sobota, 30 czerwca 2012

Sex, dragi i rock & roll. Ciekawy przypadek Janusza Palikota.


Skąd się ten człowiek wziął? Jakie ma wobec nas plany? Czy planeta z jego powodu stanie w obliczu zagłady? Na te i inne pytania nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, ale za to obserwując tego pana w akcji i próbując doszukać się jakichkolwiek odpowiedzi możemy się setnie ubawić a jednocześnie nawąchać się oparów PARANOI.
Janusz „Dj. Buszek” Palikot. Człek znikąd, który od razu podbił serca milionów polskich nastolatek i nastolatków (bodaj piąte miejsce w rankingu za wciąż prowadzącym Enrique Iglesiasem, jako drugi jest wokalista zespołu Enej). Jego biografii nie mam zamiaru przedstawiać, bowiem dobrze ją wszyscy znamy. Podobnież jest z poglądami, postulatami partii, którą popełnił. Skupię się na pewnych głównych aspektach, które wyrastają z dwojakich źródeł. Pierwszym z nich jest troska o rozwój państwa, o poprawę bytu obywateli i ustabilizowanie sytuacji (wątpliwe, jak dla mnie), a drugie wyrasta z głupoty i opiera się też na głupocie, wprowadzając zamęt w i tak nieuporządkowany system naszych wartości – przy założeniu, że Polska jest wyjątkowym krajem: długo dojrzewa, by stać się sobą i znormalnieć.
Przez co w afekcie zachwytu chwyci się każdej fajnej rzeczy bez żadnego namysłu, nie wiedząc nawet, że to zwyczajny śmieć, towar zatruwający życie. Wyginiemy albo kompletnie zdurniejemy i stracimy świadomość, nim zdążymy, jak to nieraz czytam, dogonić Zachód. Tylko ja się pytam: po co? Polska, jako pliszka, która cudzy ogon chwali, a istnienie swojego olewa. Trzeba pomyśleć, młodzieńcy.
Wracając do Pana Kota… Palikota znaczy się. Wbrew pozorom to dobry, choć nieprzewidywalny chłopak. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, z czym dziś lub jutro wyskoczy. Jeśli mam być szczery to ujmę to w ten sposób: DZIAŁA MI TO NA NERWY(i sądząc po czytanych przeze mnie komentarzach do poszczególnych wydarzeń z nim związanych, to nie tylko mi).
Poczynając od najnowszych doniesień, wypatrzonych przeze mnie:
1.       Sex. Sprawa prezerwatyw w Sejmie[1] (na dzień dziecka Anno Domini 2012) – idziemy z duchem czasu, wkrótce dzieci na pierwszą Komunię Świętą będą dostawały taki prezent. Jeśli rządzenie zaczyna się od edukacji seksualnej, to co będzie dalej? Może edukacja zoofilii? Przykre to jest, ale takie są prognozy. Ktoś kiedyś powiedział, że to, co jest tabu najbardziej kusi. Prezerwatywy, antykoncepcja, narkotyki… I najlepiej wszystko zalegalizować, zamiast wytłumaczyć, dlaczego jest tabu. Najlepiej udostępnić wszystko, zamiast uświadomić takiemu, że musi dojrzeć, spełnić pewne kryteria, ewentualnie uświadomić konkretnymi argumentami, że to nie ma sensu. Rzecz długo wyczekiwana w końcu bardziej cieszy.
Wiem, co mówię, bo przecież w moich latach szkolnych widziało się chowających po kątach rówieśników np. z papierosami(żeby tylko), czy tanim winem(żeby tylko 2). Cieszyło mnie to, że nie ciągnąłem do takich uciech, bo, jak wyżej podkreśliłem, wychodziłem z założenia, że trzeba dojrzeć. Po prostu chciałem i chcę nadal być porządnym facetem.
Zatem co? Pozwalamy dzieciom na seks zaraz po Pierwszej Komunii, bo tak jest na Zachodzie i trzeba iść z duchem czasu, tak? Pozwalamy na to, bo to się u nas sprawdzi, tak? Gdzieś ty się pogubił, zwykły, szary człowieku?!
Na marginesie… Nie cierpię posła Niesiołowskiego, ale ze zgrzytaniem zębów i ściśniętymi pięściami przyznaję mu rację. Co nie oznacza mojego wkładu w poprawienie wyników jego sondaży. Raz na 3 lata, jak mu przyznam rację, to starczy.
2.     Drugs. Pielgrzymki tych wszystkich Rozwolnionych Konopii, czy jak to się tam nazywa. Na ostatnim tego typu manifeście(w sumie mógłbym to nazwać rautem towarzyskim) Janusz odpalił. Była kupa śmiechu i dobrej zabawy plus rozochocenie – skoro on zapalił i olał stojącą obok policję, która w świetle obowiązującego jeszcze prawa POWINNA go wziąć za szmaty(jakby pyskował, lżył i się rzucał to pałą przez plecy dwa razy), do suki, na komisariat na 48 i postępowania karne, to znaczy, że MOŻNA!
