fryzury krasnoludów – tutaj troszkę przesadyzmu(ale to ja tak myślę). Warkoczyki, fikuśne i wymyślne brody. Najbardziej naturalnie spośród nich prezentował się sam wódz krasnoludów. Trolle i orki wyglądają szkaradnie, jak zwykle(chwilami tej szkaradności jest ciut więcej niż w ekranizacjach z lat 2001-2003). Czarodziej wygląda skromnie, acz dostojnie, a hobbit jak prawdziwy wędrowiec.
Muzyką ponownie zajął się Howard Shore, tworząc oprawę, która błyskiem wpada w ucho, wywołuje uśmiech na twarzy, prowokuje do wybicia się w górę, jak ptak, a ponad to pasuje pod klimat wędrówki, choć czuję, że niektórzy powiedzą coś zupełnie innego. Wsłuchując się w nią(nawet w tej chwili) wyobrażam sobie poszczególne sceny.
Co do aktorów… Nie ma szans, by uchwycić i opisać grę każdego z nich. Wybrałem tych, którzy z różnych względów są mi bliscy(jako aktorzy lub/i grane przez nich postacie). Zacznę od najbliższych memu sercu.
Gandalf, grany przez Iana McKellena(po raz kolejny zresztą) kreuje postać dobrego ducha Śródziemia, który czuwa niemal nad każdym na ile potrafi. Poczciwy, spokojny, niepozorny staruszek, wymachujący nie raz dziarsko mieczem, gdzie popadnie, przywołując czasem przy tym moc swej magii, skoncentrowaną w lasce. Takiego Gandalfa, kreowanego przez McKellena pamiętamy, oglądaliśmy i oglądać będziemy w kolejnych częściach.
Tytułowy Hobbit. O ile w książce wydał mi się on postacią nieco tchórzliwą i rzeczywiście uciekająca od trudności, to w filmie Martin Freeman i kreowana przez niego postać pokazali jak to się może zmieniać. Gra tego aktora bardzo mnie przekonała. Stworzony przez niego hobbit, jako mała, nic nie znacząca postać, początkowo się nie liczy. I może dobrze, że bo przecież kocha ciepło domowego ogniska i spokój. Ale z biegiem czasu zaczyna dostrzegać pewne wartości oraz staje przed arcytrudnym zadaniem: udowodnieniem, że istnieje i jest coś wart. Musi to udowodnić zarówno sobie, jak i innym, by zostać docenionym. To walka o wiele trudniejsza i zbierająca większe żniwo, niż jakakolwiek bitwa między dwiema armiami.
Do pozostałych, choć oddalonych już troszkę od mojego serca zaliczam wpierw Thorina(Richard Armitage). Gniew, chęć zemsty i upór dominują nad wodzem krasnoludów, ale po drugiej stronie stoi też honor i lojalność wobec pobratymców – z czasem też wobec małego hobbita. Następnie Fili(Dean O’Gorman) i Kili(Aidan Turner) – dwójka młodych, bojowych i narwanych krasnoludów, celnie strzelających z łuków z odległości najmniej kilkuset metrów(musieli brać lekcje u Legolasa). Elrond(Hugo Weaving) i Galadriela(Cate Blanchett), jako ostoje spokoju i troski, a zarazem dumy i piękna. Na koniec należy wspomnieć o postaci kultowej. Gollum. To, że Andy Serkis jest do tej roli stworzony, to wiemy nie od dziś. O ile we „Władcach” grał naturalnie, to w „Hobbicie”… Hm… Gdzieś tam słyszę opinię, że przeholował. A może tak miało być? Dostał więcej czasu na pokazanie postaci Golluma – schizofrenika, która bardziej wywoływała pozytywne emocje, niż antypatię. Ten wyraz twarzy, zachowanie i głos… Filmowy Gollum to już zapewne klasyka. Tutaj wszystko mamy raptem w jednej tylko scenie. Wybaczcie, że nie przyjrzałem się reszcie aktorów.
Można by już w sumie skończyć, bo słyszę głosy, że przedłużam. Iść na „Hobbita” do kina? Obowiązkowo. Ja się zbierałem ponad pół roku. Pokuszę się o stwierdzenie, że póki co ekranizacja, mimo, że trochę przekształcona, bardziej mnie przekonuje od książki. Przemycone są tu wartości, które w naszych realiach trudno jest znaleźć z uwagi na panujący bałagan. A człowiek ucieka w fantazję, bo szuka ratunku, szuka nadziei na lepsze lub fundamentów na których mógłby się oprzeć. W tym świecie jasno jest przedstawione, co jest dobre, a co złe. Od człowieka zależy, co wybiera.
