czwartek, 3 stycznia 2013

Moralna ocena gniewu…


Przypływ mądrości mierzy się upływem żółci
Ty jesteś młody i głupi
Zbyt często lubisz się upić
Jak pies zaszczuty, który w każdym widzi wroga
Gniewem zatruty, ledwo stoisz na nogach.
Twój rozum już śpi, ty jeszcze nie
Wypiłeś już dosyć, więcej chcesz
Musisz udowodnić wszystkim, że z tobą się kurwa nie zadziera
Wypić, zapalić i udawać menela
Potem wrócić do domu, na swoją kobietę się wydzierać
Gdy ona zbiera Cię z ziemi, próbując coś zmienić .
Ja nie chcę już tego przeżywać, wybacz
Zmywać to czym rano będziesz rzygać
Po wódce i piwach, nie mogę patrzyć jak przegrywasz
Jak coraz bardziej odpływasz .
Ostatni iskra domowego ogniska, ledwo już błyska
A każda bliska osoba toczy jad z pyska i ciska wyzwiska,
Mamy przecież te same nazwiska
Więzy słabną,
nerwy słabną,
uczucie gaśnie
Rosną waśnie
a właśnie w tym czasie, Twoje dzieci dorastają w hałasie.
Desperacja rośnie, jest coraz głośniej
Uciszyć ten hałas i przestać pościć
Zepchnięci, zdepnięci, z niechęci
Zaciskają pięści by walić, bez granic
Na oślep, bez celu, bez wartości, 100% złości
Dwa ‰ we krwi, nie powstrzyma go nic
Nie potrafisz jasno myśleć, a potrafisz mocno bić,
Otwierasz dłoń i wbijasz, uderzasz jak pijak,
Zabijasz siebie, ją i przyjaźń, i miłość co była,
Z czym czy warto się upijać, coś co nie mija,
Jedno na milion, ona mija.
Teraz patrz na łzy, rozmazany makijaż |x2

Ref:
G - gromadzisz go w sobie i spijasz
N – niszczy, pali mosty zabija
I - instynktownie budzi fobie
E - elementarne w walce z wrogiem
W - lecz wróg jest w tobie i nim płoniesz

Gdzie byłaś całą noc,
Powiedz kurwa, gdzie się szlajasz?
Dzieci znów ryczą, ja czekam na ciebie jak pajac
Wydzwaniam do ciebie raz, drugi, setny i następny .
I zgadnij co do chuja?! - Abonent jest niedostępny!
Jasne kurwa, wyładowała Ci się komórka.
Możesz mieć mnie w dupie, ale tam płacze twoja córka,
Zrobiłem kolacje, położyłem spać ją, chciała do mamy,
Gdzie jest mama, gdzie jest mama?
Co mam powiedzieć - nie ma mamy?
Gdzie ty byłaś w ogóle?
Zobacz jak wyglądasz - jak zdzira,
Ledwo trzymasz się na nogach
Kurwa - dawno żeś nie piła,
Co to za strój? Przy mnie ty ubierasz się w łachmany,
Nic nie robisz tylko stękasz koczkodanie poczochrany,
Ciągle nie zadowolona, wielka pani obrażona
Nie wiadomo na co kurwa,
Normalnie idealna żona.
Przestań drzeć ryj na mnie,
Na mnie jeszcze masz czelność,
Pamiętasz co obiecałaś mi na ołtarzu?
Miłość i wierność!
No jasne rozjeb ten talerz, niech sąsiedzi słyszą
Myślisz, że Julce nie wstyd w szkole, że jej rodzice tylko krzyczą?
Że jej matka co chwila z innym frajerem jeździ furą?
Nie myśl sobie, że jesteś dupa,
Jesteś tylko domową kurą.
I co masz mnie za głupka?
Przyprowadzasz tu tego dupka,
Wiem bo mówiła Julka, że ma kurwa nowego wujka
Wujka kurwa!
A ja w pracy tyram za dwóch,
Ty przechlewasz te pieniądze, albo kupujesz se ciuch,
Gdzie z tymi łapami?! Odejdź, bo rozpierdolisz drzwi,
Nie dość Ci tego syfu,
Przestań się drzeć, bo Julka śpi.
No pięknie - Julka idź do swojego pokoju
Ja zwariuje tutaj kurwa, serdecznie dość mam tego gnoju,
Wychodzę, rozumiesz wychodzę, się wyprowadzam,
Ja jestem zerem wiesz, ale przynajmniej cię nie zdradzam
(Żyjąc w gniewie, widząc siebie w niebie)

52Dębiec – Gniew(zapożyczone ze strony tekstowo.pl)