        Skupiając się na tej kwestii biorę pod uwagę mój osobisty stosunek do używek wszelakiego rodzaju. Stanowczo neguję papierosy i narkotyki oraz gdy ktoś narusza strefę mojej wolności, paląc to świństwo tuż obok mnie. Jak chce, to proszę bardzo, ale z daleka ode mnie. Co do alkoholu prowadzę osobistą walkę o uformowanie stanowiska(związaną z różnymi niedobrymi momentami w życiu). Czytając wybrane artykuły na ten temat mógłbym powiedzieć, że Głupota zbierze niedługo swoje żniwo. Być może ma rację ten, kto powiedział: Jeśli ktoś chce palić zielsko, zapali je, nie oglądając się na to, czy jest to legalne, czy też nie. Dlaczego nie ma odpowiedniej edukacji w szkołach, gdzie dziatwa mogłaby się dowiedzieć wszystkiego o narkotykach, od a do zet? Narkotykach miękkich, jak i twardych? Wszystko to podparte filmami z życia wziętymi, takich produkcji nie brakuje. Nawet z odtruwaniem nałogowych narkomanów, menelami z Dw. Centralnego, oraz z ludźmi, którzy palą zielsko od lat. Oczywiście rzetelna wiedza, nie taka, jak w przypadku narzuconej przez Kościół i polityków- dewotów przy okazji antykoncepcji, czy edukacji seksualnej. Dziwnym trafem nikt nie podparł się raportem WHO na temat skutków palenia marihuany… [2]. Dokładnie. Nie od dziś wiadomo, że ogłupionemu i niedouczonemu środowisku można zamydlić oczy wszystkim. Co do używek pamiętam pewną wypowiedź Tomka Titusa Pukackiego z Acid Drinkers, która traktuje o tym, że używki nie są dla idiotów[3]. Powstały dla ludzi w jakimś celu, podobnie, jak starożytne wino. W podobnym kontekście odebrałem wypowiedź Janusza Korwina – Mikre, który stwierdził, że można legalizować, bo są rzeczy gorsze dla zdrowia (?)[4]. Ale tylko dla ogarniętych ludzi – idioci, którzy nie wiedzą co do czego, najwyżej powymierają i będzie lepiej dla narodu.
A zatem edukacja przede wszystkim.
Co jednak nie zmieni mojego negatywnego stanowiska w tej sprawie. Częściowo to wynika z tego, co powiedziałem wyżej o naruszaniu mojej strefy wolności z której korzystam na co dzień i chcę by była ona zdrowa, bądź z haseł Rozwolnionych, typu „Kto nie jara, ten fujara”, które, gdybym chciał się czepić są dla mnie obrazą. Ale jak widać się nie czepiam. Bo stwierdziłem tak samo, jak wobec tej całej legalizacji: że to bez sensu.
3.       Rock & roll po całości, czyli Janusz Palikot występuje z Kościoła Katolickiego, proszę państwa[5]. Chciałoby się powiedzieć: jednego mąciciela mniej. Ale uwaga – ponoć to jest grzech śmiertelny[6]! W tym cyrku są dwa rodzaje prawd: „tyż prowda” i „gówno prowda”.  Jest jeszcze trzecia, tak samo prawdziwa, jak dwie poprzednie. Nie ogarniesz.
Kłania się wielorakość aspektów: pokazanie się, odwrócenie uwagi od istotniejszych rzeczy, przyciągnięcie uwagi antyklerykalnego elektoratu, zburzenie pewnych uporządkowanych wartości, włożenie szpili w niejednokrotnie skrajną urzędowość instytucji kościelnej… Można wymieniać i wymieniać i wymieniać, ale wypadałoby nie zapominać o tym, że jeśli już ktokolwiek miałby brać przykład z wymienionego guru, to niech się dobrze zastanowi. To pewien moralny bilet w jedną stronę. Warto się nastawić na zmianę środowiska. Przyszedłby czas, w którym człowiek się przebudzi, uświadomi sobie błąd, ale powrotu może nie być. Plus zachowanie prywatności…
Myślałem tu też o dzieciach i przyszłych wnukach Janusza, o tym, jak to się odbije na nich. Pierwsza Komunia Święta, a tatuś/dziadek ma zakaz wejścia do kościoła na mszę świętą. Skandal, prawda? I znów kościół niedobry. Tylko kto wspomni o tym, że Janusz sam się o to prosił…
I w tej sprawie nie jest tak, że strona kościelna jest idealna i święta. Nieprawda. Wszędzie, gdzie są ludzie, pojawiają się grzechy i nadużycia. W związku z czym każdy powinien pilnować sam siebie, a nie atakować innych, kreując siebie na świętego.
Mógłbym to stwierdzenie zadedykować m.in. szanownemu Januszowi.