A dzięki takim książkom, czy filmom możemy być tylko lepsi, bo tam w  metaforach i uosobieniach znajdujemy ratunek dla siebie i na to, co jest dziś. Tego, czego człowiek nie odnajdzie w realiach z pewnością znajdzie tutaj, jeśli się głębiej przyjrzy. Starczy tylko uruchomić wyobraźnię i dać się ponieść fantazji. Witamina, pomagająca dalej znosić życie.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wymieram...



                Od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie pewna wypowiedź, którą widziałem na jednym z forów internetowych. Nie jestem w stanie powiedzieć, czego ono dotyczyło, ale owa wypowiedź zawierała w sobie myśl na temat relacji międzyludzkich i miłościwie nam panującego rozluźnienia obyczajów, głupoty, manipulacji, niszczenia prawdy i wypaczonych „wartości”. „Romantyzm wymiera”… A wraz z nim romantycy, Ci, którzy jeszcze miłują i prezentują prawdziwie radykalne, ludzkie wartości, będąc w opozycji do antywartości. Romantycy i dekadenci… Co po nich zostanie? Nie pytaj…
                Nie pytaj, co zostanie po mnie, jako po jednym z przedstawicieli tego „odłamu”. Może nie stuprocentowym, wzbogaconym o pewne cechy inne od romantyzmu, ale jednak. Przyznaję się do takiego romantyzmu, będącego moim podstawowym fundamentem, który budował się latami.
                Skrajny romantyzm reprezentowali Słowacki, Mickiewicz… Ja się czuję w tej sferze taki troszkę zmodyfikowany. Po jednej stronie są:
·         Pewien rodzaj buntu wyraźnie nakierowany na zdewartościowaną rzeczywistość
·         Dekadentyzm
·         Naiwna, choć głęboka wiara w dobre rzeczy
·         Wyważona troska o człowieka
·         Bogaty i nadal ubogacany światopogląd
·         Miłość
·         Cierpliwość
·         Ofiarność
·         Dobroć
·         Świadomość samego siebie
·         Wrażliwość
Ale istnieje też druga strona medalu, a na niej wyryte cechy negatywne, takie jak:
·         Zgryźliwość
·         Chamstwo
·         Wredota
·         Obleśny i cięty humor
·         Kpina(często ukrywana)
·         Wulgarność
Konflikt następował, gdy nie byłem w stanie kontrolować jednych i drugich. Choć dziś czuję się wyniszczony tarciami, spowodowanymi przez wyżej wymienione, to i tak jestem w miarę zadowolony. Wewnątrz pozytywny, romantyczny fundament, lecz na zewnątrz czasem jestem zmuszony nakładać maskę zgryźliwości i jej podobnych, gdy mam do czynienia ze sprawami, wprowadzającymi mętlik. Co i tak nie zmienia faktu, że romantyzm wymiera, a ja wraz z nim.
Pytam się: gdzie się podziała miłość do człowieka, jako do człowieka, a nie do tego, co on posiada? Gdzie jest towarzysząca owej miłości rozwaga, kontrola i ostrożność mimo wszystko? Dlaczego oddajemy się wyłącznie naszym popędom? Skąd i po co podziały, fanatyzm, wypaczenia wartości i naturalnych praw? I dlaczego niby, kurwa mać, mam się zamknąć?
Że niby weltschmerz? Moja diagnoza jest inna…
Idę tylko za cytatami, których autorstwo można chyba przypisać ostatniemu  pokoleniu normalnych ludzi… Bo jeśli ktoś mówi, że „trzeba korzystać, póki ci wartościowi ludzie jeszcze są, bo potem już nie będzie z kogo czerpać”, to coś to jednak znaczy. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ktoś stwierdził, że, choć nieliczni, to jesteśmy alternatywą na panująca modę na głupotę, manipulację i bylejakość, to również coś to oznacza. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ja osobiście słyszę, że tacy ludzie, jak ja wymierają… Taka kolej rzeczy: lepiej przystosowany gatunek(czyt. kłamliwy, pożądliwy, oszukańczy, zmanipulowany i wiele innych) przetrwa, a słabszy musi odejść. Podziękuję wtedy, gdy:
1.        Odejdę wraz z innymi podobnymi, a nie sam.
2.        Odejdę z poczuciem, że byłem potrzebny i kochany z wzajemnością.
To wystarczające lekarstwo na lęk przed zakończeniem tej ery… Wystarczające lekarstwo na lęk przed całkowitym wymarciem…