Hans i Deep już dawno wiedzieli, że gniew nie jest w stu procentach grzechem. Ja zresztą też. I choć w tym momencie sprawiam wrażenie próbującego obalić teorię 7 grzechów głównych, to jednak mam pewność, że nie obalam ich wcale. Nauka teologiczna powinna wiedzieć, że nie wszystkie aspekty gniewu da się zaklasyfikować, jako grzech…
Bo w chrześcijaństwie nieuporządkowany bądź nieuzasadniony gniew jest wymieniany jako jeden z siedmiu grzechów głównych, gdyż świadomie podsycany i budzony, jest sprzeciwieniem się miłości bliźniego, która stanowi podstawową zasadę moralną Nowego Testamentu[1]. Tylko jakie ma to znaczenie dla ludzi, którzy dopuszczają się wypaczeń w rozumowaniu gniewu. Słyszało się o takich, którzy przyuczają, że nie wolno bez względu na wszystko. Rośnie wtedy człowiek, który podatny jest na ogromne zniszczenia. Wiem po sobie.
Rabin Kushner w swojej książce „Kiedy ludziom dobrym przytrafiają się rzeczy złe”, napisał o gniewie, jako o czymś, czemu NALEŻY dać wolność, upust. Wskazuje na wypaczenia w wychowaniu, które nieświadomie tłumią emocje: nie płacz, bo to takie nie męskie; bądź twardy; nie rób wstydu; wszystko będzie dobrze i wiele innych. Gniew, będący tu tłumioną reakcją na negatywne bodźce to potężna toksyna, która zatruwa człowieka, w którym się rodzi. Patrzę teraz właśnie w lustro…
Jednym z takich bodźców jest patologia, o czym traktuje tekst Hansa i Deepa, który przytoczyłem na wstępie. Patologia, na którą chyba nikt z nas, w miarę trzeźwo myślących na pewno się nie godzi. Gniew, zwłaszcza tłumiony jest tu reakcją na cykl, cyrkulację pewnych zachowań, słów, stylu bycia i niemożność doprowadzenia do ugody. Patologia jest tu bodźcem tak jakby najbardziej rozpowszechnionym, choć troszkę przyziemnym.
Naturalny jest też gniew, będący wynikiem niepowodzeń(odchodzi dziewczyna, niewypał w pracy) lub mający uwarunkowania społeczne. Obie sytuacje są jednak dylematyczne, wprowadzają zamęt i mogą wywołać inne niepożądane reakcje, nadużycia. Gniew kontrolowany? Na pewno coś takiego istnieje. A kontrola opiera się powiedzeniu sobie, że nie warto, ale dopiero wtedy, gdy da się upust. Odchodzi dziewczyna(z własnej głupoty, z pragnienia wolności albo z powodu chęci zmiany obecnego modelu na jeszcze lepszy) – ciężko jest wtedy milczeć i tak najnormalniej w świecie przejść do kolejnego rozdziału. Z drugiej strony wygląda to tak samo.
Jest mnóstwo innych powodów, dla których gniew należy usprawiedliwić. Wypada wspomnieć o ogólnym oburzeniu na władzę: podwyższenie podatków, bezrobocia, utrudnianie prostym ludziom życia(choćby fotoradary, które teraz tak są na czasie)… Jest gniew, jako reakcja na ogólne sytuacje międzynarodowe(nowe, bezsensowne konflikty); wielość paranoi i niepoukładanych wartości lub dążenie gdzieś po cichu do ogólnej władzy nad światem(NWO – powinniśmy wiedzieć, co to za zagrożenie i jakie mogą być jego elementy w najbliższym czasie), czy też na zachwiany system wartości i norm etycznych(w moim przypadku gniew na promocję homoseksualizmu, wszelkich legalizacji i tego, co jest z tym związane – taka osobista sprawa, żeby nie było, że ja jestem nieskażony gniewem).
Kiedyś usłyszałem, że nie idę drogą dobra, bo mam w sobie dużo gniewu i jestem nienawistny. Na swój sposób ten ktoś miał rację, mówiąc mi to, ale latami zajęło mi określanie, jakie są powody tego gniewu. Sporą część z nich wymieniłem wyżej, więc proszę wytknąć bezpodstawność moich reakcji. Być może to jest bunt jednego z przedstawicieli pewnego rodzaju idealizmu(przecież takowi powinni już dawno powymierać). Co poradzę? Ciężko czasem o miłość i miłosierdzie…
Zrobiłem teraz ciekawą rzecz… Przyznałem się do tego, że mam gniew i nienawiść. Zrobiłem to, uświadamiając sobie jednocześnie paradoks rzeczywistości gniewu – z tą świadomością lepiej się żyje. Bo są tacy, którzy wskażą gniew jako zło bez względu na wszystko – skażą jednocześnie człowieka śmierć, kiedy nie pozwolą mu dać upustu owego gniewu z jakichś konkretnych powodów. Gniew bezpodstawny jest absolutnym złem, ale czy dzisiaj jest ktoś kto gniewa się od narodzin tak po prostu i bezpodstawnie – nawet przez całe życie? Zawsze są i będą powody…
A jeśli pytasz o moralną ocenę gniewu, to nie jest ona jednolita. Są przypadki minusowe(brak podstaw) i przypadki zerowe(których dziś jest na pęczki), które z powodzeniem można usprawiedliwić. Wymieniłem pozytywne aspekty? Jak widać nie. Bez względu na wszystko gniew pozytywną rzeczą nie jest: nie leczony – niszczy, nie uwolniony i tłumiony – niszczy jeszcze bardziej. I ten paradoks jest w nas samych…

Inspirowane w dużej mierze książką Rabina Kushnera pt: „Kiedy ludziom dobrym przytrafiają się rzeczy złe”.

sobota, 29 grudnia 2012

Moja pierwsza recenzja(tak sadzę). "Hobbit. Niezwykła podróż"..