Oraz wam, moi drodzy, którzy myślicie, że nawdychałem się za dużo Amolu. I sobie, bym mógł dzięki takim postawom uczyć się siebie i kreować swoje nastawienie zgodnie z pewnymi normami. Janusz i to, co się wokół niego dzieje nie będą dla mnie przykładem…




[3] http://www.youtube.com/watch?v=BCDUgDkIFVo&feature=relmfu mniej więcej od 08:30, ale polecam cały wywiad

wtorek, 5 czerwca 2012

Troszkę z boku. Po katolicku i po „katolowsku”, czyli katolicy i katole.


Dzisiaj wertując sieć zobaczyłem, że na jednym z blogów powstał już taki tekst, ale nic nie szkodzi. Jego autor podłożył fundament pod moje przemyślenia. Pozwolę więc sobie na posiłkowanie się.
Doszliśmy w końcu do tego etapu, w którym na drodze do Pana Boga zamiast się jednoczyć, to dzielimy się coraz bardziej. Nie ma już „razem”: są „my”, „oni”, „ci źli” i wielu innych. Jeśli miałbym być szczery, to te podziały uwidaczniają się też w Kościele, tam jednak część ludzi uczęszczał chyba do szkoły aktorskiej. Bo żeby coś dopatrzeć, to trzeba poświęcić ładny kawał czasu. Ale przyznajmy: pozwoliliśmy sterować się przez zbytni przesadyzm, brak wyważonego spojrzenia, co sprowadza się do nadużyć w dziedzinie studiowania drugiego człowieka. Ja mam wrażenie, że też się czasem na tym łapię, ale staram się jak zawsze wydzielać pewne kategorie. Bo komu by się chciało, jak nie mi, prawda?
Słowo „katol” powinno mieć swoją stałą definicję, a jak na razie każdy z nas dopisuje coraz to inną. Autor bloga, z którego częściowo korzystam, powołuje się na taki fragment: Katolik stara się żyć zgodnie z naukami Jezusa. Katol żyje natomiast zgodnie z naukami mocno upolitycznionego kościoła, wierząc przede wszystkim w świętą wojnę z innowiercami i niewierzącymi i z tymi, co chcą zdejmować krzyże. O ile katolik nadstawia drugi policzek, o tyle katol z upodobaniem dokopie swemu bliźniemu. Katolik wybaczy, katol będzie się sądził. Katolik wysłucha, katol zaknebluje. (prawdziwych katolików jest niewielu, katoli – całe zastępy. W co wierzy katolik? Oczywiście w Boga. I ma nadzieję, że po śmierci pójdzie do nieba. W co wierzy katol? Przede wszystkim w kościół, jako instytucję. Zdarza się też, że w Boga. Jednak nie ma on – jak to ma miejsce u katolika – nadziei, że pójdzie do nieba. ON TO WIE[1]! W komentarzu do tego tekstu padło stwierdzenie, że sporo tu błędów. Nie wydaje mi się. To tylko fundament, na którym można jeszcze coś zbudować i ewentualnie go zmodyfikować.
Oprócz mojego połowicznego przychylenia się do powyższego wywodu chciałem dodać od siebie, że katol to NIESTETY fanatyczny odłam katolicyzmu, tudzież ewolucja typowego katolika. Nie wiem, z czego wynika: może ze ślepoty, braku wyważenia, braku dystansu czy zrodzeniu się w nim właśnie fanatyzmu. Katologia(że tak to cynicznie ujmę) to ideologia, która dąży do posiadania całkowitego monopolu(chociaż w sumie czy wszystkim ideologiom o to nie chodzi?), co by, jak zostało powiedziane wyżej „zakneblować wszystkim usta”. Jednostki, niosące tę ideologię na swoich ramionach zachowują się dokładnie w taki sam sposób. W świetle przytoczonego tu tekstu oraz komentarza autora bloga(dzielenie się obserwacjami swojego środowiska) katol to pewnego rodzaju DWULICOWIEC. Albo też ktoś, kto stwierdził, że zwykły, ciepły, miły i pokorny, dający się chlastać po ryju na prawo i lewo katolik to takie kluchy do pomiatania i postanowił zmienić front myślenia. Strzał w latającą ważkę z odległości 300 metrów.
Katolik za podstawę swojej wiary uznaje Biblię. Katol woli Radio Maryja. Katolik przestrzega przykazania miłości bliźniego. Katol pragnie wieszać przeciwników politycznych na drzewach, zamiast liści”. Katolik odrzuca, zakorzenioną w pogańskim sposobie myślenia, spiskową wizję dziejów i życia. Katol jest głęboko przekonany o ciągłości, nie tylko ideologicznej, rządzących z sowieckimi okupantami”. Katolik wie, że Jezus, Maria i Józef byli Żydami. Katol wyobraża sobie Świętą Rodzinę jako pochodzących spod Częstochowy rodowitych Polaków o nieskazitelnie aryjskich rysach twarzy. Katolik uznaje Zbawiciela w Jezusie Chrystusie. Katol skanduje: Jarosław – Ty nas zbaw”. Katolik za uosobienie zła uznaje Szatana. Katol deklaruje: „Całe zło – to PO[2]. Nie wszystkie powyższe określenia mnie przekonują, ale stwierdzam na tej kanwie jeszcze jedno: katol to może być ktoś, kto rozczarowany rzeczywistością stracił po prostu cierpliwość i obwinia źródło, które w jego mniemaniu najbardziej się do tego przyczyniło (w tym wypadku padło na PO) i upatruje ratunku w pierwszym, lepszym i niekoniecznie wiarygodnym punkcie, z którego usłyszy pozorny „głos nadziei”(a którym w tym przypadku jest Dżery Kaczyński).
W sumie to dobre są czasem takie tarcia, wywoływane przez takie słowa, określenia i inne, bo sprawiają, że człowiek mojego pokroju zaczyna myśleć, chcąc określić swoje miejsce i gdzie pomiędzy tym wszystkim jest Bóg. Jednakowoż drażni mnie mylne pojęcie tych, którzy myślą o dwulicowości czy fanatyźmie, a przyporządkowują to normalnemu, spokojnemu i niczemu niewinnemu katolicyzmowi. Ot, choćby tutaj [3] . Jedno, co jest pewne – to, że koleś, którego wypowiedź przytoczyłem w trzecim przypisie, przegina i narusza mój wizerunek i myślenie jako zbliżone (podkreślam – ZBLIŻONE) do spokojnego katolicyzmu. Gdzieniegdzie wyczuwam u siebie naleciałości tego „katolstwa”, ale staram się określać szybko ich źródło, by je w miarę szybko zniwelować.
Na koniec rzeknę w ten sposób: prawdziwy, głęboko wierzący katolik zdaje sobie sprawę ze swojej ludzkiej ułomności. Może czas, by przypomnieć o tym także „katolowi”? Bliżej Boga jest się w takiej postawie, czy może raczej dzięki ciszy i choć częściowej pokorze? Kto ma mózg, niechaj myśli.
Pochwalony.

