poniedziałek, 14 maja 2012

Motylki w brzuszkach

Nie jest to chyba jakoś specjalnie ambitne z mojej strony, że skłaniam się ku tej kwestii. Ale chyba warto podzielić się pewnymi rozróżnieniami w życiu, których dokonałem i dokonuję nadal.
O motylkach usłyszałem na powrót od przyjaciółki(całkiem niedawno), choć wcześniej już znałem to pojęcie. Skłoniła mnie ona jednak do tego, bym sobie to hasło na powrót przyswoił, co nie zmienia faktu, że uniesień miłosnych już nigdy nie będzie. Dziś przejawia się to w innej postaci- bardziej rozważnej i spokojnej.
Myśląc o wspomnianych motylkach przyszło mi jeszcze jedno do głowy, mianowicie poruszyć cienką granicę między damsko- męską przyjaźnią a miłością. Pozwolę sobie też oznajmić to, że ja osobiście, obserwując ludzi mam świadomość, że pogubiłem się kompletnie. Zachowania ludzkie dają mi do zrozumienia, że tych granic, jak dla mnie, NIE MA. Wszystko się pozacierało. Nie wiem, gdzie są przyjaciele, a gdzie partnerzy. Kiedyś podobno te granice były bardziej przejrzyste. Ale w dobie naszej wolności…
Może zamiast na siłę próbować to zrozumieć, powinienem po prostu żyć i nie zwracać na to uwagi? No ale, jak już zwróciłem… xD. Znaczy się - uwagę.
Wracając do tematu… Motyle w brzuchu – nieprzyjemne, gdyby miały się one tam znaleźć naprawdę, szczególnie paź królowej, ale przecież jest to tylko metaforyczne określenie pewnego uczucia. Gdybym miał streścić się w kilku słowach, to wymieniłbym zauroczenie, podniecenie, skrępowanie w towarzystwie jakiejś osoby i nieustanne myślenie o niej, trema przed spotkaniem z nią. Na pewno znajdą się jakieś inne.
Sporo na ten temat wiedzą… ludzie! „Ciepło w brzuchu”, „niedobrze, dziwne uczucie w brzuchu”, „jakby Cię coś gilgotało”, „lekkość w brzuchu, podgrzane ciało”, czy nawet skojarzenie z „motylicą wątrobową”[1]. Nawet i tego nie można wykluczyć. Poza wymienioną motylicą pozostałe określenia, jak wywnioskowałem, pochodzą najczęściej od (niestety albo raczej stety) dzieci lub młodszej młodzieży. Zatem utwierdza to tylko moje stanowisko wobec tego, że ta metafora jest raczej dziecinna.
Jednak nie wyrzekam się tego, że w latach gimnazjalnych owe motylki czułem. Nie potrafię jednak powiedzieć, do którego z podanych określeń było mi najbliżej… Może do tego ciepła w brzuchu, ale na pewno prócz tego występowały też stres, napięcie… Bez większych przerw przez kilka lat, nim zacząłem stopniowo nabierać innego podejścia do sprawy. Zastanawiam się dziś, czy ten stres i napięcie były tak duże, że nie mogłem się przełamać do jakiegoś większego luzu, który czuję dziś w towarzystwie damy. Mijający czas nie udzielił mi odpowiedzi. Po prostu coś innego musiało przyjść, pomimo, że nieco za późno…
Nie wyrzekam się swoich motylków, które miałem, gdy było do czynienia z obiektami mojego zainteresowania, począwszy od gimnazjum, skończywszy na drugim bodaj roku studiów. W moim mniemaniu to był czas, gdy owe motylki sprawowały nade mną kontrolę, a potem stopniowo ja zacząłem je tresować i oswajać. Doszedłem do wniosku, że czasem takie uczucia, nie poddawane myślom, rozumowi i niekontrolowane zaprowadzają na manowce kompletnie. Nie tylko ja tego doświadczyłem.
Wyjątkowe są sytuacje, w których człowiek dłużej boryka się ze sobą, czy się zaangażować bardziej, następnie do akcji wchodzą „motylki” razem z innym zwierzyńcem, a koniec tak czy inaczej bolesny. „Zostańmy przyjaciółmi”, bo… Ostatni gwóźdź do grobowej deski, prawda? Ja osobiście już będę się starał zwalać na kaprys losu w tej kwestii, zamiast na moją czy czyjąś winę, choć wcale nie oznacza to, że powrót do normalnych kontaktów będzie łatwy…
Chciałoby się powiedzieć: „załóż swoim motylkom kaganiec”. Zniewalać uczucia? Nie. Wychować je, tak jak wychowuje się małe, niesforne dzieci, za których wybryki się odpowiada. Uczucia są jak dzieci- muszą dojrzeć. Do ich wychowania potrzebny jest właśnie rozum. Myślę, że najlepszy związek jest wtedy, gdy istnieje rozsądne wyważenie między uczuciami a rozumem. Tu się nie da kłaść nacisku na jedno, czy drugie, tylko na oba czynniki po równo. Ktoś mi w tym momencie powie, że kobiety są trudne i trzeba je tylko kochać, zamiast zrozumieć. Może i prawda, ale DAJ MI, KOBIETO DO CHOLERY CIĘ  ZROZUMIEĆ, BYM CIĘ POKOCHAŁ(dedykowane m.in. radykalnym feministkom).
W tych pozornie bezsensownych rozważaniach trafiłem na pewien artykuł, który z czystym sumieniem i na trzeźwo polecę[2]. Nie podzielam oczywiście pewnych opinii, dotyczących na przykład przyjaźni damsko- męskiej, bo prędzej, czy później… Zresztą tam też jest to ujęte. Nie widzę tylko i wyłącznie przyjaźni między Keanu a Angeliną, gdyby miało kiedyś przyjść co do czego. Wiem natomiast, że za cienką granicą przyjaźni kryje się coś lepszego, ale, jak już wspomniałem- nawet i do tego trzeba dojrzeć albo powiedzieć sobie po przemyśleniu i utwierdzeniu się, że tu kończy się droga. Wiedz, czego chcesz, a nie plącz się. Masz dużo czasu. Nikt Cię nie popędza(pewien rodzaj pośpiechu bardzo mnie drażni).
Podobnie, jak do małżeństwa - też jest tu jakieś przygotowanie. Wszyscy z byle gównianych pogódek rzucają się na bycie razem, bo np. jest tak fajnie... Wolniej! Każdy z etapów stawia jakieś wymagania – dobrze by było, gdyby miały one cały czas odwieczną kolejność, a nie taką, jaką każdy z nas sobie sam ustala. Koleżeństwo -> Przyjaźń-> Miłość(zakończenie na dowolnym etapie, ale bez tendencji zwrotnych). Taką kolejność znam. Co do tych, którzy przeciwni temu schematowi: wolnoć Tomku.
Ryzyko jest wszędzie. Miłość nie wystąpi tak ot- wg. mnie zawsze są jej jakieś powody(przynajmniej ja nie wierzę w miłość nagłą i od pierwszego wejrzenia – choćby się waliło i paliło, nie uwierzę). Może to być dobroć tej drugiej osoby, wartości, jej(lub jego) troska, waleczność, chęci i wiele innych(jeśli za to można być przyjacielem, to także za to samo można kochać). Wymieniam wartości mi bliskie. 
Racja, że trzeba się zastanowić przed przekroczeniem tej cienkiej granicy. DOBRZE ZASTANOWIĆ. Jeśli chcemy razem trwać, dobrze byłoby się zgrać.
Pomoc do takiego zastanowienia podałem powyżej.
Bo w końcu z czego ma być fundament „dwojga”: z motylków, czy z trwalszego budulca (np. ufności)? Pomyśl o tym.