Wczoraj wieczorem wróciłem z seansu Hobbita i byłem w ciężkim szoku. Dziś w momencie pisania tych słów nadal jestem w szoku, choć już na tyle opadły emocje, że można zebrać myśli.
Nie jestem fanem tolkienowskich powieści, aczkolwiek mi, jako próbującemu tworzyć opowiadania, powieści posłużyły one za pewien wzór na kreowanie świata, z którego mogę czerpać. Przyznam się jednak z ręką na sercu, że „Hobbita” czytałem, jakieś 7-8 lat temu i nie pamiętam z niego prawie nic, dlatego nie zamierzam całkowicie, jak coniektórzy, zestawiać filmu z książką(część wątków powieści jednak kojarzę, więc być może się pokuszę o takie zestawienie). Dodam, że u mnie w szkole prawdopodobnie była to jedna z dodatkowych lektur!
Istnieje możliwość, że spotkam się z linczem fanów, ale taki lincz nic nie znaczy dla kogoś, kto chce się podzielić prywatnymi wrażeniami.
Fabuła chyba wszystkim znana. Hobbit Bilbo Bagginsz Shire za namową czarodzieja Gandalfa wyrusza wespół z trzynastoma krasnoludami na wyprawę, której celem jest wygnanie z Samotnej Góry smoka Smauga i odzyskanie zagarniętych przez niego skarbów. Po drodze przeżywa wiele niesamowitych przygód: spotkanie z elfami, krasnoludami, ludźmi, trollami i innymi dziwnymi stworzeniami, a nade wszystko staje się uczestnikiem i naocznym świadkiem jednej ze znaczących bitew, zapisanych na kartach historii Śródziemia.
W zasadzie to nie wiem, od czego zacząć… Pokuszę się najpierw o stwierdzenie, że reżyser Peter Jackson stworzył najlepszy świat fantasy na świecie. Dziwne trochę zdanie, ale cóż. Po dekadzie od ekranizacji „Władcy Pierścieni” nie zmieniło się nic z magii, która oczarowała mnie już wtedy. Takiemu samemu oczarowaniu uległem wczoraj. Jest rajski świat elfów, pełen ciepłych barw, do którego zawsze dociera słońce – mimo, że znajduje się między górami. Są mroczne podziemia orków i troli, mogące być analogią piekła. Są też bardziej naturalne rejony, uczęszczane przez ludzi, krasnoludy, hobbity i inne(być może) spokojne stworzenia. Słowem: nie zmieniło się nic – jest piękno i barwne kategorie świata, do którego każdy może na chwilę uciec i zabrać coś dla siebie. W moim sercu i pamięci ten czar odcisnął solidne piętno.
Wsłuchuję się w opinie, że Jackson przekombinował z ekranizacją. Nie znam się, to się wypowiem. Sam się nad tym zastanawiałem. Trudny do skomentowania wydaje mi się podział „Hobbita” na trzy części, podobnie, jak z „Władcą Pierścieni”, ale zostawię to reżyserowi. Jako, że prawie nie pamiętam książki, to ciężko mi stwierdzić, które wątki w pierwszej części zostały potraktowane z należytą czcią, a co zostało dodane. Generalnie ekranizacja stanęła gdzieś w połowie książki. Wszystkie zdarzenia, jakie tam miały miejsce(przybycie Gandalfa do Shire, wizyta krasnoludów, wędrówka, spotkanie trolli, odpoczynek u Elronda, gra w zagadki z Gollumem) zostały zawarte. Fani na pewno dopatrzyli się kilku bonusów. Ja zresztą też – szczególnie w jednej z ostatnich scen. Wartości filmu to jednak nie odejmuje, jeśli celem jest rozrywka(ktoś powie: KASA), oczarowanie widza i wgniecenie go w fotel. Sam Jackson być może stęsknił się za ekranizacjami tolkienowskimi. Miał świadomość, że to najlepsze, co mógł stworzyć. A jeśli dzieło w fazie pracy przysparza twórcy najwięcej radości i spokoju, to można się spodziewać czegoś niebanalnego.
A w fotel człowiek jest wgnieciony. I nie dzieje się to wyłącznie za przyczyną Śródziemia, emanującego swym pięknem, ale swój wkład daje tu też akcja, okraszona humorem, wynikającym z niby niepozornych scen(co niektóre z nich widzowie śmiechem odpowiednio przypisali dzisiejszym sytuacjom). Rację mają ci, którzy mówią, że ekranizacja trwa 2,5 godziny, a wciąga na tyle szybko, że czas mija, jak mrugnięcie oka. Potwierdzam: czas mija, jak mrugnięcie oka, a po seansie akcja toczy się nadal. Jest niedosyt. „Trwaj chwilo, jesteś wieczna”. Bądź wieczna. Prawda?
To film z cyklu „w drodze”. Sceny batalistyczne nie są takie stricte batalistyczne. Nie ma w nich takiego rozmachu, jak w poszczególnych częściach „Władców”(szczególnie w ostatniej), ale „Hobbit” to coś innego. Inna fabuła, inne wymagania. To, co zostało pokazane w ekranizacji(nawet, jeśli to jakiś bonus) i tak robi wrażenie(mówię tu np. o pielgrzymce-przedzieraniu się krasnoludów przez hordy orków w ich podziemiach, czy tez jedna z ostatnich scen, będąca pierwszym starciem dwóch antagonistów).
Charakteryzacja postaci jest bardzo dojrzała i ambitna. Ale, gdybym miał się czepić… Fryzury krasnoludów – tutaj troszkę przesadyzmu(ale to ja tak myślę). Warkoczyki, fikuśne i wymyślne brody. Najbardziej naturalnie spośród nich prezentował się sam wódz krasnoludów. Trolle i orki wyglądają szkaradnie, jak zwykle(chwilami tej szkaradności jest ciut więcej niż w ekranizacjach z lat 2001-2003). Czarodziej wygląda skromnie, acz dostojnie, a hobbit jak prawdziwy wędrowiec.
Muzyką ponownie zajął się Howard Shore, tworząc oprawę, która błyskiem wpada w ucho, wywołuje uśmiech na twarzy, prowokuje do wybicia się w górę, jak ptak, a ponad to pasuje pod klimat wędrówki, choć czuję, że niektórzy powiedzą coś zupełnie innego. Wsłuchując się w nią(nawet w tej chwili) wyobrażam sobie poszczególne sceny.
Co do aktorów… Nie ma szans, by uchwycić i opisać grę każdego z nich. Wybrałem tych, którzy z różnych względów są mi bliscy(jako aktorzy lub/i grane przez nich postacie). Zacznę od najbliższych memu sercu.
Gandalf, grany przez Iana McKellena(po raz kolejny zresztą) kreuje postać dobrego ducha Śródziemia, który czuwa niemal nad każdym na ile potrafi. Poczciwy, spokojny, niepozorny staruszek, wymachujący nie raz dziarsko mieczem, gdzie popadnie, przywołując czasem przy tym moc swej magii, skoncentrowaną w lasce. Takiego Gandalfa, kreowanego przez McKellena pamiętamy, oglądaliśmy i oglądać będziemy w kolejnych częściach.
Tytułowy Hobbit. O ile w książce wydał mi się on postacią nieco tchórzliwą i rzeczywiście uciekająca od trudności, to w filmie Martin Freeman i kreowana przez niego postać pokazali jak to się może zmieniać. Gra tego aktora bardzo mnie przekonała. Stworzony przez niego hobbit, jako mała, nic nie znacząca postać, początkowo się nie liczy. I może dobrze, że bo przecież kocha ciepło domowego ogniska i spokój. Ale z biegiem czasu zaczyna dostrzegać pewne wartości oraz staje przed arcytrudnym zadaniem: udowodnieniem, że istnieje i jest coś wart. Musi to udowodnić zarówno sobie, jak i innym, by zostać docenionym. To walka o wiele trudniejsza i zbierająca większe żniwo, niż jakakolwiek bitwa między dwiema armiami.
Do pozostałych, choć oddalonych już troszkę od mojego serca zaliczam wpierw Thorina(Richard Armitage). Gniew, chęć zemsty i upór dominują nad wodzem krasnoludów, ale po drugiej stronie stoi też honor i lojalność wobec pobratymców – z czasem też wobec małego hobbita. Następnie Fili(Dean O’Gorman) i Kili(Aidan Turner) – dwójka młodych, bojowych i narwanych krasnoludów, celnie strzelających z łuków z odległości najmniej kilkuset metrów(musieli brać lekcje u Legolasa). Elrond(Hugo Weaving) i Galadriela(Cate Blanchett), jako ostoje spokoju i troski, a zarazem dumy i piękna. Na koniec należy wspomnieć o postaci kultowej. Gollum. To, że Andy Serkis jest do tej roli stworzony, to wiemy nie od dziś. O ile we „Władcach” grał naturalnie, to w „Hobbicie”… Hm… Gdzieś tam słyszę opinię, że przeholował. A może tak miało być? Dostał więcej czasu na pokazanie postaci Golluma – schizofrenika, która bardziej wywoływała pozytywne emocje, niż antypatię. Ten wyraz twarzy, zachowanie i głos… Filmowy Gollum to już zapewne klasyka. Tutaj wszystko mamy raptem w jednej tylko scenie. Wybaczcie, że nie przyjrzałem się reszcie aktorów.
Można by już w sumie skończyć, bo słyszę głosy, że przedłużam. Iść na „Hobbita” do kina? Obowiązkowo. Ja się zbierałem ponad pół roku. Pokuszę się o stwierdzenie, że póki co ekranizacja, mimo, że trochę przekształcona, bardziej mnie przekonuje od książki. Przemycone są tu wartości, które w naszych realiach trudno jest znaleźć z uwagi na panujący bałagan. A człowiek ucieka w fantazję, bo szuka ratunku, szuka nadziei na lepsze lub fundamentów na których mógłby się oprzeć. W tym świecie jasno jest przedstawione, co jest dobre, a co złe. Od człowieka zależy, co wybiera.
A dzięki takim książkom, czy filmom możemy być tylko lepsi, bo tam w  metaforach i uosobieniach znajdujemy ratunek dla siebie i na to, co jest dziś. Tego, czego człowiek nie odnajdzie w realiach z pewnością znajdzie tutaj, jeśli się głębiej przyjrzy. Starczy tylko uruchomić wyobraźnię i dać się ponieść fantazji. Witamina, pomagająca dalej znosić życie.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wymieram...