poniedziałek, 14 maja 2012

Motylki w brzuszkach

Nie jest to chyba jakoś specjalnie ambitne z mojej strony, że skłaniam się ku tej kwestii. Ale chyba warto podzielić się pewnymi rozróżnieniami w życiu, których dokonałem i dokonuję nadal.
O motylkach usłyszałem na powrót od przyjaciółki(całkiem niedawno), choć wcześniej już znałem to pojęcie. Skłoniła mnie ona jednak do tego, bym sobie to hasło na powrót przyswoił, co nie zmienia faktu, że uniesień miłosnych już nigdy nie będzie. Dziś przejawia się to w innej postaci- bardziej rozważnej i spokojnej.
Myśląc o wspomnianych motylkach przyszło mi jeszcze jedno do głowy, mianowicie poruszyć cienką granicę między damsko- męską przyjaźnią a miłością. Pozwolę sobie też oznajmić to, że ja osobiście, obserwując ludzi mam świadomość, że pogubiłem się kompletnie. Zachowania ludzkie dają mi do zrozumienia, że tych granic, jak dla mnie, NIE MA. Wszystko się pozacierało. Nie wiem, gdzie są przyjaciele, a gdzie partnerzy. Kiedyś podobno te granice były bardziej przejrzyste. Ale w dobie naszej wolności…
Może zamiast na siłę próbować to zrozumieć, powinienem po prostu żyć i nie zwracać na to uwagi? No ale, jak już zwróciłem… xD. Znaczy się - uwagę.
Wracając do tematu… Motyle w brzuchu – nieprzyjemne, gdyby miały się one tam znaleźć naprawdę, szczególnie paź królowej, ale przecież jest to tylko metaforyczne określenie pewnego uczucia. Gdybym miał streścić się w kilku słowach, to wymieniłbym zauroczenie, podniecenie, skrępowanie w towarzystwie jakiejś osoby i nieustanne myślenie o niej, trema przed spotkaniem z nią. Na pewno znajdą się jakieś inne.
Sporo na ten temat wiedzą… ludzie! „Ciepło w brzuchu”, „niedobrze, dziwne uczucie w brzuchu”, „jakby Cię coś gilgotało”, „lekkość w brzuchu, podgrzane ciało”, czy nawet skojarzenie z „motylicą wątrobową”[1]. Nawet i tego nie można wykluczyć. Poza wymienioną motylicą pozostałe określenia, jak wywnioskowałem, pochodzą najczęściej od (niestety albo raczej stety) dzieci lub młodszej młodzieży. Zatem utwierdza to tylko moje stanowisko wobec tego, że ta metafora jest raczej dziecinna.
Jednak nie wyrzekam się tego, że w latach gimnazjalnych owe motylki czułem. Nie potrafię jednak powiedzieć, do którego z podanych określeń było mi najbliżej… Może do tego ciepła w brzuchu, ale na pewno prócz tego występowały też stres, napięcie… Bez większych przerw przez kilka lat, nim zacząłem stopniowo nabierać innego podejścia do sprawy. Zastanawiam się dziś, czy ten stres i napięcie były tak duże, że nie mogłem się przełamać do jakiegoś większego luzu, który czuję dziś w towarzystwie damy. Mijający czas nie udzielił mi odpowiedzi. Po prostu coś innego musiało przyjść, pomimo, że nieco za późno…
Nie wyrzekam się swoich motylków, które miałem, gdy było do czynienia z obiektami mojego zainteresowania, począwszy od gimnazjum, skończywszy na drugim bodaj roku studiów. W moim mniemaniu to był czas, gdy owe motylki sprawowały nade mną kontrolę, a potem stopniowo ja zacząłem je tresować i oswajać. Doszedłem do wniosku, że czasem takie uczucia, nie poddawane myślom, rozumowi i niekontrolowane zaprowadzają na manowce kompletnie. Nie tylko ja tego doświadczyłem.