czwartek, 10 maja 2012

Troszkę z boku. To może ja coś powiem…

                Z jednej strony postawmy rząd miłościwie panującej Platformy (tfu!) Obywatelskiej, z drugiej miłościwie klękający, choć niekoniecznie- Episkopat. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaciętej walki ze strony tych drugich. Podejrzewam, że o ewangelię nie ma takiej walki(choć nie wykluczone, że w obserwacji tego ostatniego, chorego podejścia mogę się mylić). Chłopaki w piuskach musieli dobrze trenować taekwondo, a ci w marynarkach (tfu!) odporność na hemoroidy. Zaczyna to już być dla mnie irytujące, zarówno w wykonaniu jednej i drugiej strony…
                Pomiędzy ryjącymi mózg tematami naszych ostatnich tygodni często przewinie się temat niedobrego kościoła i jego reakcji na odebranie funduszu (ze swej strony dodam, że władzy łatwiej jest oszczędzać, kiedy zgodnie z prawem włoży rękę do cudzej kieszeni, nigdy do swojej; tyle, co nakradli przez te lata… Kieszonkowcy cholera jasna?). Mnie osobiście szarpnęły nieco nerwy, gdy teraz przeczytałem coś takiego [1]. Przegięcie i trucie wątroby to mało powiedziane. Chęć wywołania kolejnych fal obraźliwych tekstów w stronę chłopaków w piuskach to mało powiedziane. Odezwa tych drugich. Wzajemne przepychanki. STOP KUR… [2] !!
                Nie nazwałbym elastycznością postępowania Episkopatu, który głosi ewangelię, a za chwilę udaje się na rozmowy o emerytury, ubezpieczenia i jakieś inne profity. Rozmawiałem ostatnio z Panem Bogiem. Stwierdził, że jest cholernie zazdrosny o taki stan rzeczy u duchownych. Bo komu w końcu mieli służyć? Bogu, czy mamonie?
Władza… Kłamliwa i oszukańcza, ale nic na to nie poradzisz w pojedynkę. O nich też Pan Bóg wyraził swoje zdanie – raczej niepochlebne.
Ale Chłop dał mi do myślenia…
Można powiedzieć, że na kościoły diecezjalne i Episkopat nie ma już co liczyć. Ludzie potrzebują nadziei, ale nie da się jej przekazywać w taki sposób.  Doskonale rozumiem uregulowanie należności i walkę o to, by państwo nie sięgało do kieszeni zwykłego podatnika, tudzież kapłana. Ale… Czy tylko ja mam wrażenie, że Chrystus kiwa głową z politowaniem i niedowierzaniem co do jednych i drugich? Idziemy z duchem ewolucji: pieniądz wypiera ewangelię, jak homo sapiens pana neandertalczyka(czy jakoś tak).
A może to czas by sprawdzić, czy zwykły „szarak”: jest coś w stanie z siebie wykrzesać w kwestii już nie tyle głoszenia ewangelii, ale szerzenia na powrót właściwych wartości. Nie będzie to oświeceniem, gdy powiem, że są one kompletnie niepoukładane. Może to taki Boży test, by się przekonać, czy umiemy w tej kwestii polegać też na sobie a nie tylko na kapłanach, którzy też się pogubili(przynajmniej niektórzy). Ja osobiście się cieszę, że istnieje alternatywa w postaci kościołów zakonnych, gdzie zawsze znajdę nadzieję, a dla środowisk diecezjalnych i episkopatu (za przykładem zasłyszanego kiedyś stwierdzenia) jest to być może nauczka pokory. Moment, w którym wypada się przebudzić. Szkoda tylko, że pobudka następuje wtedy, gdy zagrożona jest kieszeń takiego z drugim… Pomijam tu inne przeznaczenia pieniędzy funduszu…
Może i dobrze, że episkopat tak dzielnie walczy, ale chyba zbyt ambitnie. Zawsze to jakaś nauka. Według mnie nauka dla zwykłego człowieka, by zostawił to na boku i wziął sprawy w swoje ręce. Jeśli tylko potrafi, chce i umie dawać siebie… Ewentualnie zapraszam do odwiedzin w środowisku zakonnym.
Przepraszam, jeśli te słowa zabrzmiały ostro, obraźliwie i radykalnie. Przepraszam też, że braki w wiedzy i nie-stuprocentową orientację w temacie, ale słowa te są wynikiem chwili… Wyrażam nadzieję, że atmosfera się uspokoi i chłopaki dojdą do jakiegoś porozumienia. A ty człowieku bierz się za siebie. Dziękuję za uwagę.