                Od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie pewna wypowiedź, którą widziałem na jednym z forów internetowych. Nie jestem w stanie powiedzieć, czego ono dotyczyło, ale owa wypowiedź zawierała w sobie myśl na temat relacji międzyludzkich i miłościwie nam panującego rozluźnienia obyczajów, głupoty, manipulacji, niszczenia prawdy i wypaczonych „wartości”. „Romantyzm wymiera”… A wraz z nim romantycy, Ci, którzy jeszcze miłują i prezentują prawdziwie radykalne, ludzkie wartości, będąc w opozycji do antywartości. Romantycy i dekadenci… Co po nich zostanie? Nie pytaj…
                Nie pytaj, co zostanie po mnie, jako po jednym z przedstawicieli tego „odłamu”. Może nie stuprocentowym, wzbogaconym o pewne cechy inne od romantyzmu, ale jednak. Przyznaję się do takiego romantyzmu, będącego moim podstawowym fundamentem, który budował się latami.
                Skrajny romantyzm reprezentowali Słowacki, Mickiewicz… Ja się czuję w tej sferze taki troszkę zmodyfikowany. Po jednej stronie są:
·         Pewien rodzaj buntu wyraźnie nakierowany na zdewartościowaną rzeczywistość
·         Dekadentyzm
·         Naiwna, choć głęboka wiara w dobre rzeczy
·         Wyważona troska o człowieka
·         Bogaty i nadal ubogacany światopogląd
·         Miłość
·         Cierpliwość
·         Ofiarność
·         Dobroć
·         Świadomość samego siebie
·         Wrażliwość
Ale istnieje też druga strona medalu, a na niej wyryte cechy negatywne, takie jak:
·         Zgryźliwość
·         Chamstwo
·         Wredota
·         Obleśny i cięty humor
·         Kpina(często ukrywana)
·         Wulgarność
Konflikt następował, gdy nie byłem w stanie kontrolować jednych i drugich. Choć dziś czuję się wyniszczony tarciami, spowodowanymi przez wyżej wymienione, to i tak jestem w miarę zadowolony. Wewnątrz pozytywny, romantyczny fundament, lecz na zewnątrz czasem jestem zmuszony nakładać maskę zgryźliwości i jej podobnych, gdy mam do czynienia ze sprawami, wprowadzającymi mętlik. Co i tak nie zmienia faktu, że romantyzm wymiera, a ja wraz z nim.
Pytam się: gdzie się podziała miłość do człowieka, jako do człowieka, a nie do tego, co on posiada? Gdzie jest towarzysząca owej miłości rozwaga, kontrola i ostrożność mimo wszystko? Dlaczego oddajemy się wyłącznie naszym popędom? Skąd i po co podziały, fanatyzm, wypaczenia wartości i naturalnych praw? I dlaczego niby, kurwa mać, mam się zamknąć?
Że niby weltschmerz? Moja diagnoza jest inna…
Idę tylko za cytatami, których autorstwo można chyba przypisać ostatniemu  pokoleniu normalnych ludzi… Bo jeśli ktoś mówi, że „trzeba korzystać, póki ci wartościowi ludzie jeszcze są, bo potem już nie będzie z kogo czerpać”, to coś to jednak znaczy. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ktoś stwierdził, że, choć nieliczni, to jesteśmy alternatywą na panująca modę na głupotę, manipulację i bylejakość, to również coś to oznacza. Dziękuję w imieniu tych ostatnich.
Bo jeśli ja osobiście słyszę, że tacy ludzie, jak ja wymierają… Taka kolej rzeczy: lepiej przystosowany gatunek(czyt. kłamliwy, pożądliwy, oszukańczy, zmanipulowany i wiele innych) przetrwa, a słabszy musi odejść. Podziękuję wtedy, gdy:
1.        Odejdę wraz z innymi podobnymi, a nie sam.
2.        Odejdę z poczuciem, że byłem potrzebny i kochany z wzajemnością.
To wystarczające lekarstwo na lęk przed zakończeniem tej ery… Wystarczające lekarstwo na lęk przed całkowitym wymarciem…