Wyjątkowe są sytuacje, w których człowiek dłużej boryka się ze sobą, czy się zaangażować bardziej, następnie do akcji wchodzą „motylki” razem z innym zwierzyńcem, a koniec tak czy inaczej bolesny. „Zostańmy przyjaciółmi”, bo… Ostatni gwóźdź do grobowej deski, prawda? Ja osobiście już będę się starał zwalać na kaprys losu w tej kwestii, zamiast na moją czy czyjąś winę, choć wcale nie oznacza to, że powrót do normalnych kontaktów będzie łatwy…
Chciałoby się powiedzieć: „załóż swoim motylkom kaganiec”. Zniewalać uczucia? Nie. Wychować je, tak jak wychowuje się małe, niesforne dzieci, za których wybryki się odpowiada. Uczucia są jak dzieci- muszą dojrzeć. Do ich wychowania potrzebny jest właśnie rozum. Myślę, że najlepszy związek jest wtedy, gdy istnieje rozsądne wyważenie między uczuciami a rozumem. Tu się nie da kłaść nacisku na jedno, czy drugie, tylko na oba czynniki po równo. Ktoś mi w tym momencie powie, że kobiety są trudne i trzeba je tylko kochać, zamiast zrozumieć. Może i prawda, ale DAJ MI, KOBIETO DO CHOLERY CIĘ  ZROZUMIEĆ, BYM CIĘ POKOCHAŁ(dedykowane m.in. radykalnym feministkom).
W tych pozornie bezsensownych rozważaniach trafiłem na pewien artykuł, który z czystym sumieniem i na trzeźwo polecę[2]. Nie podzielam oczywiście pewnych opinii, dotyczących na przykład przyjaźni damsko- męskiej, bo prędzej, czy później… Zresztą tam też jest to ujęte. Nie widzę tylko i wyłącznie przyjaźni między Keanu a Angeliną, gdyby miało kiedyś przyjść co do czego. Wiem natomiast, że za cienką granicą przyjaźni kryje się coś lepszego, ale, jak już wspomniałem- nawet i do tego trzeba dojrzeć albo powiedzieć sobie po przemyśleniu i utwierdzeniu się, że tu kończy się droga. Wiedz, czego chcesz, a nie plącz się. Masz dużo czasu. Nikt Cię nie popędza(pewien rodzaj pośpiechu bardzo mnie drażni).
Podobnie, jak do małżeństwa - też jest tu jakieś przygotowanie. Wszyscy z byle gównianych pogódek rzucają się na bycie razem, bo np. jest tak fajnie... Wolniej! Każdy z etapów stawia jakieś wymagania – dobrze by było, gdyby miały one cały czas odwieczną kolejność, a nie taką, jaką każdy z nas sobie sam ustala. Koleżeństwo -> Przyjaźń-> Miłość(zakończenie na dowolnym etapie, ale bez tendencji zwrotnych). Taką kolejność znam. Co do tych, którzy przeciwni temu schematowi: wolnoć Tomku.
Ryzyko jest wszędzie. Miłość nie wystąpi tak ot- wg. mnie zawsze są jej jakieś powody(przynajmniej ja nie wierzę w miłość nagłą i od pierwszego wejrzenia – choćby się waliło i paliło, nie uwierzę). Może to być dobroć tej drugiej osoby, wartości, jej(lub jego) troska, waleczność, chęci i wiele innych(jeśli za to można być przyjacielem, to także za to samo można kochać). Wymieniam wartości mi bliskie. 
Racja, że trzeba się zastanowić przed przekroczeniem tej cienkiej granicy. DOBRZE ZASTANOWIĆ. Jeśli chcemy razem trwać, dobrze byłoby się zgrać.
Pomoc do takiego zastanowienia podałem powyżej.
Bo w końcu z czego ma być fundament „dwojga”: z motylków, czy z trwalszego budulca (np. ufności)? Pomyśl o tym.