piątek, 4 maja 2012

Trudna jest ta mowa

Doświadczenie w gastronomii nie jest potrzebne, aby mieć umiejętność robienia papki. I to z nie byle czego. Z mózgu. Potrzeba do tego tylko słabego,  pogubionego człowieka plus środowisko, które ma na niego duży wpływ, media, dobierające tylko to, co tak naprawdę nic nie wnosi do życia i świadomości bądź ludzi, którym się to podoba. W tym świetle uważam, że nie uległem temu, ale zapłaciłem za to pewną cenę: brak luzu, chilloutu(czy jak to się tam nazywa), możliwości wybicia się i zwrócenia na siebie uwagi innych(chociaż nie wiem, czy się nie mylę…), odporności na postawy obojętności i jej pochodnych…
Studium drugiego człowieka nie jest łatwe, szczególnie, gdy jest to wszystko przesiąknięte wspomnianymi przeze mnie kwestiami plus tym, czego sam nie jestem w stanie do końca tolerować, choć próbuję. A znowuż nie należę do takich, którzy mają to gdzieś i ewentualnie odchodzą, jak się nie podoba. Bo mnie się zwraca na coś uwagę i ja po analizie zgadzam się. Niemal zawsze… I to nie jest kwestia jakiejś uległości, ale chęci poznania i przyzwolenia na konfrontacje wewnętrzne, by dojść samemu do ładu(pisałem o tym częściowo kilka postów wcześniej- tekst o Hansie). To chęć dojścia do prawdy, nie tylko o sobie.
To chęć dojścia do prawdy i nie trwania w głupocie, w nieświadomości, w rozchwianiu i destabilizacji emocjonalnej. Dwa ostatnie od kilku lat są moim piętnem i przeszkadzają w życiu. Mam tego świadomość i póki co… na tym się kończy.
Podupadam i opuszczam ręce, gdy coś mi nie wychodzi, jak tego chcę. I… w sumie na tym też się kończy. Powinienem wymagać rekompensaty, a drugiej strony nie mogę z różnych względów. W takich sytuacjach obiecuję sobie przypominać fragment piosenki Eldo: „Bo człowiek nigdy nie jest spisany na straty”. Ani ja ani ktoś mi bliski mimo wszystko…
Może jeszcze nie czas, bym stanął w centrum czyjejś uwagi, jak zawsze tego pragnąłem. Czasem to wystarczy za cały świat. Ja wiem, trudna jest ta mowa i kto jej może słuchać.
Chyba dlatego jest trudna, że wszelkim sposobem(i za pewnym przykładem) staram się, by była prawdziwa…

wtorek, 1 maja 2012

Troszkę z boku. Rączki złożone.