niedziela, 7 października 2012

Hołd dla Ciszy


Do ciszy trzeba dojrzeć… Mija czasem wiele lat, w ciągu których przewinie się wiele sposobów modlitwy – każdy na swój sposób honorowany. Traktuje się tu o śpiewie, postawach, gestach, odpowiedziach na wezwania kapłana, głównie w czasie eucharystii, modlitwa Słowem Bożym, modlitwa wstawiennicza… Przez ostatnie 20 lat poznałem wiele z tych sposobów, niektóre wpajano na siłę, zamiast zachęcić i pokazać. Poznałem je i na tym koniec… Znaczną część z nich omijam szerokim łukiem… Może dlatego, że wiążą się one ze wspólnotą, bądź z człowiekiem? Fałszywym, dwulicowym człowiekiem albo prawdziwym, któremu nie jestem w stanie uwierzyć… ?
                Znam się z ciszą od urodzenia, ale dopiero jakoś od kilku lat dojrzalsze jest postrzeganie jej kategorii. Co innego wyciszyć się na łące, czy na spacerze i „posłuchać śpiewu ptaków”, analizując pewne rzeczy, a co innego wyciszyć się w pustym kościele. Tylko w pustym kościele cisza nabiera swojej wyraźnej głębi. Stanowi to niepodważalny dogmat od rekolekcji w Sędziszowie.
I w tej właśnie ciszy dzieje się najwięcej…
I w tej właśnie ciszy modlę się najgorliwiej, bo wtedy każda sprawa, każda myśl, wspomnienie, złorzeczenie, plany, kryjące się w głowie, docierają do Boga. Nie trzeba ich wypowiadać na głos, bynajmniej ja nie muszę. Wolę to uczynić właśnie w ciszy. Mam wtedy pewność, że dotrze wszystko, nawet chwilowe złorzeczenie samemu Bogu. Bo przecież On zagląda także w nasze myśli. A może głównie w myśli?
Nie oczekuję od tej ciszy niczego. I chyba to jest najważniejsze – wystarczy, że zostanie to ode mnie zabrane. Najgorzej jest czekać na coś w zamian od Ciszy, od Boga, stawiać Mu wymagania. Można się wtedy zdrowo sparzyć. A nie lepiej opuścić ręce, być cierpliwym i poczekać na niespodziankę?
Jaki ja tu jestem… ? Na eucharystii najczęściej milczę, niemal się wcale nie udzielam. Staram się oddać kontemplacji, wyciszeniu, ale nie jest to łatwe w otoczeniu ludzi, mających nieraz skrajne cechy wymienione na początku. Idąc za stwierdzeniem, że modlitwa ciszą realizuje się najpełniej w pustym kościele, wspomnę miejsca, w których to doświadczenie doprowadziło do takiego poziomu, że naprawdę wyczuwało się tą obecność. Mówiąc po ludzku: „nie byłem tu sam, czułem, że był ktoś jeszcze”.
Sędziszów Małopolski. Tam się to zaczęło. Mocne doświadczenie tej ciszy, które zaczęło porządkować życie i porządkuje je po dziś dzień. Pusty kościół klasztorny, oszczędnie oświetlony ołtarz…
Kaplica na ostatnim piętrze seminarium wrocławskiego, kaplica na wydziale teologicznym tuż koło katedry wrocławskiej, puste kościoły… Cisza jest tam cały czas obecna, trzeba tylko dobrze trafić, by być z nią sam na sam. Obecność drugiego człowieka stanowi często dyskomfort – bynajmniej dla mnie. A może to też zależy od tego, jaki to człowiek?
Moim pobożnym, choć nierealnym życzeniem jest, by wszystkie kościoły były otwarte na oścież w ciągu dnia i ogólnodostępne, tak jak kościół na zakopiańskiej Olczy, czy parafia wrocławska na skrzyżowaniu Bardzkiej i Pięknej we Wrocławiu – ostatnie miejsca, w których doświadczyło się tej głębszej ciszy. Otwarte na oścież, by można było podejść pod sam ołtarz, a nie tak, jak w mojej parafii… Otworzyć na oścież te wszystkie blokujące przedsionki, szklane odrzwia itp., by nie oddzielały.
Bo im bliżej ołtarza zbliżam się samotnie, tym cisza jest większa…