czwartek, 10 maja 2012

Troszkę z boku. To może ja coś powiem…

                Z jednej strony postawmy rząd miłościwie panującej Platformy (tfu!) Obywatelskiej, z drugiej miłościwie klękający, choć niekoniecznie- Episkopat. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaciętej walki ze strony tych drugich. Podejrzewam, że o ewangelię nie ma takiej walki(choć nie wykluczone, że w obserwacji tego ostatniego, chorego podejścia mogę się mylić). Chłopaki w piuskach musieli dobrze trenować taekwondo, a ci w marynarkach (tfu!) odporność na hemoroidy. Zaczyna to już być dla mnie irytujące, zarówno w wykonaniu jednej i drugiej strony…
                Pomiędzy ryjącymi mózg tematami naszych ostatnich tygodni często przewinie się temat niedobrego kościoła i jego reakcji na odebranie funduszu (ze swej strony dodam, że władzy łatwiej jest oszczędzać, kiedy zgodnie z prawem włoży rękę do cudzej kieszeni, nigdy do swojej; tyle, co nakradli przez te lata… Kieszonkowcy cholera jasna?). Mnie osobiście szarpnęły nieco nerwy, gdy teraz przeczytałem coś takiego [1]. Przegięcie i trucie wątroby to mało powiedziane. Chęć wywołania kolejnych fal obraźliwych tekstów w stronę chłopaków w piuskach to mało powiedziane. Odezwa tych drugich. Wzajemne przepychanki. STOP KUR… [2] !!
                Nie nazwałbym elastycznością postępowania Episkopatu, który głosi ewangelię, a za chwilę udaje się na rozmowy o emerytury, ubezpieczenia i jakieś inne profity. Rozmawiałem ostatnio z Panem Bogiem. Stwierdził, że jest cholernie zazdrosny o taki stan rzeczy u duchownych. Bo komu w końcu mieli służyć? Bogu, czy mamonie?
Władza… Kłamliwa i oszukańcza, ale nic na to nie poradzisz w pojedynkę. O nich też Pan Bóg wyraził swoje zdanie – raczej niepochlebne.
Ale Chłop dał mi do myślenia…
Można powiedzieć, że na kościoły diecezjalne i Episkopat nie ma już co liczyć. Ludzie potrzebują nadziei, ale nie da się jej przekazywać w taki sposób.  Doskonale rozumiem uregulowanie należności i walkę o to, by państwo nie sięgało do kieszeni zwykłego podatnika, tudzież kapłana. Ale… Czy tylko ja mam wrażenie, że Chrystus kiwa głową z politowaniem i niedowierzaniem co do jednych i drugich? Idziemy z duchem ewolucji: pieniądz wypiera ewangelię, jak homo sapiens pana neandertalczyka(czy jakoś tak).
A może to czas by sprawdzić, czy zwykły „szarak”: jest coś w stanie z siebie wykrzesać w kwestii już nie tyle głoszenia ewangelii, ale szerzenia na powrót właściwych wartości. Nie będzie to oświeceniem, gdy powiem, że są one kompletnie niepoukładane. Może to taki Boży test, by się przekonać, czy umiemy w tej kwestii polegać też na sobie a nie tylko na kapłanach, którzy też się pogubili(przynajmniej niektórzy). Ja osobiście się cieszę, że istnieje alternatywa w postaci kościołów zakonnych, gdzie zawsze znajdę nadzieję, a dla środowisk diecezjalnych i episkopatu (za przykładem zasłyszanego kiedyś stwierdzenia) jest to być może nauczka pokory. Moment, w którym wypada się przebudzić. Szkoda tylko, że pobudka następuje wtedy, gdy zagrożona jest kieszeń takiego z drugim… Pomijam tu inne przeznaczenia pieniędzy funduszu…
Może i dobrze, że episkopat tak dzielnie walczy, ale chyba zbyt ambitnie. Zawsze to jakaś nauka. Według mnie nauka dla zwykłego człowieka, by zostawił to na boku i wziął sprawy w swoje ręce. Jeśli tylko potrafi, chce i umie dawać siebie… Ewentualnie zapraszam do odwiedzin w środowisku zakonnym.
Przepraszam, jeśli te słowa zabrzmiały ostro, obraźliwie i radykalnie. Przepraszam też, że braki w wiedzy i nie-stuprocentową orientację w temacie, ale słowa te są wynikiem chwili… Wyrażam nadzieję, że atmosfera się uspokoi i chłopaki dojdą do jakiegoś porozumienia. A ty człowieku bierz się za siebie. Dziękuję za uwagę.

piątek, 4 maja 2012

Trudna jest ta mowa

Doświadczenie w gastronomii nie jest potrzebne, aby mieć umiejętność robienia papki. I to z nie byle czego. Z mózgu. Potrzeba do tego tylko słabego,  pogubionego człowieka plus środowisko, które ma na niego duży wpływ, media, dobierające tylko to, co tak naprawdę nic nie wnosi do życia i świadomości bądź ludzi, którym się to podoba. W tym świetle uważam, że nie uległem temu, ale zapłaciłem za to pewną cenę: brak luzu, chilloutu(czy jak to się tam nazywa), możliwości wybicia się i zwrócenia na siebie uwagi innych(chociaż nie wiem, czy się nie mylę…), odporności na postawy obojętności i jej pochodnych…
Studium drugiego człowieka nie jest łatwe, szczególnie, gdy jest to wszystko przesiąknięte wspomnianymi przeze mnie kwestiami plus tym, czego sam nie jestem w stanie do końca tolerować, choć próbuję. A znowuż nie należę do takich, którzy mają to gdzieś i ewentualnie odchodzą, jak się nie podoba. Bo mnie się zwraca na coś uwagę i ja po analizie zgadzam się. Niemal zawsze… I to nie jest kwestia jakiejś uległości, ale chęci poznania i przyzwolenia na konfrontacje wewnętrzne, by dojść samemu do ładu(pisałem o tym częściowo kilka postów wcześniej- tekst o Hansie). To chęć dojścia do prawdy, nie tylko o sobie.
To chęć dojścia do prawdy i nie trwania w głupocie, w nieświadomości, w rozchwianiu i destabilizacji emocjonalnej. Dwa ostatnie od kilku lat są moim piętnem i przeszkadzają w życiu. Mam tego świadomość i póki co… na tym się kończy.
Podupadam i opuszczam ręce, gdy coś mi nie wychodzi, jak tego chcę. I… w sumie na tym też się kończy. Powinienem wymagać rekompensaty, a drugiej strony nie mogę z różnych względów. W takich sytuacjach obiecuję sobie przypominać fragment piosenki Eldo: „Bo człowiek nigdy nie jest spisany na straty”. Ani ja ani ktoś mi bliski mimo wszystko…
Może jeszcze nie czas, bym stanął w centrum czyjejś uwagi, jak zawsze tego pragnąłem. Czasem to wystarczy za cały świat. Ja wiem, trudna jest ta mowa i kto jej może słuchać.
Chyba dlatego jest trudna, że wszelkim sposobem(i za pewnym przykładem) staram się, by była prawdziwa…