Zdradzę wam pewną tajemnicę, ale nie mówcie o tym nikomu. Mianowicie: od kilku lat nie składam rąk do modlitwy i podczas mszy świętej, na której i tak bywam rzadziej, niż kiedyś. Nie podoba mi się to. Źle mi się to kojarzy i w ogóle jest be. Zatem jaka jest teraz moja postawa? Ręce w kieszeni, na pośladkach, sisiorku[1]? A może jeszcze jakaś inna?
Nie odpowiem od razu na to pytanie, bowiem stwierdziłem, że wypadałoby z mojej strony postrzępić sobie troszkę języka na tych gestach i postawach, szczególnie gdy wykonują je ludzie DWULICOWI. Ale pewnie i tak tego nie zrobię(choć powinienem), bo cenię jednak spokojną refleksję…
Więc to nie będzie rozważanie na temat złożonych rączek, tylko o powszechnej dwulicowości… Dwulicowości, która jest kolejnym czynnikiem, sprawiającym, że człowiek przestaje wierzyć.  Wiem, o czym mówię, bo słucham tego w niektórych wypowiedziach. I wiem, że sam balansuję w tej niebezpiecznej strefie…
Dwie bolesne sytuacje zaważyły na moim podejściu do sprawy, obie związane z podejściem ludzi, obie w okresie mojego służenia do ołtarza i obie, w których część winy zabieram ze sobą, nawet, jeśli tej winy nie było wcale.
Pamiętam dłoń zaciśniętą na gardle chwilę po tym, jak powiedziałem pewien żart, który jak się potem okazało uraził kolegę. Mój błąd, moja niewiedza- także o tym, że kolega swego czasu „chorował”(nie wiem, jak jest dziś). Sedno jest takie, że zabawny był wtedy widok małego szamanka, wiszącego parędziesiąt centymetrów nad podłogą, na tyle, że szkoda było tak szybko interweniować. Dopiero, kiedy oczy się nacieszyły- nie wiem, ile to trwało, to wtedy można było podjąć jakieś kroki łagodzące. Wszyscy razem chwilę wcześniej mieliśmy złożone rączki.
Druga sytuacja podobna, chociaż tu wchodzi w grę też moja osobista pomyłka… A w zasadzie nadmierna chęć obrony słuszności moich dobrych intencji, które miały na celu pchnąć coś do przodu. A, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane, to skończyło się podobnie- wylądowałem na stole, przyduszony chwilę po tym, jak powiedziałem, co myślę o gościu, który mnie skrytykował za te dobre chęci[2].
Fabuły obydwu akcji miały miejsce w kościele w zakrystii, w miejscu, w którym nauczyłem się trzymać ręce przy sobie- niezależnie od okoliczności.  W końcu miałem poszanowanie do miejsca. Dziś trochę tego żałuję, bo jeśli co niektórzy nie mieli względu na miejsce i zachowywali się, jak bydło bądź 3000 świń z chlewu, to dlaczego ja miałem się hamować? Przecież też mogłem na kimś się odegrać, przydusić do ściany, jak mnie wyzwał, obmawiał, a potem złożyć rączki.
Przypomina mi się tu pewna kontra, jaką już postawiłem parę postów wcześniej: patrz na siebie, chlewem się nie przejmuj.
Dlaczego o tym wspominam? Przez takie sytuacje, jak i wiele innych, które odkrywałem w zachowaniach ludzi przez kolejne lata stało się tak, że złożone rączki utarły się u mnie, jako symbol fałszu, arogancji i obłudy.
Można mieć złożone rączki, a nieczyste myśli- wielu tu z przyjemnością wskaże na popularny pierwszy rząd starszych pań, tudzież moherów i ich pobożność w kościele, a zupełnie inne zachowanie poza. Choć niekoniecznie… Ale takie rzeczy są normalne…
Można mieć złożone rączki, a krytykować kogoś za nie zgadzanie się z poglądami. Można mieć złożone rączki, a za chwilę zrobić zadymę. Można mieć złożone rączki i jednocześnie spławiać ludzi. Można mieć złożone rączki i nie przejawiać tolerancji. Można mieć złożone rączki i być aroganckim, łasym na pieniądz. To się nie godzi w momencie, gdy są złożone rączki.
Można jednak mieć złożone rączki i w duszy kierować się jakąś misją i posługą. Kto z nas to potrafi? Na pewno wielu. Co nie zmienia faktu, że pozostali już podjęli decyzje… Bo za blaskiem złożonych rączek skryło się wielkie kłamstwo. Ale…
Po drugiej stronie barykady są ludzie wiarygodni i walczący o wiarygodność! Wrzuceni do jednego worka razem z tym dwulicowym motłochem…
Można się zawieść na przykładzie jednego, a można na przykładzie wielu. Oto, jak dzisiaj siła fałszu człowieka potrafi nieraz przysłonić obraz Tego, co jest prawdziwe. „Nie przyznaję się do wiary, pokazywanej przez ludzi- dla mnie to jest tylko fałsz. Chcę się trzymać swoich zasad i pomagać ludziom” – nie waż mi się mówić, że w tej wypowiedzi nie ma racji. Oprócz niej na pewno wyrażona jest chęć poszukiwania...
Wiem po sobie, jak to wygląda w kwestii tych zawodów… Ale w przeciwieństwie do tych, o których powiedziałem, że podjęli już decyzję, ja jeszcze nie złożyłem broni. Zmieniłem tylko troszkę technikę walki.
Usłyszałem kiedyś, że w dzisiejszej porąbanej rzeczywistości każdy, kto „decyduje się wstąpić do seminarium, zostaje mianowany potencjalnym pedofilem”. Zatem podobnie można powiedzieć o złożonych rączkach.  W oczach tych, którzy się zawiedli każdy, kto ma złożone rączki, jest potencjalnym kłamca i dwulicowcem. I nie pociesza fakt, że znam osobiście paru ludzi, którzy odbiegają kompletnie od tego bolesnego spojrzenia. Nie muszą oni składać rączek, abym miał pewność, że ich świadectwo jest wiarygodne. Tak samo ja nie muszę składać rączek, bo ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą, co mam w środku, co chcę powiedzieć i jakie nieraz przeżywam destrukcyjne tarcia, nim się ostatecznie określę wobec czegoś.
Mógłbym na zakończenie powiedzieć, że nim się złoży rączki trzeba stoczyć walkę. Trzeba stanąć przed lustrem i uświadomić sobie to, co mam w środku, mówiąc językiem wiary: „zdajmy sobie sprawę ze swych słabości” i nie negujmy ich. To jest właśnie wiarygodność- umiejętność przyznania się do siebie i nie tworzenia fałszywego obrazu! To cecha, o którą staram się ja, starasz się ty, nim obaj/oboje(niepotrzebne skreślić) złożymy rączki. Wiarygodność wobec siebie i wobec innych, jako przeciwieństwo dwulicowości. I na koniec umiejętność pokory, której elementem jest przyjęcie krytyki i spokojna obrona, gdy jest ona mylna.
„A we mnie samym wilki dwa
Oblicze dobra, oblicze zła
Walczą ze sobą nieustannie
Wygrywa ten, którego karmię”(Luxtorpeda „Wilki Dwa”)
Schemat jest zatem prosty: bój o siebie, jako droga ku wiarygodności-> prawda o sobie-> wybór (oczywiście tego, co dobre) ->(ewentualnie) złożone rączki. Prosta recepta na to, by człowiek z potencjalnego kłamcy stał się dobrym świadectwem, także w oczach innych. A i ci, którzy się zawiedli na złożonych rączkach, znajdą w sobie siłę, by ponownie spojrzeć na to przychylniejszym okiem.
Życzę tym pierwszym(także sobie) udanego boju, a tym drugim(także sobie) więcej wiary w tych pierwszych i chęci poszukiwania.
I żeby ktoś mi nie powiedział, że w zdaniu wyżej przejawiam dwulicowość. Nie ma takiej opcji. Wspominałem na początku, że balansuję na cienkiej granicy. Pewnego dnia powieje wiatr i spadnę na jedną stronę albo na drugą. Albo- idąc tokiem myśli księdza Józefa- rozkraczę się gdzieś pośrodku o obiję sobie sisiorka.