wtorek, 28 sierpnia 2012

Troszkę z boku. Po męsku, czyli...


                Ciekawy jestem, ilu jest prawdziwych facetów na świecie? PRAWDZIWYCH. Pyta frajer (z wyglądu), który w młodszych latach był daleko poza schematami męskich zachowań.  W czasie, kiedy wszyscy pokazywali, jacy to oni nie są, to ja stałem z boku i być może w oczach wielu uchodziłem za frajera i odmieńca. Zaskoczę jednak tym, że po latach niewielką część spraw udało mi się nadrobić, a w innych przyjąłem swoją postawę, niepodlegającą pod żadną normę. Pomimo, że nadal nie odnosi to szczególnych skutków, to wygrałem. Wygrałem świadomość tego, że jestem mężczyzną walczącym o siebie do ostatka siebie.
                Dlatego pytam o liczbę PRAWDZIWYCH facetów… Nie tych, którzy dokazują na okrągło, na siłę chcą zwrócić na siebie uwagę, którym mózg rozlał się w mięśnie po faszerowaniu się sterydami. Nie egoistów, kpiarzy, cyników, bestii, którzy rzucą czasem kobietą o ścianę i(będąc bezczelnie dosadnym) zaczną ją rżnąć na wskroś i w pionie. Wymieniłbym jeszcze wiele innych epitetów i określeń, ale po co – resztę dopowiedzta sobie sami. A ja tymczasem stanę na głowie(parafraza jednego z moich pierwszych postów), może wtedy wszystko wróci do przyzwoitej normy…
O męskości słów kilka… Czyli prawie, jak kazanie w kościele z lekką nutką pikanterii i zapachu cebuli. Może jakaś definicja? Powiem w ten sposób: wg. mnie, nie ma takiej. A jeśli jest, to wypływa ona od każdego z nas i jest co najmniej inna. Wpływ na nią mają też rzeczywistość i postępujące zmiany, ale jej fundamenty gdzieś się tam jednak nadal przewijają – mocno przysłonione i momentami fałszywie pojmowane. Jeśli chodzi o mnie…
SIŁA – pierwsza w rankingu starego Szamana, a jednocześnie z taką trudnością przez niego zdobywana. Mężczyzna to ktoś, kto uderzy, kiedy trzeba. Bardziej jednak skupiłbym się na uderzeniu w życie. To umiejętność sprostania jego pokręconym meandrom (szczególnie dzisiaj) i samemu sobie. „Bądź silny, bądź męski, by ktoś przy tobie czuł się pewnie. Bądź chłop, nie baba”! Często to słyszałem… Męska siła oraz związana z nią ODWAGA to nie tylko cechy zewnętrzne: dobra postura, bohaterskie wyczyny, „hardcorowość” itp. Ogrom z tego dzieje się wewnątrz nas, tylko nie każdy chce się do tego przyznać. To uświadomienie sobie swojego zadania i wykrzesanie z siebie mocy na jego wypełnienie. Realizacja celu, planu na życie. To umiejętność parcia pod wiatr, bycie dla drugiej osoby jednocześnie parasolem. Dziwne, że mówi o tym gość, który często upadał i rezygnował. Ale…
WALKA, to druga w mym rankingu nieodłączna cecha mężczyzny, czasem wyniszczająca. Mimo wszystko ma sens. Jest ona jakby przeznaczeniem samym w sobie. Bo dajmy na to nie sztuką jest wygrać czyjąś miłość, czyjeś odwzajemnione uczucia. Sztuką jest to zachować na jak najdłuższe lata. Tak samo nie może mi wystarczyć wygranie z własnymi słabościami, demonami, ale sztuką jest zachowanie tego, co wtedy osiągnę. Zachowanie długo oczekiwanej, swoistej doskonałości, ostatecznej formy. Praca nad sobą jest rodzajem walki, trwającym nieraz całe życie. Konfrontacje światopoglądowe, osobowościowe też są walką. Z takiej walki wynika…
PRZYZNANIE SIĘ do samego siebie. To trzeci w rankingu element męskości „w moim wydaniu”, jednak mocniej zwracam na niego uwagę i żyję nim bardziej, niż dwoma poprzednimi. To element, który nabierał formy od wielu lat i nabiera jej nadal. Stawiam go, jako kontrę do spaczonego, męskiego ego, prezentowanego w słowach „co to nie ja”, „ja taki jestem? Bredzisz!”, czy „to wszystko twoja wina”. Niedobre jest branie przykładu z Piłata i umywanie rąk, zrzucając jednocześnie własne brudy na drugą osobę. Generalnie ten element nie powinien się tyczyć wyłącznie mężczyzny, lecz także kobiety, człowieka w ujęciu ogólnym. Ale to o mężczyźnie póki co…
Określiłbym to tak troszkę niedbale i niepewnie, jako wynik konfrontacji światopoglądowej lub osobowościowej z drugim człowiekiem, poprzedzony weryfikacją i retrospekcją, spojrzeniem we własne życie. Fundamentem tego określenia mogłoby być też niedawno zasłyszane przeze mnie stwierdzenie: „przejrzyj się w lustrze z oczu drugiego człowieka – zobaczysz siebie”.
Zatem to wynik zwyczajnej szczerej rozmowy, w której wytykanie naszej natury przez przyjaciela, czy ukochaną kobietę poddajemy analizie, której wynikiem jest przyznanie racji lub nie. Gdy okazuje się, że w tych sprawach, w których zostaliśmy wytknięci, występuje zgodność z rzeczywistością, to mamy motywację do poprawy. I to tylko w wypadku, gdy chcemy być wobec siebie szczerzy, a nie dominuje nad nami ego lub poczucie niemożności. Inaczej zamiast zyskiwać – tracimy, zamiast naprawiać samych siebie – robimy krok wstecz…