wtorek, 1 maja 2012

Troszkę z boku. Rączki złożone.

Zdradzę wam pewną tajemnicę, ale nie mówcie o tym nikomu. Mianowicie: od kilku lat nie składam rąk do modlitwy i podczas mszy świętej, na której i tak bywam rzadziej, niż kiedyś. Nie podoba mi się to. Źle mi się to kojarzy i w ogóle jest be. Zatem jaka jest teraz moja postawa? Ręce w kieszeni, na pośladkach, sisiorku[1]? A może jeszcze jakaś inna?
Nie odpowiem od razu na to pytanie, bowiem stwierdziłem, że wypadałoby z mojej strony postrzępić sobie troszkę języka na tych gestach i postawach, szczególnie gdy wykonują je ludzie DWULICOWI. Ale pewnie i tak tego nie zrobię(choć powinienem), bo cenię jednak spokojną refleksję…
Więc to nie będzie rozważanie na temat złożonych rączek, tylko o powszechnej dwulicowości… Dwulicowości, która jest kolejnym czynnikiem, sprawiającym, że człowiek przestaje wierzyć.  Wiem, o czym mówię, bo słucham tego w niektórych wypowiedziach. I wiem, że sam balansuję w tej niebezpiecznej strefie…
Dwie bolesne sytuacje zaważyły na moim podejściu do sprawy, obie związane z podejściem ludzi, obie w okresie mojego służenia do ołtarza i obie, w których część winy zabieram ze sobą, nawet, jeśli tej winy nie było wcale.
Pamiętam dłoń zaciśniętą na gardle chwilę po tym, jak powiedziałem pewien żart, który jak się potem okazało uraził kolegę. Mój błąd, moja niewiedza- także o tym, że kolega swego czasu „chorował”(nie wiem, jak jest dziś). Sedno jest takie, że zabawny był wtedy widok małego szamanka, wiszącego parędziesiąt centymetrów nad podłogą, na tyle, że szkoda było tak szybko interweniować. Dopiero, kiedy oczy się nacieszyły- nie wiem, ile to trwało, to wtedy można było podjąć jakieś kroki łagodzące. Wszyscy razem chwilę wcześniej mieliśmy złożone rączki.
Druga sytuacja podobna, chociaż tu wchodzi w grę też moja osobista pomyłka… A w zasadzie nadmierna chęć obrony słuszności moich dobrych intencji, które miały na celu pchnąć coś do przodu. A, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane, to skończyło się podobnie- wylądowałem na stole, przyduszony chwilę po tym, jak powiedziałem, co myślę o gościu, który mnie skrytykował za te dobre chęci[2].
Fabuły obydwu akcji miały miejsce w kościele w zakrystii, w miejscu, w którym nauczyłem się trzymać ręce przy sobie- niezależnie od okoliczności.  W końcu miałem poszanowanie do miejsca. Dziś trochę tego żałuję, bo jeśli co niektórzy nie mieli względu na miejsce i zachowywali się, jak bydło bądź 3000 świń z chlewu, to dlaczego ja miałem się hamować? Przecież też mogłem na kimś się odegrać, przydusić do ściany, jak mnie wyzwał, obmawiał, a potem złożyć rączki.
Przypomina mi się tu pewna kontra, jaką już postawiłem parę postów wcześniej: patrz na siebie, chlewem się nie przejmuj.
Dlaczego o tym wspominam? Przez takie sytuacje, jak i wiele innych, które odkrywałem w zachowaniach ludzi przez kolejne lata stało się tak, że złożone rączki utarły się u mnie, jako symbol fałszu, arogancji i obłudy.
Można mieć złożone rączki, a nieczyste myśli- wielu tu z przyjemnością wskaże na popularny pierwszy rząd starszych pań, tudzież moherów i ich pobożność w kościele, a zupełnie inne zachowanie poza. Choć niekoniecznie… Ale takie rzeczy są normalne…
Można mieć złożone rączki, a krytykować kogoś za nie zgadzanie się z poglądami. Można mieć złożone rączki, a za chwilę zrobić zadymę. Można mieć złożone rączki i jednocześnie spławiać ludzi. Można mieć złożone rączki i nie przejawiać tolerancji. Można mieć złożone rączki i być aroganckim, łasym na pieniądz. To się nie godzi w momencie, gdy są złożone rączki.
Można jednak mieć złożone rączki i w duszy kierować się jakąś misją i posługą. Kto z nas to potrafi? Na pewno wielu. Co nie zmienia faktu, że pozostali już podjęli decyzje… Bo za blaskiem złożonych rączek skryło się wielkie kłamstwo. Ale…