[1] Z ust ks. Józefa, byłego wikariusza mojej rodzinnej parafii – rok 2000 lub 2001.
[2] W przypadku obydwu tych przykładów przepraszam- być może kiedyś anonimowi, o których wspomniałem w tych sytuacjach to przeczytają, a wtedy mi się oberwie już nie za to, że wtedy się tak stało, ale za to, że postanowiłem o tym powiedzieć po latach i (być może) nadszarpnąłem czyjś wizerunek. Nie zmienia to faktu, że czułem potrzebę przypomnienia sobie tego i opowiedzenia o tym, chociażby z uwagi na temat, jakiego się podjąłem.

niedziela, 29 kwietnia 2012

„Zniewoleni przez wolność” – czyli dobrze jest mieć „granice” wolności

Jakiś czas temu w ramach dygresji nasunąłem myśl o granicach wolności, o tym, że nawet w wolności powinniśmy się kierować zasadami i granicami. Bowiem przekraczając je lub zapominając o nich gubimy się i zapominamy, kim jesteśmy. Trudnym zadaniem byłoby rozszerzenie tego tematu zważywszy na to, że na wolność każdy ma inne spojrzenie i dla każdego jest ona sacrum bez granic. Tak długo na nią czekał jeden z drugim. Teraz można wszystko! Serio?
Zamiast rozszerzać ta kwestię i przedstawiać jakieś ścisłe spojrzenie, którego należy się trzymać, spróbuję, tak jak zwykle- podjąć się refleksji.
Wolność to brak przymusu, sytuacja, w której można dokonywać wyborów spośród wszystkich dostępnych opcji [1]. Postawmy obok tego spaczone pojęcie wolności, jako swobody robienia wszystkiego, na co ma się ochotę, określanej przez niedobry kościół krócej: jako swawolę [2]. Pojęcie wolności jest cholernie trudne. Jest co prawda jakaś ogólna definicja(wyjęta wprawdzie z wikipedii), ale dochodzi tu jeszcze wiele spojrzeń: filozofii, teologii, zwolenników Kartezjusza, Platona, Kanta, egzystencjalizmu i wielu innych. A gdy dodamy jeszcze do tego spojrzenie bądź definicję każdego z nas, to nie dość, że ubogacimy dotychczasowe spojrzenia w nowe słowa, to (niekiedy) doprowadzimy do tego, że zrobi się ogromny misz- masz w podejściu i rozumowaniu. A to tylko dlatego, że każdy z nas trzyma się swojego schematu, który jest częścią osobowości i ani myśli z niego zrezygnować, nawet, jeśli trwa w błędzie – jest w końcu wolnym człowiekiem, tak wybrał i zdecydował. Chwała tym, którzy się budzą…
Czasem też jest tak, że próbując być nowatorscy w określeniu wolności okazuje się, że przylegamy niechcący do jednego z przedstawionych stanowisk zaraz pod definicją wolności, ukazaną na wikipedii. Nie umiem powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, ale czy to jest tak ważne?
Ważne jest, by nie być „zniewolonym przez wolność”! Tak! W wolności można się zdrowo pogubić i w kolejnym etapie trafić do więzienia, z którego nie ma ucieczki! Ale przecież my o tym dobrze wiemy i oczywiście, jak zawsze „nie ma problema, wszystko pod kontrolą, ziom”. Oj, wątpię, ziom…
Napisałem w jednym ze swoich wierszy pt: My ten wers: „zniewoleni przez wolność”. Nie jest on nowatorski, jest cholernie prosty w swej wymowie i wciąż aktualny, a jednak dam sobie głowę uciąć, że ci, którzy kiedykolwiek będą czytać te słowa postarają się zapomnieć o nich jak najszybciej. Liczę na złośliwość innych, którzy będą o nich cały czas przypominać.
„Zniewolenie przez wolność” określiłbym jako brak dojrzałości społeczeństwa i jednostek, które po wyzwoleniu w 1989 roku zaczęły łapać, chwytać garściami co im się rzewnie podoba. Jak się potem okazało wiele z tych rzeczy to są kompletne śmieci albo coś, co sprawia, że się zatracamy i w końcu giniemy. W tej wolności poznaliśmy smak wszystkiego, co zaoferowało nam środowisko Zachodu, z którego czerpiemy silny wzorzec. A ja się pytam o metaforyczne sito, które rozumieć można jako umiejętność przesiewu nagarnianych rzeczy, co by dzięki niemu wycedzić to, co wyniszcza człowieczeństwo i życie. Sięgamy po „wszechmoc”, oferowaną nam przez środowisko bardziej rozwinięte… Ale czy nie robimy tego troszkę za wcześnie? A może lepiej by było, gdybyśmy w ogóle tego nie robili?
Myślę tu o aborcji, homoseksualizmie, eutanazji, używkach, epatowaniu seksem w muzyce, sztucznym zapłodnieniu i wielu innych(zaznaczam, że co do niektórych jeszcze nie mam uformowanego ostatecznego, osobistego stanowiska). No ale mamy czas wolności. To wszystko widzą dzieci, które potem w ramach wolności czerpią wzorce z tych postaw: małe dziewczynki zaczynają ubierać się wyzywająco, potem w wieku gimnazjalnym bawią się w „słoneczko”(powinniśmy wiedzieć, o co chodzi!), czego następstwem są aborcje. Tak! To tylko jeden mało znaczący przykład, nie wyjęty z czarnej dziury, ale będący interpretacją owego zniewolenia w moim wierszu przez koleżankę. Można by tu mówić i mówić i wyłaniać wiele innych podobnych, ale za mało jest na to miejsca.
Jest zatem wolność i pozorna wolność, która sprowadza się tak naprawdę do niewoli.  Są sprawy mylone z wolnością, a które są przypadłościami potrafiącymi wpędzić człowieka w zgubę[3]. Zgodnie z pewnymi zasadami i wartościami powinniśmy umieć sami się tu określić. Powinniśmy posiąść umiejętność powiedzenia sobie w pewnym momencie „stop – za daleko się zapędzam”. Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi kogoś z taką umiejętnością.
Mam na karku 25 lat, a mówię o rzeczach, o których przysługuje mówić znienawidzonym radykałom, biskupom, rodzicom albo babciom(nie mylić z „moherami”!). Korzystam z prawa do wolności i wcale nie czuję zniewolenia. Moja wolność, to poczucie harmonii, spokoju i walka o własne szczęście(dzisiaj zauważyłem, że w tym poczuciu ocieram się trochę o myślenie buddyjskie). Wierze, że nie popadnę w wymienione tu oraz inne pozory wolności, czy zniewolenia- szczególnie przez moje własne demony wcześniejszych lat, natury, osobowości, rzeczy, które sprawiały, że nie potrafiłem się podnieść samodzielnie…
Nie szukaj tutaj tezy oraz jej potwierdzenia na końcu. Po prostu przeczytaj i pomyśl…
Poniżej wiersz, o którym wspominałem w tekście:

My…

My…
Pomieszane języki
Rozmaite intencje…
Orzeł kiwa głową
A Bogurodzica płacze…

My…
Zniewoleni przez wolność
Niegdyś dla niej ginęliśmy
A teraz żal…
Szczęśliwi są głupcy
Albo szaleńcy…

My…
Szlachta, walcząca o honor,
Gdy się jej zachce…
Podnosimy bunt,
Gdy matka lizaka chce zabrać…

My…
Egoiści…
Łapserdaki i kanciarze…
Ufność ma problem
Z dostosowaniem się do nas…

My…
Patrioci i faszyści
Zdrajcy i wybawcy
Wymieszani, jak nikt…

My…
Polski naród…
(napisany w styczniu 2012 roku)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Prawdziwy męzczyzna

Prawdziwy mężczyzna spełnia wszystkie moje zachcianki
Prawdziwy mężczyzna nie boi się strzelić w pysk komuś, kto mi się nie podoba
Prawdziwy mężczyzna broni mnie, kiedy jestem obrażana w Biedronce
Prawdziwy mężczyzna musi być dobry w łóżku
Prawdziwy mężczyzna stawia sprawę jasno(w końcu dysponuje tylko jedną wajchą)
Prawdziwy mężczyzna daje mi dużo powodów do zadowolenia
Prawdziwy mężczyzna jest jak monarcha albo polski premier: jest elastyczny i potrafi dobrze wkręcać(byle nie mnie)
Prawdziwy mężczyzna zapieprza w pracy podczas gdy ja też zapieprzam(po sklepach)
Prawdziwy mężczyzna jest prawdziwy(być może wypowiedź blondynki)
Prawdziwy mężczyzna MA i MUSI, a nie MOŻE
Prawdziwy mężczyzna nie narzeka
Prawdziwemu mężczyźnie można na plecy wrzucić wszystko łącznie z kobitą, krzyczącą "wio"
Prawdziwy mężczyzna przebacza każdy skok w bok
Prawdziwy mężczyzna, prawdziwy mężczyzna...

Dziś prawdziwych mężczyzn już nie ma, są tylko jakieś czułe popierdółki, stawiające na delikatność, spokój, stabilność i godność. Pewnej grupie kobiet w wyniku efektu cieplarnianego albo rządów PO kompletnie wyparował mózg... Nobla i konia z rzędem temu, kto go odtworzy. Dziękuję, dobranoc.

czwartek, 19 kwietnia 2012

W drodze po spokój i trzeźwość myślenia. Przemysław „Hans” Frencel.