ŚWIADOMOŚĆ SŁABOŚCI. Brzmi troszkę, jak zaprzeczenie modelu męskiej siły i krążącym wokół niego ideałom. Nieprawda. Bo to właśnie świadomość słabości motywuje do walki, każąc zdobywać na nią potrzebne siły. Pisałem w jednym ze swoich tekstów hip hopowych: „Bezsilne dni są tutaj, jak kilo soli w oku/Miej tego świadomość, nie wyrzekaj się tych myśli”. Nie da się uciec i wykorzenić poczucia, że pewnego dnia czegoś nawarstwi się za dużo i dopadnie nas słabość. Nie da się ciągle tylko żyć podług reguły, że ja – mężczyzna – jestem oparciem, bezpieczeństwem, zbiornikiem na pomyje, zbieraczem ciosów na klatę, wiecznym słuchaczem itp. A słyszeli państwo o męskiej depresji? Ja – mężczyzna – też potrzebuję…
Kieruję to do niektórych panienek bez wartości, dla których mężczyzna jest dominującym samcem, wodzem, sterem, przewodnikiem lub nawet wołem stworzonym do pracy. Taka panienka bez wartości jeszcze wskakuje mu na plecy i wrzeszczy „wio!”. Kiedy przychodzi co do czego i owy mężczyzna okazuje chwile niemocy, to ona go opuszcza i szuka sobie nowego, bo tamten jest już nieprzydatny. Przesłanie do ciebie, kobieto: „Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam. Uczynię więc odpowiednią dla niego pomoc”(Rdz 2, 19). Odpowiednią pomoc. Ty jesteś tą pomocą.
Przesłanie do ciebie, mężczyzno: nie uciekaj, gdy pewnego dnia się ugniesz pod ciężarem, bowiem „moc w słabości się doskonali”(2 Kor 12, 9b). Paradoks? Nie. Niepodważalny dogmat tego, że po chwilach słabości wstajesz dwukrotnie silniejszy.
WRAŻLIWOŚĆ. To bardzo bliska mi cecha, która w mojej opinii winna być męską. To pewnego rodzaju słabość, która jest zarazem wielką, przyciągającą siłą. Ale zanim co…
Mógłbym tu powiedzieć, że nim stanę się mężczyzną, musze zaznać kobiecości – tak, jakby stać się kobietą. Coś jest nie tak z moją płcią? Wszystko w porządku, ale wrażliwość… Niby typowo kobiece, a jednak powinienem też to umieć wypracować. I kontrolować.
Dawniej w momentach panującego wokoło mnie dokazywania i szaleństw ja uczyłem się wrażliwości. Nie potrafię wskazać źródła, początku ten nauki, ale jej efektem stało się uwrażliwienie na drugiego człowieka, na krzywdy, jakie doznają zwierzęta, nawet na światowe kryzysy. Przerodziło się to w swoisty romantyzm, idealizm, który prawie mnie zabił. Wrażliwość stała się chorobą – nadwrażliwością, biletem w jedną stronę. Wrażliwość stała się tak samo sprzymierzeńcem, jak i wrogiem. Trzeba było więc zacząć ją oswajać, tresować, kontrolować… Uwierzcie – to nie jest łatwe zadanie, szczególnie po tylu latach trwania w tego typu „stanie”…
Męska wrażliwość, to wrażliwość kontrolowana. Trzeba umieć wykazać się w odpowiednim momencie dla bliskiej osoby współczuciem, by potem zaraz ją podnieść na duchu. Trzeba się umieć wykazać konstruktywnym językiem, konkretną argumentacją, by do tej osoby coś dotarło(wszystkim mężczyznom, jak i sobie polecam czytanie książek). Nie wystarczy powiedzieć, że „wszystko będzie dobrze”, bo samo z siebie dobrze nigdy nie będzie. By zbudować szczęście, trzeba „ubrudzić ręce”(Przemysław „Hans” Frencel).
I ostatni: SAMOKONTROLA.
Dlaczego się on tu znalazł? Odpowiedzią jest pewien obrazek bodaj na stronie kwejk.pl albo demotywatory.pl, na którym kobieta całuje śpiącego mężczyznę w policzek. Obrazek opatrzony jest napisem: „śpię obok ciebie, to znaczy, że ci ufam”(przepraszam za brak dosłowności). Myślę, że stanowiłby on doskonały opis owej samokontroli. Warto jednak opanować zwierzęce odruchy, pociąg do seksu, nadmiar testosteronu – wtedy zyska się coś więcej niż tylko chwilę orgazmu, prawda? Zostawię tą kwestię do otwartej interpretacji...
Nim napisałem te słowa, to zapoznałem się z kilkoma publikacjami internetowymi, które miały posłużyć za pomoc w opisaniu powyższych aspektów. Jednak stwierdziłem, że znaczna część z nich jest oparta na własnym, wyrobionym zdaniu, a tylko niewielka jest jakby „książkowa”. Do części z nich się przychyliłem, pozostałych nie mogłem strawić...
Na tej kanwie sądzę, że o męskości nie da się przeczytać z książek i się jej nauczyć. Nie da się jej wyrobić na potrzeby kogoś, uczynić z siebie podległego ideału. Męskość to coś, co trzeba zaobserwować, doświadczyć na swój sposób. To określenie własnych zasad i wartości, wynikających po części z celu, jaki obierasz. Dlatego tylu jest różnych facetów, nieco mniej samców, tyleż niedźwiedzi z przerośniętymi karkami, trochę mniej od samców jest chłopaczków z klasą i portfelem, w statystykach przewinie się też jakiś gej, snob, a i mężczyzna ma tu swoje miejsce. Wystarczy tylko… poszukać.
A oto artykuły, o których wspominałem:
Oraz książka:
Joanna i Bogdan Pszczoła, Żyj na maxa. Tylko dla mężczyzn, wyd. Aetos