Po drugiej stronie barykady są ludzie wiarygodni i walczący o wiarygodność! Wrzuceni do jednego worka razem z tym dwulicowym motłochem…
Można się zawieść na przykładzie jednego, a można na przykładzie wielu. Oto, jak dzisiaj siła fałszu człowieka potrafi nieraz przysłonić obraz Tego, co jest prawdziwe. „Nie przyznaję się do wiary, pokazywanej przez ludzi- dla mnie to jest tylko fałsz. Chcę się trzymać swoich zasad i pomagać ludziom” – nie waż mi się mówić, że w tej wypowiedzi nie ma racji. Oprócz niej na pewno wyrażona jest chęć poszukiwania...
Wiem po sobie, jak to wygląda w kwestii tych zawodów… Ale w przeciwieństwie do tych, o których powiedziałem, że podjęli już decyzję, ja jeszcze nie złożyłem broni. Zmieniłem tylko troszkę technikę walki.
Usłyszałem kiedyś, że w dzisiejszej porąbanej rzeczywistości każdy, kto „decyduje się wstąpić do seminarium, zostaje mianowany potencjalnym pedofilem”. Zatem podobnie można powiedzieć o złożonych rączkach.  W oczach tych, którzy się zawiedli każdy, kto ma złożone rączki, jest potencjalnym kłamca i dwulicowcem. I nie pociesza fakt, że znam osobiście paru ludzi, którzy odbiegają kompletnie od tego bolesnego spojrzenia. Nie muszą oni składać rączek, abym miał pewność, że ich świadectwo jest wiarygodne. Tak samo ja nie muszę składać rączek, bo ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą, co mam w środku, co chcę powiedzieć i jakie nieraz przeżywam destrukcyjne tarcia, nim się ostatecznie określę wobec czegoś.
Mógłbym na zakończenie powiedzieć, że nim się złoży rączki trzeba stoczyć walkę. Trzeba stanąć przed lustrem i uświadomić sobie to, co mam w środku, mówiąc językiem wiary: „zdajmy sobie sprawę ze swych słabości” i nie negujmy ich. To jest właśnie wiarygodność- umiejętność przyznania się do siebie i nie tworzenia fałszywego obrazu! To cecha, o którą staram się ja, starasz się ty, nim obaj/oboje(niepotrzebne skreślić) złożymy rączki. Wiarygodność wobec siebie i wobec innych, jako przeciwieństwo dwulicowości. I na koniec umiejętność pokory, której elementem jest przyjęcie krytyki i spokojna obrona, gdy jest ona mylna.
„A we mnie samym wilki dwa
Oblicze dobra, oblicze zła
Walczą ze sobą nieustannie
Wygrywa ten, którego karmię”(Luxtorpeda „Wilki Dwa”)
Schemat jest zatem prosty: bój o siebie, jako droga ku wiarygodności-> prawda o sobie-> wybór (oczywiście tego, co dobre) ->(ewentualnie) złożone rączki. Prosta recepta na to, by człowiek z potencjalnego kłamcy stał się dobrym świadectwem, także w oczach innych. A i ci, którzy się zawiedli na złożonych rączkach, znajdą w sobie siłę, by ponownie spojrzeć na to przychylniejszym okiem.
Życzę tym pierwszym(także sobie) udanego boju, a tym drugim(także sobie) więcej wiary w tych pierwszych i chęci poszukiwania.
I żeby ktoś mi nie powiedział, że w zdaniu wyżej przejawiam dwulicowość. Nie ma takiej opcji. Wspominałem na początku, że balansuję na cienkiej granicy. Pewnego dnia powieje wiatr i spadnę na jedną stronę albo na drugą. Albo- idąc tokiem myśli księdza Józefa- rozkraczę się gdzieś pośrodku o obiję sobie sisiorka.



[1] Z ust ks. Józefa, byłego wikariusza mojej rodzinnej parafii – rok 2000 lub 2001.
[2] W przypadku obydwu tych przykładów przepraszam- być może kiedyś anonimowi, o których wspomniałem w tych sytuacjach to przeczytają, a wtedy mi się oberwie już nie za to, że wtedy się tak stało, ale za to, że postanowiłem o tym powiedzieć po latach i (być może) nadszarpnąłem czyjś wizerunek. Nie zmienia to faktu, że czułem potrzebę przypomnienia sobie tego i opowiedzenia o tym, chociażby z uwagi na temat, jakiego się podjąłem.