            Wielu z nas żyje od ponad półtora roku świetnym pod niemal każdym względem projektem muzycznym o nazwie Luxtorpeda. Przejawia się to w czytanych przeze mnie komentarzach do poszczególnych ich koncertów, zachętach koleżanek do wpadu na koncert czy w ogóle opowiadaniu o nich. Dzieje się to za sprawą Roberta „Litzy” Friedricha- ktoś powie. Przecież on jest na tyle medialny, by zwrócić na ten projekt uwagę ludzi. Albo na tyle charakterystyczny, że media(szczególnie te chrześcijańskie) bardziej do niego lgną, bo zawsze znajdzie dla nich chwilę czasu. Ale jest jeszcze jeden aspekt, na który, owszem- też zwraca się uwagę, ale uważam, że powinno się to robić przynajmniej na równi z tym pierwszym, dotyczącym Litzy..
            Chodzi mi o gościa, z którym Friedrich wszedł w nietypową spółkę, która przyniosła tak miażdżący efekt. Wszyscy wiemy, że początkowo miało być czterech jeźdźców Luxtorpedy, a po pewnym czasie praktycznie dotarł piąty, pochodzący z zupełnie innego świata. Innego? A może raczej alternatywnego, zmierzającego do tego samego, tylko troszkę inną drogą. Gość ten wygląda na spokojnego i wyciszonego, choć kiedyś w jego tekstach nie było takiego spokoju i ciszy. Jest świetnym obserwatorem, dobrym satyrem, naprawdę często trafiającym w sedno i umiejącym wszystko perfekcyjnie ułożyć w słowa.
            Dobrze znam skład 52 Dębiec, tak samo jak wiele innych, pochodzących z Wielkopolski- ojczyzny dobrego hip hopu. W latach 2004- 2006, kiedy byłem w liceum usłyszałem ich numer „Konfrontacje”, non stop recytowany potem przez kolegę z klasy. Mimowolnie zapadł mi w pamięć. Nie rozpalił on miłości do hip hopu, bo takowej nigdy nie było(wiekszy sentyment mam do ciężkiego rocka), ale sprawił, że zacząłem szukać innych podobnych. Dotarłem w ten sposób między innymi do Pei, Slums Attack, Kartela, Ascetoholix, Owala, Emcedwa oraz 52 Dębiec.
Przez pewien czas z wyżej wymienionych wałkowałem praktycznie tylko Peję, ale jak to mawiają lekarze- co za dużo, to niezdrowo. O Przemku Frenclu i 52 Dębiec przypomniałem sobie w typowych dla słuchaczy Luxów okolicznościach, czyli w momencie, gdy na youtubie pojawił się pierwszy singiel zespołu „Niezalogowany” już z Hansem na pokładzie. Opadła mi szczęka, bo początkowo gościa nie poznałem: broda, włosy dłuższe. Co jest, pytam się? Od razu zacząłem dokonywać retrospekcji, poszukując wcześniejszych wydarzeń, czyli jak, gdzie, kiedy i co? Czasem mam wrażenie, że robię to stosunkowo intensywnie po dzień dzisiejszy. Dotarłem do ogromu wywiadów, filmików na youtubie z komentarzami ludzi i innego rodzaju źródeł wiedzy, wracając jeszcze do starych utworów Pięć Dwa. O ile kiedyś część tych tekstów, jak i flow Hansa wprawiały mnie w dobry humor, zahaczający o ekstazę, tak teraz spoglądam na nie z zupełnie innej perspektywy.
Dziś po zebraniu wystarczającej ilości materiału w oparciu o kilka artykułów i wywiadów jestem w stanie napisać refleksję, która krążyła mi po głowie już od jakiegoś czasu.
Zarówno Hans jak i Litza są dowodami na moje przekonania o tym, że człowiek zmienia pod wpływem rozmaitych bodźców swoje myślenie oraz na to, że kto podlega przemianom, rozwojowi, nie zamykając się w jednym nurcie ma o wiele większy bagaż doświadczeń, niż ten, kto wykazuje jakąś stałość. Nie odbieram tu niczego Litzy, który takim stabilnym człowiekiem według mnie jest(odczułem do osobiście, gdy kiedyś spotkałem się z jego spojrzeniem we Wrocławiu na placu Dominikańskim J). Chcę tylko podkreślić, że chęć wprowadzania zmian(co czyni Hans) można porównać do podążania długim korytarzem i otwierania każdych drzwi, za którymi zawsze będzie coś, co warto zabrać do wykorzystania. To droga do pewnego punktu. Do tych drzwi, które otworzymy i odczujemy, że czas już się zatrzymać i nie trzeba iść dalej, że osiągnąłem wszystko, co było możliwe. Można to też rozstrzygać w kategoriach poszukiwania ostatecznego spokoju i harmonii: kryją się one zazwyczaj za ostatnimi drzwiami. Znajdą się też tacy, którzy wcisną się tu z aspektem, dotyczącym poszukiwania Boga, ale tutaj nie będzie na to miejsca. Zatem co można powiedzieć jednym zdaniem: Hans się zmienił? Myślę, że tak. Wierzę w jego wypowiedzi, udzielane w wywiadach dotyczące jego podejścia do zespołu, tego, jak się tam czuje i jak odbiera inne od niego środowisko.
Swoje najstarsze poczynania tłumaczy: „Moim założeniem było skupienie się na negatywnych aspektach życia, negatywnych emocjach, wiszącej w powietrzu złości. Po części ja też byłem wtedy zbuntowany, zły na świat” [1]. Przemo był wtedy chyba niewiele młodszy ode mnie. Tak jakby ten wiek 20- 24 lat nacechowany był jakąś złością, która samodzielnie, o własnych siłach się przytarabaniła. Patrząc jednak na teksty Hansa z albumu P-Ń VI ta złość miała swój podkład: jej adresatami byli cwaniaki(„Konfrontacje”), patologie społeczne („Siła”), kłamcy i manipulanci(„Pies”). Ujście swoje znajdowała tutaj też kpina, bezczelność, i satyra(„To my , Polacy” i „Powiem”). Na podstawie kilku wersów w tych dwóch utworach stwierdzono, że Hans jest przeciwny Kościołowi, antyklerykalny, co potem w słowach sam przyznał. Ja tylko dziwię się mentalności ludzi, którzy przypięli mu łatkę antyklerykała, „przestępcy z Dębca”, „psa bez pana” na podstawie słów tekstów a nie całokształtu osobowości. Wykluczam fanatyków, dla których antyklerykalizm, sprzeciw Kościołowi tożsamy jest niewierze w Boga(„Hans katolik”- przeczytałem kiedyś pod nagraniem koncertu z Woodstocku. Na pewno?). Takowym przyda się pewne rozróżnienie.