czwartek, 16 sierpnia 2012

Nie chcę nic mówić, ale miłość jest wszędzie...


Jest wiele wspaniałych cytatów o miłości, wśród których zapisują się myśli między innymi Paulo Coehlo, Andrzeja Sapkowskiego, czy Oscara Wilde’a. I gdyby poskładać je w jedną całość i wyjąć z nich określenia dla miłości, to udałoby się stworzyć jej prowizoryczną definicję. A i to będzie za mało!
Ja też nic od siebie nie dodam, mogę jedynie się zgodzić z powyższymi autorami owych myśli. Mogę też próbować nadawać nowe określenia miłości w swoich wierszach; podjąć próbę spojrzenia w jej naturę, mając tu na względzie też ludzkie zachowania. To się nie uda w stu procentach, bowiem ciężko jest ująć miłość w konkretną całość. Odważyłem się kiedyś stwierdzić, że miłość jest wszędzie, we wszystkim i nigdzie konkretnie.
Miłość, to chwila, która trwa całe życie. To człowiek i to, co się wokół niego dzieje. Widzimy wprawdzie świat kompletnie wywrócony do góry nogami i odbiegający od tego, czego się za młodu uczyliśmy – przynajmniej ci, którym na tym zależało. Jednakże, gdyby tylko znaleźć w sobie siłę do poszukiwań tego dobra. Nawet w drobiazgach… Gdyby móc, owszem – zdać sobie sprawę z tego, co się wokoło dzieje, ale też umieć rozglądać się za czymś, co daje szczęście, za miłością… Bo ona tak naprawdę jest wszędzie, tylko nie da się jej zobaczyć wzrokiem.
To fundament każdego czynu i myśli w stronę kogoś, na kim mi zależy. Cokolwiek, co czynię po prostu, czynię z miłości. Takoż samo, gdy okazuję swoją troskę, zainteresowanie, inicjatywę, sympatię, opiekuńczość. Czy fundamentem tego wszystkiego nie jest miłość? Podobnie, gdy ktoś poświęca ogrom siebie, by ratować drugą osobę; gdy nie oczekuje nic w zamian za to, że chce jej coś od siebie ofiarować, ile tylko jest w stanie. Bo miłość tak naprawdę jest wszędzie.
I nigdzie konkretnie… Bowiem wszystkie jej aspekty takie, jak troska, inicjatywa, ciekawość, opiekuńczość, ofiara i wiele innych to składowe miłości, nie będące nią samą. A docenione i odwzajemnione ubogacają. Chociaż czy to nie jest moja ślepa wiara… ?
Miłość jest wszędzie, we wszystkim i nigdzie konkretnie. Między innymi na tym polega jej kaprys. Pojawia się czasem niespodziewanie, czasem rodzi się w bólach, czasem w ogóle nie przychodzi. Miłość jest treserem człowieka, który przywraca mu podstawowe wartości i uczy od nowa życia podług nich. Może głównie dlatego, by był gotowy na bycie z drugą osoba do końca. A może jeszcze z innego powodu.
Nie chciałbym nic mówić, ale miłość jest wszędzie. Żebym tylko umiał docenić i odwzajemnić jej składowe, kierowane w moją stronę, tak jak ja staram się o docenienie…