Łatka wściekłego psa z Dębca przylgnęła solidnie: kiedy w 2007 roku Hansa zaproszono na koncert promujący poznańskie zawodówki, "Gazeta Wyborcza" przypomniała tekst utworu "Policyjne", w którym pojawia się hasło "mamy tradycję j.. policję". Nikogo nie obchodził fakt, że w tym czasie Hans wyrósł już z takich tekstów[2]. Bo to prawda- wyrósł. Dziś ma 30 lat i z pewnością nie wróci do tego, co było. Pewne jego przekonania uległy jednak drobnej modyfikacji. Jak sam stwierdził: „W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że w zasadzie nie różnię się niczym od Tadeusza Rydzyka i skrajnych katolików, bo sam jestem równie skrajnym antyklerykałem. Zacząłem to wypośrodkowywać, nie chciałem dać się zaślepić przez jedną ideę i jedną gazetę, która mi napisze "jak jest naprawdę”” [3]. „Nie zmieniłem poglądów na temat wielkich zorganizowanych religii: to zawsze była i jest wielka władza, kasa i polityka. Nie chcę w tym uczestniczyć, ale nie chcę oceniać ludzi w zły sposób, bo łapałem się na złym podejściu do człowieka tylko dlatego, że chodzi do kościoła. Dziś jestem bardziej racjonalistą niż fanatykiem[4] – mówi w innym miejscu. Poza tym Hans wspomina w wywiadach o innych kwestiach, wpływających na jego osobowość w tamtym czasie: o osamotnieniu, marnych warunkach do życia, nagrywaniu płyty z Deep’em w latach 2006/2007 i o zniszczeniu części nagranego materiału. Być może próbował się odnaleźć, na nowo określić a przede wszystkim odciąć od niechlubnej przeszłości, w której jego gniew i chamstwo z nim związane przejawiały się w postaci „półmetrowego ch…, wchodzącego w d… policjantom”. Czasem się zastanawiam, czy nie traktuje on o tym w kawałku, wykonanym wespół z The Old Ciemna „Rise Up”. Rapuje tam: „Mam fobie/Skonfliktowany sam ze sobą w sobie/A to dobre/ Niezrozumiany ciągle/Więc sam ze sobą toczę wojnę o mnie/Idąc swą drogą/Czasem, jak zombie nieprzytomnie”. Gdy pierwszy raz dwa miesiące temu odsłuchałem ten utwór, miałem wrażenie, że do drugiej lub trzeciej minuty jest on o mnie. To było niesamowite… Spojrzenie w siebie na podstawie takiego, jak i wielu innych podobnych tekstów…
Stwierdzam, że Hans przeżył właśnie taki Rise Up, otrzymując kupę nowej energii od Litzy, Kmiety, Drężmaka i Krzyżyka, z którymi doskonale się zgrał, choć panowie mają tak różne mentalności. Poza tym wierzę, że udało mu się przede wszystkim odświeżyć swoje życie, okiełznać wewnętrznego rozbójnika i przekształcić go w spokojnego mówcę(to akurat mu się udało). Powiedziałbym, że jest to przywilejem, a może raczej obowiązkiem tego wieku, by wejść w ten etap. A może to jest związane z osobowością i tolerancją Litzy, który wcześniej pewnie słyszał o Hansie, ale teraz dopiero miał okazję go tak naprawdę poznać, i to od tej konkretnej strony. Albo rzeczywiście okazało się, że ci dwaj panowie myślą o tym samym, tylko innym sposobem i trzeba było spotkania, by te myśli znalazły swoje ujście. Sam Hans wszedł ze swoimi tekstami z przesadnej prostoty w zupełnie nowy wymiar, w którym jest ogrom miejsca dla słuchacza i na pewno nie będzie tego stosował wyłącznie w Luxtorpedzie. To wymiar natury bardziej duchowej, co przejawia się w dzisiejszych jego tekstach pokroju „Dopóki jestem” albo „Wierzyć”(w wykonaniu z OffReason) oraz w sporej części piosenek Luxów. I zaznaczam: nie wierzę, by pobożność Litzy i siłą rzeczy poszanowanie(na zasadzie: wszedłeś do czyjegoś domu, to zachowuj zwyczaje gospodarza) dla niej stanowiły tu jakąkolwiek granicę. Hans ma pełną swobodę i pisze tak, jak chce na dzisiejszy czas. W końcu dojrzał i wkroczył na drogę do osiągnięcia harmonii i spokoju, na której, jak wspominał „ma zamiar się potykać”. Bowiem człowiek zawsze myśli wtedy, gdy napotyka trudności… Coś w tym jest.
Nie ma co kończyć jakimś specjalnym moralizatorstwem, ale zwykłymi życzeniami. Jednym z nich mogłoby być to, by Hans „biegł jeszcze, walczył wściekle, dopóki jest”, między innymi o odcięcie się od przeszłości, by się już nigdy nie odwracał, a tamten okres traktował z przymrużeniem oka. By trzymał się swoich słów i nie zamykał się na ludzi ani środowiska. Znajdą się tacy, którzy będą życzyć mu odnalezienia Boga w życiu, ale byłby to paradoks na tle piosenek takich, jak „Dopóki Jestem”(„Na kolana padam tylko przed Bogiem, Więc nie licz, że klęknę na glebę przy tobie”). Bo nie można robić guru z drugiego człowieka, nieważne, czy jest kapłanem, biznesmenem, czy kimkolwiek. Podobnież ten człowiek nie może aplikować aby takim guru zostać. Litza w końcu powiedział, że też nie kłania się kapłanowi, ale razem z nim przed ołtarzem oddają cześć Bogu.
Życzę też Hansowi(i po części sobie), by potykając się szukał odpowiedzi na niuanse i niejasności, których jest tak dużo. Niech te odpowiedzi będą klockami, z których buduje się doświadczenie. A wszystko po to, by w końcu bezapelacyjnie uspokoić i poukładać rozchełstane życie… Trzymaj się, Hans.